Kim były przedwojenne diwy polskiego kina?

Harper's Bazaar rozmawia z autorem książki „Skazane na zapomnienie. Polskie aktorki filmowe na emigracji”

Kim były przedwojenne diwy polskiego kina? źródło: MUZA s.a.

Drugie życie gwiazd

Mają na koncie po kilkanaście, a czasem nawet kilkadziesiąt filmowych ról. Przed wojną rozpalały emocje całej Polski. Burzliwa historia zmusiła je do porzucenia aktorstwa i skazała na prozę życia i zapomnienie. Grzegorz Rogowski, żeby przywrócić pamięć o wielkich diwach polskiego kina, musiał polecieć aż do USA. Rozmawiał Rafał Sławoń.

 

W latach 30. filmem żyła cała Polska. Działało ponad 700 kin, a kilka z nich mogło na sali pomieścić aż 1000 osób! Julian Tuwim pisał felietony, jak nie wypada zachowywać się podczas seansu, a radiowi reporterzy potrafili na żywo relacjonować, co dzieje się na filmowym planie. Jadwiga Smosarska, Janina Wilczówna, Nora Ney, Tamara Wiszniewska i Zofia Nakoneczna pojawiały w kolorowych magazynach i na pocztówkach, brylowały na rautach i wytwornych balach, lansowały mody. I choć nie było wtedy telewizji i social mediów, rozpalały masową wyobraźnię o wiele bardziej niż dzisiejsze gwiazdy. Polskie filmy wyświetlano we Francji, Niemczech, USA, a zagraniczne kinematografie kusiły nasze gwiazdy lukratywnymi kontraktami. 

 

Stare polskie filmy wciąż budzą wzruszenie. Widzimy w nich świat, który odszedł na zawsze. Legł w gruzach we wrześniu 1939 roku. Wraz z nim zostały pogrzebane kariery i marzenia jego gwiazd, zmuszonych udać się na emigrację. Różnymi drogami i po wielu perypetiach dotarły do Stanów Zjednoczonych.  Żadnej nie udało się jednak wrócić do zawodu. Więc z lepszym lub gorszym skutkiem próbowały ułożyć sobie życie, imając się różnych zajęć. Historia nie obeszła się z nimi łaskawie. Czasem, jak w wypadku Zofii Nakonecznej, nie wiemy nawet, gdzie spoczęły po śmierci. 

 

Dziś pamięć o wielkich gwiazdach naszego filmu przywraca Grzegorz Rogowski, który w poszukiwaniu śladów swoich bohaterek przemierzył kilkanaście tysięcy kilometrów. Odwiedził ich rodziny rozrzucone po całej Ameryce Północnej, które podzieliły się z nim wspomnieniami i otworzyły albumy z prywatnymi zdjęciami. Rogowski przeszukał też dostępne archiwa i wnikliwie przewertował prasę z lat 30. Jego książka jest – jak sam pisze – „próbą postawienia skromnego pomnika artystkom emigracyjnej Melpomeny”. Ale nie tylko – przede wszystkim to pasjonująca opowieść o wielkich gwiazdach, które los zmusił do zejścia na ziemię… 

 

Kultowe francuskie filmy, które warto obejrzeć choćby raz w życiu

 

RAFAŁ SŁAWOŃ: Przedwojenną filmową Warszawę określa się często mianem „małego Hollywood”. Czy nie na wyrost? 

GRZEGORZ ROGOWSKI: Nie do końca. O Hollywood myślimy zwykle w kontekście wielkich produkcji, ale powstawało tam też mnóstwo filmów klasy B. Te nasze w niczym im nie ustępowały i naprawdę nie mamy się czego wstydzić. A że Warszawa była jedynym ośrodkiem produkcji filmowej w Polsce, możemy ją nazywać małym Hollywood. 

Dużo mieliśmy wówczas gwiazd filmowych? 

Jak na możliwości przemysłu, który przed wojną produkował kilkanaście filmów rocznie, całkiem sporo. Jedne gwiazdy się pojawiały, inne znikały. Najjaśniejszą była Pola Negri, która jako jedyna polska aktorka trafiła do Hollywood i występowała tam w największych produkcjach.

Polskie kino przedwojenne, a i też powojenne, nigdy więcej nie wylansowało za granicą gwiazdy tej miary. Dlaczego? 

Polskie aktorki dostawały propozycje wyjazdu, ale zazwyczaj je odrzucały. Na przykład pod koniec lat 20. o Norę Ney upominała się niemiecka UFA. Ostatecznie Ney nie podpisała kontraktu – jak sadzę, dlatego że wchodziło wówczas kino dźwiękowe, a ona nie mówiła po niemiecku. Z kolei w 1937 roku Tamarze Wiszniewskiej Universal Pictures zaproponował roczny kontrakt, ale Wiszniewska była w ciąży i nie chciała wyjeżdżać. Propozycję z Hollywood otrzymała również Jadwiga Smosarska, która czuła się jednak tak silnie związana z Polską, że i w tym wypadku o wyjeździe nie było mowy.

Ciekawe, czy dziś znalazłaby się aktorka, która odrzuciłaby podobną propozycję z sentymentalnych względów? 

Świat jest dziś mniejszy. Mamy telefony, Skype’a – możemy się komunikować na sto sposobów, a wtedy wyjazd do Stanów to była wielka wyprawa w nieznane – trzeba było zostawić tutaj męża i dzieci, zrezygnować z ugruntowanej pozycji zawodowej. 

Eksport gwiazd wychodził nam tak sobie, a czy do Stanów docierały polskie filmy?

Całe mnóstwo. To jest zresztą ciekawy niuans, bo w Polsce te produkcje były często rozjeżdżane przez prasę, a tam poczytne dzienniki formatu New York Timesa oceniały je pozytywnie. Tak było choćby z Trędowatą. U nas wprawdzie doceniano reżyserię tego filmu, ale sam temat uznawano za obrzydliwy i ckliwy. Tymczasem w Stanach pisano, że to bardzo ładnie zagrana historia miłosna. Przy okazji warto dodać, że polskie filmy w Ameryce wyświetlano przeważnie w wersji oryginalnej, bez napisów. 

To tłumaczyłoby uznanie dla Trędowatej (śmiech).

Pierwszy film z napisami wyświetlono dopiero w 1937 roku. Było to Piętro wyżej.

Dubbingu się nie robiło?

Ja wiem tylko o jednym takim wypadku. To znowu był film Piętro wyżej. Tyle że zdubbingowano go w jidysz. Nawet imiona bohaterów zmieniono na bardziej żydowskie. 

Wróćmy do kraju. Skąd brały się gwiazdy przedwojennego kina? 

O tym we wstępie do książki Skazane na zapomnienie obszernie pisze Michał Pieńkowski. Zazwyczaj były to osoby związane z ówczesnym show-biznesem, na przykład tancerki z rewii i teatrów albo jak Renata Radojewska, uczestniczki konkursów foto, organizowanych m.in. przez magazyn Kino.

To był zabawny proceder…

Działało to trochę na zasadzie dzisiejszego Instagrama albo Facebooka, gdzie ocenia się, które zdjęcie jest ładne, a które nie. Zdarzało się, że panie, które wysłały zdjęcie do takiego „kącika fotogenicznego”, dostawały do zagrania jakieś mało znaczące epizody. Ciekawym przypadkiem jest Radojewska, która od razu dostała dużą rolę w filmie Pan redaktor szaleje. Idealnie wstrzeliła się w moment, bo akurat brakowało aktorki o jej aparycji – takiej małej, filigranowej dzierlatki.

Jak jeszcze można było trafić do filmu?

Działały prywatne szkoły filmowe. Wspominana już Nora Ney chodziła do szkoły Wiktora Biegańskiego, który prowadził jednocześnie wytwórnię filmową. Zatrudniał w niej swoich uczniów, dzięki czemu Ney została dostrzeżona. Naturalną koleją rzeczy w filmie pojawiały się także aktorki teatralne, żeby wspomnieć tylko Elżbietę Barszczewską czy Mieczysławę Ćwiklińską.

To nie był dyshonor trafić z teatru do filmu?

Mówiło się, że film jest dla zarobku, a teatr – dla idei. Niemniej patrząc z dzisiejszej perspektywy, musimy przyznać, że o aktorach teatralnych pamięta tylko garstka znawców, a filmowym – udało się utrwalić w zbiorowej pamięci. Ćwiklińska nigdy nie byłaby tak znana, gdyby nie film.

Nasze przedwojenne gwiazdy wiedziały, jak dbać o swój PR?

Na pewno wiedziała Nora Ney, która wytrwale kreowała swój wizerunek. Sprzedawała dziennikarzom na swój temat różne niedyskrecje. Dbała o to, żeby w prasie pojawiały się nagłówki w rodzaju: „Nora Ney nienawidzi mężczyzn”, co nie dotyczyło życia, ale filmu, w którym grała, i brzmiało sensacyjnie. Lubiła też wzorem gwiazd amerykańskich opowiadać o swoich fanaberiach. Niekoniecznie prawdziwych. A to, że miała szczęśliwą laleczkę, a to jakąś zajęczą łapkę itp.

Hmm, dzisiejsza prasa plotkarska takimi „niedyskrecjami” by się nie pożywiła. Czy wtedy często pisano o życiu gwiazd? 

Kolorowe czasopisma, jak As czy Światowid, regularnie pisywały o gwiazdach. Ale zwykle były to neutralne, bardzo gładkie wywiady o niczym. O ekshibicjonizmie, z jakim dziś gwiazdy opowiadają o swoim życiu, nie było wtedy mowy, a dziennikarzom nie wypadało ciągnąć za język. Z drugiej jednak strony publikowało się adresy znanych aktorek i aktorów. W magazynie Kino była nawet rubryka Między nami i jeżeli ktoś chciał złożyć hołd swojej ulubienicy, mógł tam napisać i jej adres drukowano. 

Ówczesne aktorki lansowały modę? 

Kiedyś do każdego filmu wydawano program filmowy, który kupowało się w kinie przed seansem. Można w nim było przeczytać, że np. toalety Jadwigi Smosarskiej pochodzą z firmy takiej to a takiej. Organizowano też – zazwyczaj w Hotelu Europejskim w Warszawie – słynne Bale Mody. W relacjach z nich, które publikowano w prasie, dokładnie opisywano, kto w co był ubrany. Tyle że dzisiaj wartościujemy, że gwiazda wyglądała brzydko albo ładnie, a wtedy krytyka była nie do pomyślenia, więc wszystkie aktorki „wyglądały zwiewnie jak poranki”.

Jak przeprowadzał pan „casting” do swojej książki. Jakie warunki musiały spełnić pana bohaterki, żeby pan o nich napisał?

Po pierwsze musiały to być aktorki znane, mające na koncie chociaż jedną główną rolę. Po drugie, musiały wyemigrować do USA i nigdy nie wrócić do filmu. To były moje warunki. 

A od czego to wszystko się zaczęło? Skąd pomysł na taką publikację? 

Od Tamary Wiszniewskiej. Szukałem kiedyś informacji na jej temat i trafiłem na wpis wnuczki, która pod krótkim artykułem o Wiszniewskiej napisała, że jest bardzo dumna ze swojej babci. Pomyślałem, że dobrze byłoby się do niej odezwać, ale nie było to takie proste, bo za pierwszym razem Linda, czyli wnuczka, odpisała, że nie chce ze mną rozmawiać. Byłem jednak uparty i pociągnąłem temat. Tłumaczyłem, że chodzi mi o upamiętnienie jej babci. Dopiero po pół roku udało mi się wyprosić spotkanie. Jak już wiedziałem, że mam lecieć do Stanów, doszedłem do przekonania, że warto poszukać potomków innych aktorek. O tych, które nie miały dzieci, szukałem informacji już na miejscu – w archiwach polonijnych. 

Ma pan wśród opisywanych gwiazd taką, której historia jest panu szczególnie bliska?

Najbardziej lubię historię Leny Żelichowskiej. Zaczynała jako drugoplanowa tancerka baletowa w Teatrze Wielkim. Potem przeszła do rewii. Stamtąd trafiła do filmu, ale co niezwykłe, wróciła też do teatru. Występowała na deskach uznanego Teatru Letniego, a w 1936 roku pojawiała się ponownie na scenie Teatru Wielkiego jako gwiazda sztuki Słońce Meksyku. To niesamowity wyczyn, bo środowisko teatralne było bardzo zachowawcze i takie „transfery” z pogardzanej rewii i filmu zdarzały się bardzo rzadko. 

O bardzo lubianej Żelichowskiej krążyło podobno wiele anegdot?

Jedna z plotek głosi, że to ona była pierwowzorem Syrenki w herbie Warszawy, który zatwierdzono w latach 30. 

Jak potoczyły się jej losy?

Jej drugim mężem był Stefan Norblin. Znany malarz portrecista. Człowiek bardzo zamożny. Kiedy wybuchła wojna, postanowili, że porzucą wszystko – w tym prawie ukończone studio filmowe, które budował Norblin – i wyjadą najszybciej, jak się da. Przez Lwów, Rumunię, Iran trafili do Indii, gdzie osiedli na dłużej. Norblin dostawał zlecenia na ozdabianie pałaców maharadżów i projektował meble. Powodziło im się całkiem nieźle. Zostaliby pewnie w Indiach na stałe, gdyby nie choroba syna, który zapadł na malarię. Lena panicznie bała się potem wszystkich egzotycznych chorób i uznała, że muszą osiąść w bardziej umiarkowanym klimacie. Tak trafili do San Francisco. 

Przez pierwsze lata żyło im się tam całkiem nieźle…

Żyli z oszczędności, a do tego Norblin dostawał kolejne zlecenia. Wszystko się załamało, kiedy zaczął tracić wzrok i nie mógł już malować. W 1952 roku popełnił samobójstwo. Lena została sama z dzieckiem. Pracowała jako manikiurzystka. Zmarła w 1958 na zawał. Miała 48 lat.

Żelichowska była manikiurzystką. Czym jeszcze zajmowały się nasze gwiazdy na emigracji?

Najróżniejszymi rzeczami. Wielka gwiazda, Zofia Nakoneczna, chciała być statystką w Hollywood. Ale nigdy tam nie dotarła i została najpierw modelką, a potem ekspedientką w sklepie z sukniami. Bardzo tego nie lubiła. Nora Ney pracowała jako opiekunka starszych osób i archiwistka, Tamara Wiszniewska z kolei najpierw znalazła zatrudnienie w fabryce, a potem jako recepcjonistka w Muzeum Kodaka. Tego samego Kodaka, na którego taśmach nagrywano ją w Polsce jako wielką gwiazdę.

Jedną z nielicznych, którym udało się wybić w Ameryce, była Janina Wilczówna.

Pracowała najpierw jako stewardesa na jachcie milionera. Jej mąż, przedwojenny dyplomata Stanisław Sławik, sprzedawał klimatyzatory. Któregoś dnia spakowali cały dobytek do małego autka i ruszyli do Los Angeles. Po drodze, w Dallas, mieli awarię. Mechanik, który naprawiał wóz, był zdumiony, że tak wytworni ludzie podróżują czymś takim, i zaproponował Sławikowi posadę w swoim salonie samochodowym. Postanowili zostać. Wilczówna zatrudniła się w sklepie. Dość szybko dorobili się sporych oszczędności i stworzyli pierwszą elegancką restaurację w Dallas. To był wielki hit. Ludzie walili drzwiami i oknami. Pracowało u nich wielu kolegów aktorów, m.in. Mieczysław Cybulski.

Żadna z pana bohaterek nie pracowała w Stanach w zawodzie?

W Stanach od 1943 do 1945 działał Polski Teatr Artystów. Występowały w nim Smosarska, Nakoneczna, Wilczówna. To właściwie jedyny moment, kiedy mogły pracować w zawodzie. Ale to była bardzo smutna historia. Zdarzało im się grać w nieogrzewanych salach, nierzadko brakowało pieniędzy, żeby wrócić z „tournée” po prowincji. Dotarłem
do księgi czekowej z zapisami wypłat dla aktorów. Były to, nawet jak
na tamte realia, sumy bardzo skromne: 40–60 dolarów miesięcznie. Nie miały porównania z gażami, jakie te aktorki dostawały przed wojną.

Mimo tych wszystkich trudności nasze przedwojenne gwiazdy trzymały na emigracji fason.

Bardzo podoba mi się, że wszystkie panie traktowały przedwojenny okres chwały i popularności jako miły czas i zamiast w nieskończoność rozpamiętywać, po prostu oddzieliły go grubą kreską… 

 

Książka Skazane na zapomnienie. Polskie aktorki filmowe na emigracji ukazała się nakładem wydawnictwa Muza SA.

Reklama

Polecane wideo

Kultowe postacie z filmów, które cenimy za styl

Mrs. Robinson z filmu „Absolwent”....
Mrs. Robinson z filmu „Absolwent”. W rolę wcieliła się Anne Bancroft.
Reklama
Skomentuj

Podobne tematy

Zobacz również

Reklama
...zmienić imienia i nazwiska jak projektant Michael Kors?
Reklama

Najnowsze artykuły

Reklama
Reklama
×
Zarejestruj się w Klubie VIP Harper's Bazaar
Wstąp do Klubu VIP i otrzymuj najnowsze informacje ze świata Harper's Bazaar,
zniżki na zakupy oraz zaproszenia na wyjątkowe wydarzenia!
×
Warsztaty Women at Work

Wypełnij Formularz zgłoszeniowy na Warsztaty Women at Work

Cykl Women at Work skierowany jest do kobiet prowadzących własne firmy oraz zajmujących kierownicze i zarządcze stanowiska w przedsiębiorstwach *

Zapraszamy na warsztaty, które pozwolą odpowiedzieć na pytania:

  • Jak zdefiniować pozycję i rolę kobiet w biznesie?
  • Jak komunikować markę osobistą oraz markę liderki w biznesie?
  • W jaki sposób tworzyć i pielęgnować własny, biznesowy styl?
  • Jak skutecznie zarządzać wpływem, jaki nasz biznes wywiera na otoczenie oraz aktywnie włączyć się w proces tworzenia firm odpowiedzialnych społecznie?
  • Jak zapewnić stabilność i ciągłość własnego biznesu?
Administratorem podanych przez Panią danych osobowych jest Marquard Media Polska Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (02-305), Aleje Jerozolimskie 142A.
Pani dane osobowe zostały przekazane dobrowolnie i będą przetwarzane w celu wyłonienia uczestników i organizacji warsztatów Women at Work, a także, w przypadku wyrażenia zgody, w celach marketingowych.
Pani dane osobowe będą udostępnianie podmiotom upoważnionym na podstawie przepisów prawa oraz podmiotom współpracującym przy organizacji warsztatów.
Posiada Pani prawo dostępu do treści swoich danych oraz ich poprawiania.

* Skontaktujemy się wyłącznie z wybranymi uczestniczkami w celu dokonania ostatecznej rejestracji.