Reklama

Rozmawiamy z Dorotą Kobielą, twórczynią pierwszego namalowanego filmu w historii

„Twój Vincent” zdobywa kolejne nagrody

Rozmawiamy z Dorotą Kobielą, twórczynią pierwszego namalowanego filmu w historii fot. materiały prasowe Twój Vincent

Vincent i ja

„Więc tak naprawdę mogą mówić za nas tylko nasze obrazy”… – pisał van Gogh do swojego brata tuż przed śmiercią. Jego listy zainspirowały Dorotę Kobielę , by stworzyć niezwykły, od początku do końca namalowany film. Na taki pomysł wpadła, gdy sama znalazła się na życiowym zakręcie. Rozmawiała Anna Rączkowska

 


Dorota Kobiela

 

65 tysięcy malarskich ujęć, stworzonych przez 125 malarzy z 15 krajów (od Stanów Zjednoczonych po Ukrainę), 3 tysiące litrów farby i całe mnóstwo olejku goździkowego, który nie pozwala farbom zaschnąć. Nikt wcześniej nie łączył malarskiej animacji z filmem fabularnym w ten sposób, że najpierw kręcono sceny z udziałem aktorów, a następnie każda klatka była ręcznie malowana w technice olejnej. Efekt jest tak znakomity, że Twojego Vincenta kupili dystrybutorzy ze 135 krajów, na festiwalu filmowym w Annecy został przyjęty 10-minutową owacją na stojąco i zdobył nagrodę publiczności, a na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Szanghaju zdobył tytuł „Najlepszy film animowany”. Teraz otwiera festiwal filmowy w Gdyni, potem rusza na dalszy podbój świata. Może zawalczy o Oscara?

Anna Rączkowska: Twój Vincent zdobywa kolejne nagrody, a o tobie – autorce pomysłu, współscenarzystce, współreżyserce, współmontażystce – niewiele wiadomo. Skąd się wzięłaś?  

Dorota Kobiela: Z Bytomia. Przeprowadziłam się do Warszawy, żeby uciec z domu. Nie chcę w to głębiej wchodzić, ale musiałam odciąć się od tego, co działo się w moim nastoletnim życiu. Ojczym powiedział do mnie kiedyś: „Jak ty walczysz, to jestem z tobą”, co zresztą wykorzystałam w filmie, Theo mówi tak do Vincenta. Mieszkałam sama od 15. roku życia, najpierw w bursie na Długiej, potem zaczęłam wynajmować mieszkania z innymi studentami. Miałam wyrzuty sumienia, że ojczym mi pomaga finansowo, więc uczyłam się na piątki, żeby mieć stypendium, wcześnie zaczęłam też pracować.

Skąd twoje związki ze światem filmu?

Gdy mieszkałam z innymi ludźmi, okazało się, że jeden chłopak jest z filmówki, inny z animacji, jeszcze inny z reżyserii. Ja skończyłam liceum plastyczne, potem grafikę na ASP, ale malowałam głównie dla siebie, to nie były rzeczy specjalnie rozwojowe. Z tutoriali w internecie nauczyłam się obróbki zdjęć i montażu, więc robiłam filmy na korporacyjne eventy, a za zarobione pieniądze kupowałam sobie komputer albo powiększałam pamięć. W pewnym momencie przyszedł jednak kryzys. Poczułam, że tak naprawdę ani nie maluję, ani nie robię filmów, właściwie nie wiem do końca, co robię. I wtedy wymyśliłam, że super będzie połączyć malarstwo z filmem. Zrobić film malowany.

Ale chodziłaś też do szkoły filmowej?

Tak, do Warszawskiej Szkoły Filmowej Macieja Ślesickiego i Bogusława Lindy. Robiłam tam ćwiczenia reżyserskie, kręciłam etiudy, bez tego doświadczenia na pewno nie stanęłabym na planie za kamerą. Jeszcze na ASP zrobiłam swój pierwszy film animowany Przedbiegi, w którym zwierzątka pluszowe opowiadają o swoich emocjach. Dzięki temu filmowi Ślesicki przyjął mnie do swojej szkoły bez żadnych opłat i przyznał mi stypendium, inaczej nie byłoby mnie stać.

 


Kadr w filmu „Twój Vincent”

Dlaczego zajęłaś się Vincentem van Goghiem?

Pisałam pracę magisterską na ASP o tym, jak choroba psychiczna wpływa na twórczość i jak twórczość wpływa na naszą psychikę. Jednym z bohaterów był właśnie Vincent. Wielkie wrażenie zrobiły na mnie jego listy, bardzo intymne. Dają obraz artysty, który rzadko wyłania się z biografii, to prawdziwy zapis jego uczuć, myśli i opinii. Koledzy i koleżanki dziwili się, dlaczego chcę się zajmować van Goghiem, bo to niby takie oczywiste, trochę banał. Ale ja byłam wtedy na zakręcie, przechodziłam kryzys wieku 28 lat, kiedy się nie wie, co się chce robić w życiu (śmiech). Film miał być dialogiem z listami, które miałam w głowie. Chciałam ożywić obrazy van Gogha, taki był punkt wyjścia. Nie ma innego malarza, na podstawie obrazów którego można namalować film. One są naturalnym źródłem inspiracji, bo pokazują, gdzie i jak Vincent mieszkał, co jadł, z kim pił, co go fascynowało, jaki miał widok z okna. Tworzą uniwersum.

Było jasne, że to nie będzie tani projekt. To cię nie przestraszyło?

Na początku planowałam krótki metraż. Dostałam z PISF-u chyba 60 tysięcy złotych, w sumie miałam jakieś 100 tysięcy. Dużo. Film miał być malowany przez jednego, dwóch animatorów, resztę miałam robić sama, więc to wydawało się nie tyle drogie, co czasochłonne.

Kto wpadł na pomysł, żeby zrobić długi metraż?

Kiedy czekałam na wypłatę środków (na trwa zwykle około trzech miesięcy), podjęłam pracę w wytwórni BreakThru Films. Akurat zaczynali film Magic piano o Chopinie. I nagle moje życie zmieniło się o 180 stopni.

Poznałaś producenta Hugh Welchmana, który teraz jest twoim mężem.

Poznałam, zaczęłam z nim pracować, dużo rozmawialiśmy i zakochaliśmy się w sobie. W tamtym czasie Hugh pojechał do Londynu i wybrał się na wystawę listów van Gogha. Kiedy zobaczył, że ludzie stoją po cztery godziny w kolejce, żeby je zobaczyć, był w szoku, że temat jest tak nośny. I to on uznał, że lepiej zrobić film pełnometrażowy. Mnie to się wydało szalonym pomysłem.

Bo wiedziałaś, ile trzeba pracy, żeby pomalować te wszystkie klatki…

Powiedziałam: „Przecież ja to będę malować 80 lat!” (bo tak obliczyłam na kalkulatorze). A Hugh na to, że przecież nie będę tego robić sama! I zaczęliśmy myśleć, analizować, robić testy. Wyszło nam, że na pomalowanie jednej klatki potrzeba około dwóch godzin. Prawdziwa praca i produkcja ruszyła w 2012 roku.

Wspólna praca nie zaszkodziła waszej relacji?

Do rozwodu nie doprowadziła, wręcz przeciwnie. Zakochałam się w Hugh, bo to niesamowita osobowość. Imponuje mi, jak podchodzi do pracy, do świata. Trudno wyobrazić sobie lepszego producenta – ma przecież na koncie Oscara za animację Piotruś i wilk – ale film też razem reżyserowaliśmy. Pokłóciliśmy się najwyżej ze trzy razy à propos scenariusza, bo w życiu Vincenta tak dużo się dzieje, że nie było łatwo zdecydować, co zostawić, a co wyrzucić. Podobały nam się inne rzeczy, a film musiał się zmieścić w 80 minutach.

Pracę magisterską pisałaś o depresji. Dlaczego?

To była próba zmierzenia się z rzeczami, które i mnie kiedyś spotkały. Podczas studiów miałam tak ciężki czas, że musiałam wziąć dziekankę. Nie mam pojęcia, skąd się to wzięło. Któregoś dnia obudziłam się i wszystko było czarne, szare i bure. Potworne uczucie! Długo się leczyłam, w Polsce depresja ciągle nie jest chorobą akceptowaną. Pochodzę z rodziny lekarzy, a i tak wszyscy traktowali to jak fanaberię. „Weź się w garść, ogarnij się. Jakbyś się chwyciła za robotę, tobyś nie narzekała”. Typowo śląskie podejście. Ponieważ temat dotknął mnie osobiście, to do niego wracałam.

 


Kadr w filmu „Twój Vincent”

Van Gogh też miał depresję?

Myślę, że cierpiał na zaburzenia dwubiegunowe, choć nie chciałabym go diagnozować. Na początku czegoś nowego pojawiała się euforia, a potem następował lot w dół, bo ktoś lub coś podcinało mu skrzydła. Doktor Gachet miał mu pomagać, ale nie był psychiatrą. Hobbystycznie zajmował się melancholią, leczył ją ziołami, a w szpitalu
zalecano Vincentowi ciepłe kąpiele.

Jak twoja lekarska rodzina zaakceptowała twoje artystyczne zdolności?

Wychowywali mnie babcia z dziadkiem. To właśnie babci zadedykowałam ten film, bo zawdzięczam jej wszystko. Najbardziej jestem jej wdzięczna za to, że nigdy do niczego mnie nie zmuszała i zawsze we mnie wierzyła.

Dlaczego wychowywali cię dziadkowie?

Moi rodzice, mama i ojczym – taty nigdy nie było w moim życiu – wyjechali do Austrii. Pojechali tam na zarobek, w Polsce wprowadzono stan wojenny, ja byłam tutaj. Kiedy wrócili, stałam się już nastolatką. Babcia chciała, żebym ładnie pisała, dobrze się uczyła, to było dla niej ważne. Starałam się jej nie zawieść. Ale nie było ciśnienia, że muszę „być kimś”. Myła mi czasem pędzle, to ona mi pokazała, że płyn do mycia naczyń czyści je lepiej niż terpentyna. Nie wiem, czy jeśli sama zostanę kiedyś mamą, będę miała w sobie tyle zrozumienia, co ona dla mnie. Bo na przykład chciałabym, żeby moje dzieci zostały tenisistami. I mówię Hugh, że zapiszemy je na tenisa jak będą miały trzy lata, wtedy moglibyśmy liczyć na spokojną emeryturę (śmiech).

Łatwo byłoby łączyć waszą pracę z rodziną?

Niestety nie. Jest bardzo czasochłonna i stresująca. Pracujemy razem, potem wracamy do domu i ciągle gadamy o pracy. Hugh jest pracoholikiem, ma w sobie taki protestancki sznyt. Jeśli czegoś nie zrobi w ciągu dnia, męczy go straszne poczucie winy.

Skoro on tyle pracuje, ciebie też to podkręca?

Na pewno. Chciałabym już zacząć robić coś nowego. Wielu reżyserów, robiąc jeden film, wymyśla następny. Ja żyłam tylko Vincentem, więc jak go skończyłam, wpadłam w panikę i miałam doła. Żyłam tym filmem przez sześć lat, a nagle okazało się, że już koniec spotkań z tą ekipą, z cudownymi malarzami, koniec gadania codziennie o malarstwie, o kolorze farby na policzku, o tym, jak uzyskać określony odcień albo fakturę. Nagle tego nie ma.

Co teraz, gdy już wiesz, że film odniósł wielki sukces?

Przed nami festiwale, eventy, podróże z kontynentu na kontynent. Dlatego teraz staram się relaksować, ćwiczyć, biegać. Czasem lubię nic nie robić, choć szybko zaczynam czuć się winna. Dlatego myślę o czymś nowym. Chciałabym pójść w stronę fabuły, zrobić film niskobudżetowy, żeby nie dźwigać już tak dużej odpowiedzialności.

 

Kadr w filmu „Twój Vincent” 

Wywiad ukazał się w październikowym numerze Harper's Bazaar Polska.

Reklama

Polecane wideo

Najbardziej stylowe filmy Pedro Almodóvara

„Kika”
„Kika”
Reklama
Skomentuj

Podobne tematy

Zobacz również

Reklama
...zagrać w ulubioną grę modelki Cary Delevingne - Call of Duty?
Reklama

Najnowsze artykuły

Reklama
×
Zarejestruj się w Klubie VIP Harper's Bazaar
Wstąp do Klubu VIP i otrzymuj najnowsze informacje ze świata Harper's Bazaar,
zniżki na zakupy oraz zaproszenia na wyjątkowe wydarzenia!
×
Warsztaty Women at Work

Wypełnij Formularz zgłoszeniowy na Warsztaty Women at Work

Cykl Women at Work skierowany jest do kobiet prowadzących własne firmy oraz zajmujących kierownicze i zarządcze stanowiska w przedsiębiorstwach *

Zapraszamy na warsztaty, które pozwolą odpowiedzieć na pytania:

  • Jak zdefiniować pozycję i rolę kobiet w biznesie?
  • Jak komunikować markę osobistą oraz markę liderki w biznesie?
  • W jaki sposób tworzyć i pielęgnować własny, biznesowy styl?
  • Jak skutecznie zarządzać wpływem, jaki nasz biznes wywiera na otoczenie oraz aktywnie włączyć się w proces tworzenia firm odpowiedzialnych społecznie?
  • Jak zapewnić stabilność i ciągłość własnego biznesu?
Administratorem podanych przez Panią danych osobowych jest Marquard Media Polska Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (02-305), Aleje Jerozolimskie 142A.
Pani dane osobowe zostały przekazane dobrowolnie i będą przetwarzane w celu wyłonienia uczestników i organizacji warsztatów Women at Work, a także, w przypadku wyrażenia zgody, w celach marketingowych.
Pani dane osobowe będą udostępnianie podmiotom upoważnionym na podstawie przepisów prawa oraz podmiotom współpracującym przy organizacji warsztatów.
Posiada Pani prawo dostępu do treści swoich danych oraz ich poprawiania.

* Skontaktujemy się wyłącznie z wybranymi uczestniczkami w celu dokonania ostatecznej rejestracji.