Reklama

Stracić głowę dla Bonda – z Łukaszem Bielanem rozmawia Rafał Sławoń

„Szczęka mi opadła, gdy usłyszałem, że mam pracować przy Spectre” – opowiada polski operator, który przez 138 dni chodził krok w krok za agentem 007.

Stracić głowę dla Bonda – z Łukaszem Bielanem rozmawia Rafał Sławoń Łukasz Bielan / fot. Karolina Markiewicz

Rafał Sławoń: Pamiętasz pierwsze „poważne” ujęcie, jakie zrobiłeś w życiu?

Łukasz Bielan: To był paradokumentalny serial dla HBO. Autorem zdjęć był tam mój kumpel. Trzeba było szybko szwenkować kamerą z jednej strony na drugą i skończyć na postaci. Pociłem się z nerwów i ćwiczyłem to cały dzień. Wreszcie zrobiłem ten szwenk i wyszedł mi piękny kadr. Cacy! Jest cięcie. Reżyser mówi: „Świetnie, bardzo dobrze. Jest tylko mały problem. To jest elektryk…”.


Początki, jak widać, bywają trudne. Z Polski wyjechałeś w wieku 19 lat. Fachu uczyłeś się już w Stanach.

Przez dwa lata chodziłem do Columbia College Hollywood. To była mała szkoła. Niedroga, bo musiałem na nią zarobić. Działała w systemie zaocznym, więc w ciągu dnia sprzedawałem buty. To była o tyle dobra szkoła, że uczyli tam wielu rzeczy praktycznych. Kręciliśmy sporo etiud.


Potem trafiłeś pod skrzydła Svena Nykvista…
To słynny operator Bergmana, który zrobił z nim 26 filmów. Na początku czułem taki respekt, że na planie zwracałem się do niego „Mr. Nykvist”, mimo że w Stanach, niezależnie od różnicy wieku, zawsze mówi się na „ty”. Wreszcie już nawet jemu zrobiło się głupio, że tak się zachowuję, i któregoś dnia powiedział: „Łukasz, proszę, nazywaj mnie Sven”. Byłem przy nim prawie 11 lat, pracowaliśmy przy dziewięciu filmach. Dzięki tej współpracy dostałem się też do związków zawodowych, co ma w Stanach zasadnicze znaczenie.


Hancock, Transformers, Bezsenność w Seattle, Wróg publiczny, Bitwa o Los Angeles, Życie Pi – trudno zliczyć wszystkie produkcje, w jakich brałeś udział. Która z nich była dla ciebie szczególnie ważna?
Życie Pi. Tu nauczyłem się najwięcej. Cały film był robiony w 3D, a to oznacza dla operatora zupełnie inny styl pracy. Inaczej prowadzi się kamerę, trzeba uważać na pewne rzeczy, na które zwykle nie zwraca się uwagi. Bywało ciężko.


Pod jakim względem?  
W szkole filmowej, nie tylko w Stanach, mówią ci, że trzy najgorsze rzeczy to: dzieci, zwierzęta i woda. My mieliśmy do tego kompletu jeszcze to wspomniane 3D, które dla wszystkich było nowością. Cała siwizna, którą mam na głowie, wyszła mi po pracy nad tym filmem. Ale było to naprawdę niesamowite wyzwanie. I niesamowita satysfakcja, kiedy zobaczyłem efekt.


A jak to się stało, że dostałeś robotę przy Spectre?
Autorem zdjęć do tego Bonda jest Hoyte Van Hoytema, który pochodzi ze Skandynawii, ale chodził do szkoły filmowej w Łodzi. Co prawda jej nie skończył, niemniej mieszkał tutaj osiem lat. Potem wyjechał do Szwecji. Tam zrobił się z niego profesjonalny operator, wybitnie utalentowany i rozrywany. Poznaliśmy się prywatnie już kilka lat temu, ale mimo różnych propozycji jakoś nigdy nie mogliśmy się zgrać. W końcu, zadzwonił i powiedział, że ma chyba dla nas dobry film…


Bond. James Bond…
I tu mi szczęka opadła, bo praca przy Bondzie dla wszystkich ludzi związanych z filmem jest spełnieniem marzeń.

 

Jak się wam pracowało?
To była niezwykła przygoda. Zresztą o tyle ciekawa, że on świetnie mówi po polsku. I to nie w stylu „ja chcieć herbatę”, tylko bardzo płynnie. Rano na planie witał mnie zwykle radosnym  „dzień dobry, kochanie”, i nie było w tym żadnego podtekstu erotycznego (śmiech). A jeżeli w trakcie pracy chcieliśmy pogadać przy ludziach tak, żeby nie wiedzieli, o czym mówimy, też rozmawialiśmy po polsku. Świetnie to wspominam. Tym bardziej że Hoyte naprawdę jest profesjonalistą w każdym calu.


Przy Bondzie sporo się napodróżowaliście…
Kręciliśmy na trzech kontynentach, w pięciu krajach. W Maroku, Włoszech, Meksyku, Anglii i Austrii.


Jak taką menażerię przenosi się z miejsca na miejsce?
Długo. To wymaga dużych nakładów. Ale w pewnych momentach okazuje się, że nawet kasa może nie wystarczyć, żeby pokonać biurokrację. Taką zabawę mieliśmy w Maroku. Dwa samoloty, dwustuosobowa ekipa ze sprzętem. Wylądowaliśmy na lotnisku wielkości stołu. Siedzimy i czekamy, aż nas wypuszczą. Dziesięć minut, 25 minut, godzina, półtorej godziny… Potem okazało się, że nie mieli schodków, które były wysokości samolotu i musieli je dopiero sprowadzić. Wyszliśmy po dwóch godzinach. Czekamy na bagaż. Pół godziny, godzina, dwie godziny. Dla odmiany nie mieli na tyle wysokiego taśmociągu, żeby można było wejść do luku bagażowego.
Podobno ta podróż była wyjątkowo rozrywkowa również z innych względów…
O tym mówili nawet w telewizji. Ekipa w samolocie popiła tak, że zaczęły się bijatyki, palenie, ktoś nawet wyciągnął bolec zabezpieczający drzwi. Kapitan nie widział, co zrobić, i zaczął symulować turbulencje, żeby wszyscy wreszcie usiedli. Potem wywalono z roboty parę osób. Na szczęście ja to przespałem. (śmiech)


No, ale tak wesoło zwykle pewnie nie było. Jak wyglądał twój dzień pracy?
Przy Bondzie pracowaliśmy sześć dni w tygodniu przez prawie osiem miesięcy. To było 138 dni zdjęciowych. Jeżeli pracuję z taką intensywnością – i nie dotyczy to tylko tego filmu – to oznacza dla mnie zdrowe odżywianie i zdrowy tryb życia. W ciągu tygodnia nie ma mowy o alkoholu.


Biedak…
Jeżeli pracujesz jako operator, musisz być do tego bardzo dobrze przygotowany fizycznie. Zwłaszcza w moim przypadku, bo z zasady nie używam żadnych siedzeń. Albo stoję, albo kucam, albo klęczę. Przy tym muszę się nieźle wyginać. W związku z tym wstaję o piątej rano i na godzinę idę na siłownię. Po zdjęciach, nawet jeżeli są to zdjęcia nocne, idę na kolejną godzinę. Nie mogę sobie pozwolić, żeby chociaż raz odpuścić, bo źle by się to dla mnie skończyło.


W Bondzie jest scena, która również mogła się dla ciebie źle skończyć…
W trakcie otwierających zdjęć mieliśmy na planie faceta, który jest jednym z najbardziej znanych pilotów helikopterów. Lata między innymi na pokazach Red Bulla, na których wyczynia niesamowite akrobacje. Jest w filmie scena, w której Bond przejmuje stery i nie może sobie poradzić z helikopterem. Leci na złamanie karku w dół, na zapełniony plac. Oczywiście w ostatniej chwili podrywa maszynę. To miał zrobić ten koleś. Odbyło się parę prób bez ludzi. Wszystko było super. No, ale zaczyna się akcja z kaskaderami odgrywającymi tłum, ja z kamerą w ręku, on leci w moją stronę. Coraz niżej, coraz niżej, jeszcze niżej… Cały czas nie zdejmuję oka z lupy. Wreszcie kończy się ujęcie i widzę bladego jak ściana faceta koordynującego pracę helikoptera powtarzającego do walkie-talkie: „Mother fucker, mother fucker…”.


Co go tak zdenerwowało?
Okazało się, że pilot, który zszedł na wysokość czterech stóp – chociaż minimalna miała wynosić 10 – nie widział na tym placu żadnych ludzi. Podobno kiedy oni robią te swoje sztuczki, są tak skoncentrowani, że kompletnie nie widzą, co dzieje się wokół nich. I tym sposobem ogon podrywającego się helikoptera mógł nam wszystkim poobcinać głowy.


Można by wtedy mówić, że straciłeś dla Bonda głowę. Byłeś chociaż solidnie ubezpieczony?
Żebyś wiedział. W Stanach związki wywalczyły, że kiedy w grę wchodzą takie kaskaderskie sprawy, dostajesz większą kasę. Konkretnie 60 dolarów. Tyle, że to nie chodzi o te 60 dolarów, tylko że dzięki temu wzrasta kwota ubezpieczenia. I jak mi się coś stanie, żona dostanie dobre parę milionów…


Chyba się z tobą ożenię!
Za późno. Mam tę samą żonę od 30 lat. Dla produkcji takie rozwiązanie jest, oczywiście, niekorzystne, bo kosztuje. W związku z tym zawsze są korowody, co uznać za scenę niebezpieczną, a co nie. Przy Bondzie parę razy w takich sytuacjach odpuściłem. Ale jak miał pojawić się helikopter, coś mnie tknęło. Tuż przed ujęciem poprosiłem, żeby przyszedł producent i zobaczył, jak ta scena wygląda. On uznał, że rzeczywiście należy mi się ten dodatek. No i niewiele brakowało, a żona cieszyłaby się z odszkodowania. Ja już nie…


Rozumiem, że teraz to jedna z twoich ulubionych scen. Są jeszcze jakieś, które zapamiętałeś szczególnie?
Trudno mi powiedzieć, tyle tego było. Każda scena, którą robiliśmy, była w jakiś sposób inna. Ten Bond w 70 procentach jest robiony z ręki. Chcieliśmy w ten sposób wprowadzić nastrój delikatnego niepokoju. Uwielbiam ten sposób pracy, bo mam wtedy nad wszystkim kontrolę. Nie muszę się martwić, co zrobi wózkarz albo koleś od kranu. Mogę natychmiast reagować na to, co się dzieje.

 
Jaka jest zawartość Bonda w Davidzie Craigu?
W rzeczywistości uwielbia się wygłupiać, uwielbia się śmiać. Bardzo normalny, wesoły facet z pozytywnym nastawieniem do życia. Można z nim wypić piwo i naprawdę fajnie pogadać. Myślę, że jako Bond wiele się przez te lata nauczył. Zwróć na przykład uwagę na jego chód. Żaden koleś nie chodzi tak jak on. Craig idzie jak piękny arabski koń… Zresztą była scena, jak maszerował po krawędzi dachu 30 metrów nad ziemią. Jako Bond szedł spokojnie, nonszalancko. Potem było cięcie
i kiedy wracał „prywatnie”, to już nie tak nonszalancko… (śmiech)


To kaskader takich rzeczy nie robi za niego?
Takie rzeczy robi sam, ale Craig ma kłopoty z kolanami i kaskader zastępował go na przykład, jeżeli trzeba było wyskoczyć z budynku.


A kobiety Bonda robią na tobie wrażenie?
Wydawałoby się, że po dwudziestu kilku latach pracy z różnymi aktorami nic już nie powinno robić na mnie wrażenia, ale jak wchodziła Monica Bellucci… Jest naprawdę piękna!
I ma sznyt wielkich hollywoodzkich gwiazd.


Prywatnie się z Craigiem lubili?
Bez wątpienia. A nie jest to wcale oczywiste. Zdarzało mi się pracować przy filmach, w których na planie aktorzy nawet na siebie nie patrzyli.


Léa Seydoux, która w tej części zdobyła serce Jamesa Bonda. Co o niej powiesz?
Zagadkowa. Prywatnie i w trakcie prób zamknięta w sobie, zawstydzona. Ale jak przychodzi co do czego, momentalnie się otwiera i pokazuje inną twarz. Nabiera profesjonalnej pewności. 

    
Został nam jeszcze reżyser Sam Mendes.
Totalne zawodowstwo. To jest człowiek, który ma świetne podejście do ludzi. Zawsze jest perfekcyjnie przygotowany, a przy tym otwarty na pomysły innych. Dodatkowo stoi za nim doświadczenie w teatrze, co pomaga mu w pracy z aktorami. Jeżeli chodzi o stronę techniczną, zawsze dobrze wie, czego chce.


Praca nad Bondem to była w jakiś sposób przyjemność czy tylko ciężka praca?   
Bezapelacyjnie cały czas czułem, że jestem w pracy, ale były momenty, że docierało do mnie: kurczę, robię Bonda! Wielu ludzi miało podobne odczucia. Jak wyszło nam fajne ujęcie, to cała ekipa nuciła motyw przewodni. Super zabawa! Co tu dużo mówić, robimy rzeczy, które naprawdę są fascynujące. 

    

Widzę, że afirmacja Bonda odchodzi na całego…
Bo to było naprawdę świetne doświadczenie. Nie ma niczego, co wspominałbym negatywnie. Nie! Chociaż jest jedna rzecz. Jedzenie. Ta angielska karma, którą dostawaliśmy, była straszna.


Rozumiem, że gwiazdy się tym nie żywiły?
Oni dostają swoje jedzenie. Miałem szczęście, bo mój kumpel gotował – zresztą świetnie – dla Mendesa i po cichutku mnie podkarmiał.


Tu trzeba wyjaśnić, że jedzenie było angielskie, bo ten Bond jest filmem angielskim, nie amerykańskim. Jakie miało to znaczenie dla ciebie? 
Normalnie jeżeli pracujesz przy filmie amerykańskim, to związki zawodowe gwarantują ci wiele praw. Po ośmiu godzinach pracy jest overtime i dostajesz z automatu więcej forsy. Jak nie dadzą jedzenia w ciągu sześciu godzin, to też muszą zapłacić. Na lokacji przysługują dwa dni wolnego, za które znowu muszą zapłacić. I tak dalej. Tutaj nie było nic takiego, bo jako że była to produkcja angielska, związki nie miały nic do gadania. O tyle było gorzej…  


Jak będzie wyglądało twoje życie po Bondzie?  
Zaraz po Bondzie pracowałem przy remake’u słynnego westernu „Siedmiu wspaniałych” z Denzelem Washingtonem i nową wielką gwiazdą, Chrisem Prattem. Teraz odmówiłem pracy przy trzech projektach, bo chciałbym mieć wreszcie trochę wolnego. Przez ostatnie trzy lata pracowałem prawie non stop. W ciągu tego roku byłem w domu może półtora miesiąca… Więc należy mi się urlop!


Wywiad z Łukaszem Bielanem ukazał się w Harper's Bazaar Polska 12 / 2016

Reklama

Polecane wideo

Reklama
Skomentuj

Podobne tematy

Reklama
...zostać z wykształcenia technikiem radiologiem jak modelka Amanda Murphy?
Reklama

Najnowsze artykuły

Reklama
×
Zarejestruj się w Klubie VIP Harper's Bazaar
Wstąp do Klubu VIP i otrzymuj najnowsze informacje ze świata Harper's Bazaar,
zniżki na zakupy oraz zaproszenia na wyjątkowe wydarzenia!
×
Warsztaty Women at Work

Wypełnij Formularz zgłoszeniowy na Warsztaty Women at Work

Cykl Women at Work skierowany jest do kobiet prowadzących własne firmy oraz zajmujących kierownicze i zarządcze stanowiska w przedsiębiorstwach *

Zapraszamy na warsztaty, które pozwolą odpowiedzieć na pytania:

  • Jak zdefiniować pozycję i rolę kobiet w biznesie?
  • Jak komunikować markę osobistą oraz markę liderki w biznesie?
  • W jaki sposób tworzyć i pielęgnować własny, biznesowy styl?
  • Jak skutecznie zarządzać wpływem, jaki nasz biznes wywiera na otoczenie oraz aktywnie włączyć się w proces tworzenia firm odpowiedzialnych społecznie?
  • Jak zapewnić stabilność i ciągłość własnego biznesu?
Administratorem podanych przez Panią danych osobowych jest Marquard Media Polska Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (02-305), Aleje Jerozolimskie 142A.
Pani dane osobowe zostały przekazane dobrowolnie i będą przetwarzane w celu wyłonienia uczestników i organizacji warsztatów Women at Work, a także, w przypadku wyrażenia zgody, w celach marketingowych.
Pani dane osobowe będą udostępnianie podmiotom upoważnionym na podstawie przepisów prawa oraz podmiotom współpracującym przy organizacji warsztatów.
Posiada Pani prawo dostępu do treści swoich danych oraz ich poprawiania.

* Skontaktujemy się wyłącznie z wybranymi uczestniczkami w celu dokonania ostatecznej rejestracji.