Reklama

Mistrz Galliano wraca do gry!

Projektant uwolnił się od fobii i uzależnienień, nie epatuje ekscentryzmem, nie chce być gwiazdą. Co zostało z dawnego Johna Galliano? Sądząc po pierwszych kolekcjach, jakie zaprojektował dla Maison Margiela, na pewno geniusz.

Mistrz Galliano wraca do gry! fot. Getty Images

Jedenasta dzielnica Paryża. To tu, w otoczeniu sklepów z tanią odzieżą i fast foodów, mieści się centrum dowodzenia światem Maison Margiela. Mimo oddalenia od ósmej i szesnastej dzielnicy, gdzie rozlokowane są paryskie domy mody, siedziba firmy prezentuje się nader imponująco – osiemnastowieczny klasztor został zamieniony w awangardową szkołę projektowania. Teraz to drugi dom Johna Galliano. Pod koniec 2014 roku, po kilku miesiącach wahań, przyjął propozycję Renza Rossa, właściciela Maison Margiela, i został dyrektorem kreatywnym marki. Długo się namyślał, bo estetyka domu mody Margiela skrajnie różni się od tego, co robił do tej pory. Już same surowe, białe wnętrza siedziby nijak nie przystają do pełnych przepychu pracowni haute couture Christiana Diora, w których Galliano spędził najważniejsze 15 lat swojego życia. Nowe stanowisko wymagało od projektanta zerwania z dotychczasowym sposobem myślenia o modzie. Ale ostatecznie powiedział „tak”.

 

5 zaskakujących faktów z życia Johna Galliano

 

Skromny John

Biel od samego początku zajmowała kluczowe miejsce w filozofii awangardowej marki. Martin Margiela nadał jej szczególne znaczenie. Jest neutralna, jakby niewidoczna, nie narzuca się, a przez to staje się idealnym tłem dla prezentowanych kolekcji. Co ciekawe, zasada kolorystycznej wstrzemięźliwości obowiązuje także pracowników domu mody. Biały kitel to codzienny mundurek również dla Galliano. I symbol tego, że projektant musiał przestać myśleć o sobie jako o wielkim krawcu, a stać się częścią zespołu. Gdy 12 stycznia 2015 roku zaprezentował swoją pierwszą kolekcję haute couture dla Maison Margiela, zaproszeni goście potrzebowali czasu, by oswoić się z nowym wizerunkiem ekscentrycznego dotąd projektanta. Doskonale przecież pamiętali, że przed laty finał niemal każdego pokazu Christiana Diora stawał się jego jednoosobowym performansem. Niczym gwiazda wieczoru – przebrany za kosmonautę, matadora czy Napoleona – kłaniał się w teatralnym geście. To było jego pięć minut. Teraz na zakończenie pokazu Margieli wyszedł nieśmiało dosłownie na chwilę. Uczesany i ogolony, w białym fartuchu włożonym na garnitur. Widać, że nowa praca mu służy. Wygląda na spokojnego i szczęśliwego. Ale droga do tego miejsca nie była łatwa.

 

Buty Maison Margiela wyglądają jak wyjęte ze śmietnika, a kosztują krocie!

 

 Kolekcja Haute Couture Galliano dla Diora wiosna- lato 2010 / fot. Getty Images

 

Wielki skandal

W lutym 2011 roku w kilka chwil Galliano stracił wszystko, na co ciężko pracował przez ponad 20 lat. Wszyscy pamiętają jak przed paryskim tygodniem mody ready-to-wear do sieci trafiło nagranie, na którym pijany Galliano w paryskiej kafejce La Perle obrzuca wyzwiskami siedzącą obok żydowską parę, deklarując miłość do Hitlera i poparcie dla Holokaustu. Wygłaszanie publicznie treści antysemickich jest we Francji prawnie zabronione, więc przedstawiciele koncernu Louis Vuitton Moët Hennessy, właściciela domu mody Christian Dior, nie mogli nie zareagować. Wcześniej przymykali oko na ekscesy jednego z najlepszych swoich projektantów, perły w koronie LVMH

Jednak tego skandalu nie dało się zatuszować. Kilka dni po incydencie ówczesny dyrektor generalny Diora Sidney Toledano ogłosił, że firma rozpoczęła procedurę zwolnienia Galliano ze stanowiska dyrektora kreatywnego, uznając jego zachowanie za „wysoce godne potępienia”. Dziennikarze też nie mieli litości dla Galliano, jego nazwisko przez kilka tygodni nie schodziło z pierwszych stron gazet na całym świecie. Gorzkie słowa padły także z ust jego kolegów po fachu. Diane von Furstenberg mówiła: „Jako córka Żydów, którzy cudem uniknęli Holokaustu, uważam jego słowa za absolutnie nie do przyjęcia”.

Proces Galliano we wrześniu 2011 roku trwał siedem godzin. Łamiącym się głosem projektant starał się przekonać ławę przysięgłych, że ze względu na potrójne uzależnienie (od alkoholu, środków psychotropowych i nasennych) nic nie pamięta z tamtego strasznego dnia. Próbował się usprawiedliwiać: „Po każdym kreatywnym uniesieniu przeżywałem upadek, a alkohol pozwalał mi znów stanąć na nogi”. „Zacząłem mieć ataki paniki, nie byłem w stanie wyjść do pracy, nie zażywając valium”. Przyznał też, że ma za sobą dwumiesięczny odwyk w ośrodku w Arizonie. Wielokrotnie powtarzał, jak bardzo żałuje tamtych słów i że nie jest i nigdy nie był antysemitą. Finalnie francuski sąd uznał jednak Galliano winnym i nałożył na niego karę w wysokości sześciu tysięcy euro plus koszty procesu. Po jego zakończeniu projektant zaczął terapię, w ramach której musiał spotkać się z osobą, która przeżyła obóz koncentracyjny, oraz z rabinem.

Komentujące sprawę media uznały, że załamanie nerwowe projektanta było wynikiem zbyt dużej ilości obowiązków, presji związanej z wynikami sprzedaży oraz jego własnych ambicji. („Miałem dwójkę dzieci. Jedno nazywało się Dior, drugie Galliano. Sprawiały, że byłem bardzo zajęty”, mówił podczas procesu). Wskazywano, że od 1996 roku, kiedy objął stanowisko dyrektora kreatywnego Diora, przez pięć lat tworzył po osiem kolekcji rocznie, sześć dla Diora i dwie dla autorskiej marki Galliano (również należącej do LVMH). Jednak ci, którzy znali go wcześniej, wiedzieli, że problemy psychiczne i słabość do używek towarzyszyły mu od początku jego artystycznej drogi. Wcale nie pojawiły się wraz z narastającymi zobowiązaniami.

John vs Galliano's Girl

John pochodzi z robotniczej rodziny, która kiedy miał sześć lat, przeprowadziła się z Gibraltaru do Londynu. Na początku lat 80., w czasie studiów w szkole projektowania Central Saint Martins, najważniejszą aktywnością dwudziestokilkuletniego przyszłego projektanta mody był clubbing. Wśród znajomych  miał opinię skrytego samotnika, ale wieczorami, podczas  szalonych całonocnych imprez, ujawniało się jego drugie oblicze, przez niektórych nazywane demonicznym. Nie ukrywał, że lubi eksperymentować z narkotykami, twierdził nawet, że to one pozwalają mu się rozwijać i tworzyć. W 1985 roku, gdy przygotowywał debiutancką kolekcję na londyński tydzień mody, jego współpracownicy zauważyli u niego objawy choroby maniakalno-depresyjnej. „Galliano popadał ze skrajności w skrajność. Od uniesienia szybko przechodził do stanu załamania nerwowego. Po każdym pokazie wpadał w przygnębienie i nie było z nim kontaktu przez minimum trzy dni. To było bardzo smutne. Psychicznie i emocjonalnie wyczerpany, stał się wrakiem człowieka. Zamykał się w pracowni i nie chciał z niej wyjść”, wspominał jego pierwszy partner biznesowy Johann Brun.

 

fot. Getty Images

 

Galliano padał ofiarą własnych ambicji. Od początku mierzył bardzo wysoko, marzył, by cały świat nosił ubrania z jego metką. Aby łatwiej mu było funkcjonować, wymyślił sobie dwie osobowości: Johna – zwykłego faceta, który odpowiadał za współpracę z marketingiem i studio projektowe, oraz Galliano's Girl – kreatywną duszę i drama queen w jednym. Jego zespół, traktując sprawę poważnie, nosił koszulki z napisem Galliano's Girl.

 

W 1989 roku postanowił przenieść się do Paryża. Uważał, że Londyn nie ma mu już wiele do zaoferowania. Było w tym trochę racji. W tamtych czasach, ze względu na pogłębiający się kryzys brytyjskiej branży mody, kupcy i dziennikarze często omijali londyński fashion week i kierowali się prosto do Paryża. Galliano pragnął zostać wielkim krawcem. „Chcę mieć własny dom mody, taki jak Christian Dior”, powtarzał.

 

Z Londynu do Paryża

Na początku lat 90. Faycal Amor, paryski współpracownik Johna, zajmujący się pozyskiwaniem partnerów biznesowych, zaproponował LVMH współpracę z marką Galliano. Prezes Bernard Arnault odmówił jednak, argumentując, że jego koncern nie jest zainteresowany kreacjami tego typu. Zdanie zmienił kilka lat później, gdy szukał godnego następcy Huberta de Givenchy, planującego przejście na zasłużoną emeryturę. Potrzebował kogoś młodego, ale już rozpoznawalnego, kto zainteresowałby generację młodych aspirujących klientów doskonałą modą ready-to-wear. Jego prawa ręka Richard Simonin miał wtedy powiedzieć do Arnault: „Powinieneś zaryzykować.
John wprowadzi rewolucję!’’. Największym „ale” był  imprezowy styl życia projektanta. Kierownictwo LVMH zdawało sobie sprawę, że to może obniżyć prestiż Givenchy i ich samych. Krawiec haute couture był jeszcze wtedy utożsamiany z dystynkcją i elegancją wyższych sfer. Simonin nie dawał jednak za wygraną. Wiedział, że Galliano ma talent, a co ważniejsze, nowoczesną wizję haute couture. W końcu w lipcu 1995 roku Arnault zgodził się spotkać z projektantem.

A potem już wszystko potoczyło się błyskawicznie. Kontrakt wyglądał jak bajka. Galliano miał zarabiać pół miliona dolarów za sezon, plus premia, gdy kolekcja ready-to-wear będzie się świetnie sprzedawać. W umowie widniał też zapis, że jeżeli projektant wyraża wolę przygotowania kolekcji haute couture, kierownictwo Givenchy przygotuje budżet; jeśli się w nim zmieści (lub tylko minimalnie go przekroczy), ma wolną rękę. Był jeden haczyk: wszystkie kolekcje ready-to-wear miały być konsultowane i ostatecznie akceptowane przez zarząd marki. Mimo to Galliano podpisał umowę bez zastanowienia. Stanowisko dyrektora kreatywnego legendarnego paryskiego domu mody było dla niego jak awans społeczny, dawało mu też możliwości pracy na zupełnie innym poziomie. „W pracowni Galliano mieliśmy sześć maszyn do szycia, w Givenchy było ich 60!”, wspominał później.

Uwierzył, że to jego czas, i zaczął zachowywać się jak gwiazda. Podczas pierwszego pokazu haute couture 21 stycznia 1996 roku zwlekał z rozpoczęciem prezentacji. „Na co czekasz, skoro wszystko jest gotowe?”, zapytał Simonin. W odpowiedzi usłyszał: „Karl Lagerfeld opóźnił pokaz Chanel
o 45 minut, więc ja spóźnię się o półtorej godziny”. Debiut Galliano był wielkim sukcesem. „Świeża, młodzieńcza i do noszenia”, zachwycała się kolekcją Suzy Menkes. Wyglądało na to, że sukces zaczyna uderzać Galliano do głowy. Tak w każdym razie interpretowano wiele jego zachowań. Przykład? Królowa Elżbieta zaprosia go na oficjalną kolację na cześć prezydenta Francji, Jacques 'a Chiraca. Projektant nie pojawił się jednak w Pałacu Buckingham, a o swojej nieobecności nie uprzedził biura protokołu dyplomatycznego. Kiedy o zajściu zaczęły rozpisywać się francuskie media, Galliano w oświadczeniu prasowym wytłumaczył swoją nieobecność nagłym atakiem migreny.
To mogło wyglądać jak kaprys gwiazdy,  dopiero jakiś czas później w wywiadzie dla New York Timesa projektant przyznał, że to atak paniki nie pozwolił mu tamtego wieczoru opuścić hotelowego pokoju.

  

Transfer do Diora

Tymczasem Arnault, niezrażony tego rodzaju incydentami, planował kolejny awans dla brytyjskiego geniusza. Na jednym ze spotkań oświadczył Simoninowi: „Galliano stąpa po wodzie! On jest za dobry dla Givenchy! Przenoszę go do Diora!”. Projektant nie mógł w to uwierzyć. „Mam Diora!”, krzyknął przez telefon do swojej wieloletniej współpracowniczki, Amandy Harlech. To był dla niego świetny czas. W wieku 36 lat zaczął wreszcie dbać o siebie, zdrowo się odżywiać, regularnie ćwiczyć jogę, grać w squasha. Wszystko pod okiem trenera personalnego (tego samego, który „dał Tinie Turner tak piękne nogi”). „Kiedy biegam, myślę tylko o prawidłowym oddychaniu. To jest jak medytacja, czuję, że mój duch jest wolny”, twierdził. Napięty grafik nie pozwalał mu na ekscesy. Galliano znalazł się w miejscu, w którym od zawsze chciał być, i nic nie mogło mu stanąć na przeszkodzie. Zmienił nie tylko podejście do życia, ale i sposób ubierania się. Po Johnie-kloszardzie nie było śladu. Ubrany w skrojony na miarę garnitur – na wzór tych noszonych przez księcia Walii – mawiał: „Jestem w Diorze, ubieram się jak Dior”. W jego najbliższym otoczeniu pojawiły się też nowe osoby: prywatni ochroniarze.

 

 fot. Getty Images

 

Mistrz kreacji

Choć jego pierwsza kolekcja haute couture Christian Dior na wiosnę-lato 1997 roku nie miała w prasie najlepszych recenzji, innego zdania były klientki. Po pokazie w pracowni paryskiego domu mody pojawiło się tyle kobiet pragnących mieć szytą na miarę suknię autorstwa nowego dyrektora
kreatywnego, że szefowa departamentu couture musiała udostępnić swój gabinet na przymiarki. To umocniło Arnaulta w przekonaniu, że należy dać Galliano absolutną swobodę tworzenia. John nie obmyślał innowacji, wolał kreować zapierające dech w piersiach obrazy. Kolekcja, sposób jej prezentacji i scenografia miały tworzyć spójną całość. Zawsze stawiał na wyraziste inspiracje: styl francuskich dandysów, artystycznej bohemy, rosyjskiej arystokracji czy znanej z ekstrawaganckiego podejścia do życia i mody markizy Luisy Casati. To jej zadedykował kolekcję haute couture wiosna-lato 1998. Chcąc zaprezentować ją w odpowiednim wnętrzu, Galliano polecił wynająć hol paryskiej opery na 2200 osób. Kosztowało to firmę 150 tysięcy dolarów, przygotowanie całego pokazu – w sumie dwa miliony. Świat mody nigdy wcześniej nie widział takiego bogactwa, ekstrawagancji i śmiałości w prezentowaniu projektów. Galliano, nieograniczany ani projektowo, ani finansowo, rozpoczął nowy rozdział w historii francuskiego domu mody.

 

Kolekcja Galliano dla Diora wiosna-lato 1998/ fot. Getty Images

 

Jego geniusz przekładał się na wyniki finansowe firmy. W 1990 roku Dior miał tylko sześć firmowych butików na świecie. W 1998 roku ta liczba wzrosła do 78. Niekwestionowana zasługa nowego dyrektora kreatywnego. Galliano był na szczycie. Jednak sukces i ekskluzywny styl życia powodował, że niczym gwiazda rocka stopniowo zaczął tracić kontakt z rzeczywistością. Mówiło się, że żyje w bańce o nazwie Dior. Nie potrafił wysłać maila, wypłacić pieniędzy z bankomatu, wypisać czeku. Nie korzystał z transportu publicznego, po mieście woziła go prywatna limuzyna z szoferem. Sprawy zaczęły przybierać zły obrót, kiedy w kwietniu 2007 roku zmarł Steven Robinson, jego najbliższy współpracownik od czasów zakończenia studiów i prawa ręka w Diorze. Bez niego John tracił kontrolę i powoli zaczął wracać do starych nawyków, kiedy to w pracy najlepszymi doradcami były narkotyki i alkohol.

 

 Kolekcja Haute Couture Galliano dla Diora wiosna- lato 2007 / fot. Getty Images

 

Nowy początek

Od tamtego czasu minęło 10 lat. Jest rok 2017 i po dawnym Johnie – gwieździe, ekscentryku, człowieku uzależnionym od alkoholu i psychotropów – pozostały jedynie opowieści. Ubrany w biały fartuch Galliano podkreśla, że stał się innym człowiekiem. Docenia teraźniejszość i miejsce, w którym się znajduje. Za sterami w Maison Margiela wraca powoli jego dawna pewność siebie. Kolejne kolekcje oceniane są z entuzjazmem. „Wspaniale być znów żywym. Każde doświadczenie wydaje się nowe”, mówi. Od samego Martina Margieli dostał zielone światło. „Bierz, co chcesz, z DNA marki i dopasuj to do swojej estetyki”, usłyszał od mistrza modowej awangardy. „To nowy początek dla Johna i nowy początek dla Maison Margiela”, podsumowuje Renzo Rosso, właściciel marki. Odważył się dać drugą szansę upadłemu aniołowi, niegdyś jednej z najjaśniejszych gwiazd branży mody – i widzi, że znów świeci ona coraz jaśniej.

Reklama

Polecane wideo

Mistrz Galliano wraca do gry!

Kolekcja Martin Margiela Artisanal...
Kolekcja Martin Margiela Artisanal wiosna-lato 2017
Reklama
Skomentuj

Podobne tematy

Zobacz również

Reklama
... zamiast rocznic związku obchodzić miesięcznice tak jak fotograf Alexi Lubomirski?
Reklama

Najnowsze artykuły

Reklama
×
Zarejestruj się w Klubie VIP Harper's Bazaar
Wstąp do Klubu VIP i otrzymuj najnowsze informacje ze świata Harper's Bazaar,
zniżki na zakupy oraz zaproszenia na wyjątkowe wydarzenia!
×
Warsztaty Women at Work

Wypełnij Formularz zgłoszeniowy na Warsztaty Women at Work

Cykl Women at Work skierowany jest do kobiet prowadzących własne firmy oraz zajmujących kierownicze i zarządcze stanowiska w przedsiębiorstwach *

Zapraszamy na warsztaty, które pozwolą odpowiedzieć na pytania:

  • Jak zdefiniować pozycję i rolę kobiet w biznesie?
  • Jak komunikować markę osobistą oraz markę liderki w biznesie?
  • W jaki sposób tworzyć i pielęgnować własny, biznesowy styl?
  • Jak skutecznie zarządzać wpływem, jaki nasz biznes wywiera na otoczenie oraz aktywnie włączyć się w proces tworzenia firm odpowiedzialnych społecznie?
  • Jak zapewnić stabilność i ciągłość własnego biznesu?
Administratorem podanych przez Panią danych osobowych jest Marquard Media Polska Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie (02-305), Aleje Jerozolimskie 142A.
Pani dane osobowe zostały przekazane dobrowolnie i będą przetwarzane w celu wyłonienia uczestników i organizacji warsztatów Women at Work, a także, w przypadku wyrażenia zgody, w celach marketingowych.
Pani dane osobowe będą udostępnianie podmiotom upoważnionym na podstawie przepisów prawa oraz podmiotom współpracującym przy organizacji warsztatów.
Posiada Pani prawo dostępu do treści swoich danych oraz ich poprawiania.

* Skontaktujemy się wyłącznie z wybranymi uczestniczkami w celu dokonania ostatecznej rejestracji.