Historie miłosne: O związkach (i nie tylko) rozmawiamy z Danutą Stenką
Danuta Stenka / fot. Sebastian Ciuliński

Historie miłosne: O związkach (i nie tylko) rozmawiamy z Danutą Stenką

Krystyna Janda powiedziała kiedyś: „Jedna z najpiękniejszych kobiet, które znam, to Danuta Stenka. Jest także wzorem klasy i elegancji”.
21.04.2019

Wywiad BAZAAR z Danutą Stenką

Iza Komendołowicz: Zauważyłaś spojrzenia mężczyzn, kiedy się tutaj pojawiłaś?

Danuta Stenka: Naprawdę? To już się raczej nie zdarza. No chyba że jest ze mną jedna z córek, wtedy faktycznie zauważam to dobrze mi znane przedłużone spojrzenie mężczyzn, „długie światła”, jak mawia mój mąż. Tyle tylko, że teraz skupia się ono wyłącznie na mojej córce, na mnie nawet na ułamek sekundy nie zboczy. (śmiech) Normalna kolej rzeczy. Na razie bardziej mnie to bawi, niż smuci.

Nie tęsknisz za tym?

Może to kwestia pracy nad sobą, takiego, a nie innego myślenia o życiu? Mam wrażenie, że z roku na rok coraz bardziej akceptuję siebie. Czasem nawet zastanawiam się, czy przypadkiem się nie oszukuję, czy to nie jakaś poza, ale chyba nie, skoro mnie to nie uwiera, skoro jest mi ze sobą taką, jaka jestem, lepiej na świecie niż kiedyś. Nie jestem i wcale nie chcę być wolna od różnych tęsknot za tym, co było i nie wróci. Ale nie ma we mnie złości czy, nie daj Boże, goryczy. Czasami na ulicy zauważam, że ludzie się do mnie uśmiechają, a kiedy dociera do mnie, że to nie są znajomi, orientuję się, że po prostu odwzajemniają mój uśmiech. Bo to ja mimowolnie uśmiecham się, gdy widzę na przykład młodych, zakochanych albo rodziców z dzieciakami… Robię to nieświadomie, więc chyba cieszy mnie ten widok, a nie martwi, że ta przygoda już za mną?

À propos przygody. W Planecie Singli 3 twoja bohaterka pojawia się na ślubie córki z dużo młodszym mężczyzną. Czy wyobrażasz sobie siebie w takiej relacji?

Czy ja sobie siebie wyobrażam? Oczywiście rozmawiamy czysto teoretycznie, bo przecież od lat jestem szczęśliwą żoną tego samego mężczyzny i nie planuję zmian. (śmiech) Przez wieki podobne relacje były na porządku dziennym, tyle że starszy, nawet bardzo stary mężczyzna i młoda dziewczyna. Nikogo to nie bulwersowało, chyba że różnica była szokująco duża, wtedy może kogoś zasmucił los dziewczęcia. Natomiast prawie nie występowały sytuacje odwrotne. A jeśli już, to w ukryciu, byle się ludzie nie dowiedzieli, bo wybuchłby skandal. To się zmienia, ale bardzo powoli.

Nawet w tolerancyjnej Francji małżeństwo prezydenta Macrona wciąż wywołuje negatywne komentarze.

W takich związkach ludzie doszukują się czegoś niezdrowego. A ja należę do starszego pokolenia i podejrzewam, że nasiąkłam tym, że istnieje brak zgody na taką relację. Dlatego pewnie nie odbyłoby się to tak łatwo w moim przypadku, niemniej… myślę, że nie byłoby to niemożliwe.

Opinia innych osób jest dla ciebie ważna?

To akurat nie miałoby większego znaczenia, chociaż pewnie byłoby mi przykro, gdyby bliscy nie akceptowali mojego partnera. To zawsze jest przykre, bez względu na jego wiek. Ale ja bałabym się raczej, że w pewnym momencie mogę się dla tego młodego człowieka, nawet jeśli oszalał z miłości, okazać towarem wybrakowanym i dojdzie do prostego, aczkolwiek przykrego dla mnie wniosku: za stara.

Danuta Stenka dla Bazaar

fot. Sebastian Ciuliński

Może lepiej przeżyć coś pięknego, nawet jeśli miałoby to trwać tylko chwilę?

Myślę, że kiedy się z kimś wiążemy, to nawet jeśli się nad tym nie zastanawiamy, gdzieś z tyłu głowy mamy marzenie, żeby był to czas nieokreślony, jak w bajce, „żyli długo i szczęśliwie”. A nie tak, że z założenia daję sobie rok czy dwa lata i koniec. Przynajmniej ja miałabym z tym problem. Wolę jednak ulegać iluzji. Przypominam sobie swoje historie miłosne i pamiętam, że nawet jeśli rozum podpowiadał mi, że ten związek nie wróży wspólnego długiego życia, to mimo wszystko pozwalałam sobie wierzyć, że ta bajka będzie trwać.

Z tą starszą panią to chyba trochę przesadziłaś. W serialu Diagnoza, w którym grasz demoniczną, ale piekielnie seksowną doktor Bognę Mróz, miałaś kilka scen intymnych. Czy teraz bardziej się wstydzisz niż kiedyś, gdy byłaś młodsza?

To ciekawe, ale chyba nie. Choć pewne rzeczy mnie krępują, mam świadomość swoich niedoskonałości i nie chcę się z nimi afiszować. Wydaje mi się jednak, że 20 lat temu miałabym znacznie większy problem na przykład w takim spektaklu jak Koncert życzeń, żeby przed widzem, który stoi na wyciągnięcie ręki, zdjąć bluzkę czy rajstopy, rozebrać się do bielizny. Nawet nie wiem, czy nie próbowałabym się z tego wywinąć. Pewnie tak. W młodości miałam dość krągłe kształty, uważałam, że jestem za duża, za gruba. Miałam przez to kompleksy. Chociaż kiedy dzisiaj patrzę na stare zdjęcia, myślę, że nie było ze mną aż tak źle. Wiem, że teraz moje ciało jest w gorszej formie, bo być musi, w końcu upłynęło ponad 30 lat od pierwszych kroków w zawodzie. Za to w dużo lepszej kondycji jest moja psyche. Jestem dla siebie bardziej wyrozumiała. Po prostu akceptuję siebie. Niedawno kupiłam sobie lusterko, którego druga strona powiększa dziesięciokrotnie – przeżyłam wstrząs. „O matko! To znaczy, że normalnie widzący ludzie muszą patrzeć na tę siatkę zmarszczek, o których ja nie miałam pojęcia!” Dotąd wydawało mi się, że jest trochę lepiej. Ale zamiast rozpaczać, zaczęłam się śmiać. Jednak natura jest dla mnie łaskawa i odbierając mi jędrność skóry, odbiera mi również ostrość widzenia. (śmiech)

Uważasz, że w twoim wieku pewnych rzeczy już nie wypada?

Czasem pytam córki: „Czy ja to jeszcze mogę na siebie włożyć?”. I proszę je, żeby puknęły mnie w czoło, gdybym się kiedyś przebrała za nastolatkę. Przypominam sobie, jak w liceum jedna z nauczycielek – pewnie miała wtedy około czterdziestki, choć nam wydawała się bardzo wiekowa – przyszła do szkoły w białych podkolanówkach. To był szok. Pamiętam nasze komentarze w stylu: „Jeszcze tylko kitek z kokardkami brakuje do kompletu!”. Co prawda było to ze 40 lat temu, wiele się od tego czasu zmieniło. Zawsze jednak istnieje niebezpieczeństwo, że straci się dystans do siebie, a nie chciałabym popaść w śmieszność. Z drugiej strony wszyscy czasem spotykamy starsze panie z siwymi włosami do pasa, ubrane w kolorowe sukienki i dziwnym trafem nas to nie razi. Może chodzi o spójność? Żeby opakowanie pasowało do wnętrza? Są przecież wieczne dziewczyny i wieczni młodzieńcy, tak jak są też dojrzali chłopcy.

Moja znajoma, piękna, zadbana kobieta po siedemdziesiątce, mawia, że kiedy ktoś ją pyta, ile ma lat, odpowiada zgodnie z prawdą, ale nikt nie może w to uwierzyć.

Ze mną jest dokładnie tak samo. Nigdy nie miałam problemu z przyznawaniem się do wieku. Czy to ma znaczenie, co mi się wyświetla na liczniku? Ale jednocześnie te cyfry są dla mnie nierealne. Ciągle mi się wydaje – tak się czuję – że mam trzydzieści kilka, góra czterdzieści lat. Najbardziej przeżyłam trzydziestkę. Nie zapomnę tego dnia. Jechałam do Teatru Dramatycznego, 10 października, obrzydliwy, ponury jesienny dzień. W Warszawie czułam się obco. Niedawno przeniosłam się z Poznania, tam zostali mąż, przyjaciele, a tutaj nie miałam jeszcze żadnych bliskich osób. Wchodząc do tego ogromnego gmaszyska Pałacu Kultury, w drzwiach natknęłam się na Jurka Satanowskiego, który na mój widok powiedział: „A ty co masz taką minę?!”. „Dzisiaj skończyłam 30 lat”, odpowiedziałam ze stuprocentowym przekonaniem, że przede mną już tylko równia pochyła „do piórnika”, jak mawiał jeden z moich kolegów. A Jurek złożył mi życzenia i powiedział: „Kobieto, wszystko, co najpiękniejsze, przed tobą”.
I okazało się, że miał rację! Potem już czterdziestka, która w ogóle mnie nie obeszła, bo czułam pełen gaz pod nogą, pięćdziesiątka, która mnie rozśmieszyła, a za dwa lata będzie sześćdziesiątka, ta to już zupełnie z kosmosu. Jedyne, co mnie czasem niepokoi, to zdrowie, nie chciałabym stać się ciężarem dla rodziny.

Nie ma co ukrywać, że w pewnym wieku organizm wymaga dłuższej regeneracji.

Dlatego też nie martwi mnie specjalnie, że od pewnego czasu dostaję mniej propozycji, bo już nie mam tyle energii, żeby pracować tak intensywnie jak kiedyś. Poza tym na wszystko potrzebuję i daję sobie więcej czasu. Nie chcę gnać przez życie z wywieszonym ozorem. Dłużej uczę się tekstu, potrzebuję więcej powtórek, kondycja też inna. Kiedyś potrafiłam przetańczyć dosłownie całą noc, teraz po dwóch, trzech ostrych tańcach muszę złapać oddech.

Zdarzyło ci się zapomnieć tekstu na scenie?

Oczywiście, ale to zdarzało mi się od początku pracy w teatrze.

Co się wtedy robi?

Dawniej wpadałam w panikę, teraz oczywiście też się denerwuję, ale wiem, że to jest wpisane w nasz zawód i że nie bez powodu od wieków aktorowi towarzyszy sufler. Bardzo mnie martwi, że ostatnimi czasy coraz więcej teatrów robi wszystko, żeby instytucja suflera odeszła w zapomnienie. Nie rozumiem i, prawdę mówiąc, nie chcę tego rozumieć. Moja pierwsza wielka „blacha”, którą zapamiętałam, miała miejsce dawno temu. To był chyba mój pierwszy sezon. Wtedy w ogóle nie korzystałam z suflera, nie umiałam, nie lubiłam, kiedy nawet w czasie prób ktoś mi podpowiadał, to mnie dekoncentrowało. Grałam Paulinę w Białym małżeństwie Różewicza. Leżałyśmy z Bianką, moją „siostrą”, w łóżku, prowadziłyśmy dialog i nagle rzuciłam okiem w kulisy. Zauważyłam, że krzesło suflerki jest puste, wyszła gdzieś. Przerażona, w ułamku sekundy zapomniałam tekstu. Moja partnerka mówiła coś za mnie, naprowadzała mnie, aż wreszcie „wskoczyłam”, ale nie zapomnę tego paraliżującego strachu. Zobaczyłam, że nie ma ratownika, nie ma koła ratunkowego, i natychmiast zaczęłam tonąć. I ten strach pojawia się w takich sytuacjach do dziś.

Miałaś w swojej karierze momenty zwątpienia? Na początku nic nie zapowiadało, że tak się wszystko potoczy.

Niczego nie planowałam, o nic nie zabiegałam, nie wyważałam żadnych drzwi, nawet do nich nie pukałam. W zawodzie znalazłam się przez przypadek, nie miałam żadnych oczekiwań. Może komuś wydawać się dziwne, ale kariera czy sława nigdy nie była moim celem. Miałam jakieś plany w swoim zawodzie, ale wyłącznie na krótkich odcinkach. Nie marzyłam też o żadnej konkretnej roli. Nadal nie marzę i cieszę się z tego, bo – po pierwsze – nie mam żalu do losu, że już jej nie zagram, bo nie ten wiek, albo że innej aktorce spełniło się moje marzenie. Po drugie, czekając na te wymarzone role, może nie zauważałabym, nie umiałabym się cieszyć z tego, co dostaję.

Trawa zawsze będzie bardziej zielona u sąsiada.

Otóż to. Byłabym tak skupiona na ogródku sąsiada, że nie zauważyłabym, że u mnie jest pięknie.

Nie zdarzyło ci się zachłysnąć sukcesem?

Kiedy jesteś młoda, zaczynasz swoją podróż, wtedy wszystko wydaje się możliwe. A do tego gdy kolejne drzwi zaczynają się przed tobą otwierać, wydaje ci się, że zostajesz królową świata. Był taki okres, że dostawałam mnóstwo propozycji, których nie byłam w stanie „przerobić”. Ale myślę, że udało mi się uniknąć niebezpiecznych zawrotów głowy. Pewnie pomogła mi w tym moja natura, pełna wątpliwości i braku wiary w siebie, ale też chyba moje wychowanie. W domu rodzinnym nauczono nas cieszyć się drobiazgami. Mój tata miał 28 lat, kiedy złamał kręgosłup i właściwie cudem uniknął wózka. Jako młody chłopak został rencistą, siedział w domu. Dwójka dzieci i on, niesprawny, budowa domu po pożarze, wszystko było na barkach mamy nauczycielki, a wiadomo, jakie są pensje nauczycielskie. Nie opływaliśmy w zbytki. Wydaje mi się, że nasze nastawienie do rzeczy materialnych wynikało nie tylko z takiej, a nie innej sytuacji finansowej, ale też z przekazu, który moja mama wyniosła ze swojego domu i nam wpoiła. Żeby umieć doceniać i cieszyć się małymi rzeczami. Mama do tej pory, jeśli zrobi się jej wielki prezent, jest raczej zmieszana, trochę przestraszona. Nie potrafi go ogarnąć swoją radością nastawioną na mniejszy kaliber. Rozkłada tę radość w czasie. Pod tym względem jestem do niej podobna. Kiedy pojawiają się wielkie prezenty od losu, podchodzę do nich ostrożnie, przyjmuję powoli, w małych dawkach. W ten sposób trudno się zachłysnąć.

Taka umiejętność przydaje się w życiu.

Mnie bardzo. Dla aktorek w moim wieku nie ma zbyt wielu ról, choć na świecie to się pomału zmienia, u nas również. Do decydentów zaczęło docierać, że dojrzała kobieta, z pomarszczoną twarzą, podkrążonymi oczami, może być piekielnie atrakcyjną bohaterką na ekranie. Widzowie nie chcą być karmieni wyłącznie bajkami, w których główne role kobiece zarezerwowane są dla młodych, ślicznych księżniczek. Ale na razie jest, jak jest. Ciekawych propozycji ciągle niewiele. Trudno. Nie oczekuję, nie przeżywam, że inni są bardziej pożądani, i cieszę się ze wszystkiego, co do mnie przychodzi. Nie chciałabym kompletnie zostać bez pracy, bo kocham swój zawód. Zresztą cały czas coś robię, ostatni rok był tak intensywny jak dawniej. Stwierdziłam nawet, że zbyt intensywny, nie mam potrzeby, żeby pracować aż tak dużo. Za to teraz mam więcej wolnego czasu i wręcz się nim rozkoszuję. Chcę posiedzieć w domu, pójść wreszcie do teatru jako widz, pojechać dokądś z mężem. Nasze małżeństwo w pewnym sensie wróciło na początek naszej wspólnej drogi.

To znaczy?

Przez lata w naszym domu było gwarno. Mieszkaliśmy razem z teściami, którzy niestety już odeszli. Młodsza córka wyprowadziła się dwa lata temu, starsza zrobi to pewnie za chwilę, zresztą też ma już swoje życie, sprawy i w domu tylko bywa. Nagle zrobiło się pusto. Na początku czułam się dziwnie, jak w opuszczonej hali dworca, ale ten stan nie trwał długo. Teraz z mężem spędzamy czas głównie we dwoje i jest świetnie. Po raz kolejny się przekonałam – kiedy odeszły wszystkie związane z dziećmi zadania i obowiązki, które bywają spoiwem wielu par – że to ten właściwy człowiek.

Jesteście małżeństwem od 30 lat. Taki staż nieczęsto spotyka się w środowisku artystycznym.

Pamiętam, kiedy się poznaliśmy. Moja decyzja, że to jest właśnie ten, z którym chcę iść przez życie, zapadła błyskawicznie. Było wielkie uczucie, ale uczucia do płci przeciwnej pojawiały się w moim życiu wielokrotnie, nawet bardzo silne, a może nawet i silniejsze na początku związku. Nigdy jednak nie miałam takiej, jak w jego przypadku, pewności, stuprocentowej pewności, że ten facet będzie moim mężem, że z nim powinnam założyć rodzinę. Na początku moi przyjaciele, ludzie, którzy dobrze znali mnie i moje historie damsko-męskie, tłumaczyli mi: „Daj sobie spokój ze ślubem, nie spiesz się, jeszcze poznasz ich tylu i nie będziesz wiedziała, co z tym fantem zrobić”. Tymczasem my wciąż jesteśmy razem. Oczywiście były – i nadal nam się zdarzają – góry i doliny, ale teraz, kiedy znów jesteśmy tylko we dwoje, czujemy, jak bardzo jesteśmy sobie bliscy.

Kiedyś powiedziałaś, że dzięki temu, że on stał mocno na ziemi, ty mogłaś fruwać.

Mój mąż od początku miał w sobie jakąś dojrzałość. Był bardzo młody, dwadzieścia parę lat, i na dodatek dwa lata ode mnie młodszy, ja jednak czułam się przy nim jak dziewczynka. Mało tego, wcześniej zwracałam uwagę głównie na starszych ode mnie mężczyzn, żartowałam nawet, że nie interesują mnie żłobki ani przedszkola, wolę domy starców. (śmiech) Zresztą zanim poznałam swojego męża, byłam zauroczona mężczyzną dużo starszym od niego. I nagle pojawił się ten dzieciak, a ja w ułamku sekundy zobaczyłam, że jest dużo dojrzalszy od tamtego faceta. Dał mi poczucie bezpieczeństwa, zaopiekował się mną. I nadal się opiekuje. A mnie ciągle się wydaje, że jestem od niego młodsza. Myślę, że wciąż mam dużo dziewczynki w sobie, i dobrze mi z tym. Od czasu do czasu mogę sobie pozwolić na brak odpowiedzialności, zerwać się ze smyczy. Wiem, że on czuwa. Córki mnie pytają: „Mamo, skąd wiedziałaś, że to ten facet?”. Powiedziała mi to moja intuicja.

Próbujesz przestrzec córki przed popełnianiem błędów?

Tego nie da się zrobić, nie jesteś w stanie nakazać dorosłemu dziecku: „Nie idź tą drogą, bo tam wpadniesz w maliny”. W naszym domu na szczęście dużo się rozmawia. Kiedy dziewczyny mają problemy, to o nich mówią. Zdarza się, że się z nami zgadzają, ale równie często mają inne zdanie albo zgadzają się, ale i tak robią po swojemu. Tak musi być. Zresztą myślę, że za dużo im nie przekażemy słowami, więcej tym, jak my żyjemy. Poza tym nie wiem czy to, co dla mnie byłoby przysłowiowymi „malinami”, dla nich nie jest niezbędnym doświadczeniem.

Obie córki wybrały psychologię. Nie jest ci żal, że żadna z nich nie poszła w twoje ślady?

Zupełnie nie. Starsza, Paulina, już w gimnazjum wiedziała, że chce zostać psycholożką. Młodsza, Wiktoria, miała różne pasje, ale teraz zaskakuje nas swoją konsekwencją i determinacją, studiuje psychologię biznesu. To wielkie szczęście robić to, co się lubi. Pamiętam, że kiedy Paulina zaczęła studiować, odebrałam ją któregoś dnia z uczelni, a ona po drodze do domu opowiadała mi zaaferowana o swoich zajęciach. W pewnym momencie zawołała: „Jak ja to lubię!”. Jakaż to była dla mnie radość! Chcesz zostać weterynarzem, krawcową, kucharką, nie wiem, fryzjerem, gospodynią domową, budowlańcem – bądź nim. Bez względu na to, czy to się komuś podoba, czy nie. To ty spędzisz spory kawał swojego życia w pracy i to tobie ma być tam dobrze, nie rodzicom, nie otoczeniu.

Niektórzy chcą zaplanować swoim dzieciom życie. Wysyłają na medycynę, prawo, bo to dobry, pewny zawód.

A potem duża część tych osób jest rozczarowana, nie lubi swojej pracy, swojego życia. Aktorstwo to przepiękny zawód i piekielnie trudny. Przepiękny wtedy, kiedy możesz go uprawiać, kiedy dają ci szansę. I okrutny, gdy dociera do ciebie, że nie jesteś wystarczająco dobra, albo gdy przeczuwasz, że masz potencjał, ale nie możesz go wykorzystać, bo szansę dostaje ktoś inny, a czasem nawet ktoś, kto takiego potencjału jak ty masz, nie posiada.

Ty miałaś dużo szczęścia.

Dużo? Na mnie spadły tony szczęścia. Mam tego pełną świadomość. Pracowałam w różnych teatrach w Polsce, poznałam mnóstwo fantastycznych aktorów, o których tak zwany świat nie słyszał. Kiedy przeniosłam się do Warszawy, nieraz, przyglądając się różnym karierom, myślałam: „Boże, gdyby tę propozycję dostała moja koleżanka, która tam została, pokazałaby, jaką można zrobić z tego rolę”. Ale nie pokazała, bo nikt jej nie dał takiej szansy. Dlatego tak bardzo doceniam wszystko, co mnie spotkało. Również potknięcia i porażki. Niczego nie chciałabym w swoim życiu zmieniać, nawet najtrudniejszych chwil, bo one przecież złożyły się na to, kim jestem. To nic, że upadniesz, każdy upada, ważne, żeby się podnieść, wyciągnąć wnioski i iść dalej, bogatszym o nowe doświadczenie. Były takie sytuacje, kiedy życie powiedziało mi „sprawdzam”. I wtedy zdałam sobie sprawę z tego, czego długo nie wiedziałam – że jestem silna. 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie