Skarby polskiego designu
fot. Alicja Wyszorodzka „Tkanina Panny” rok. 1958

Skarby polskiego designu

Niezwykle bogate zbiory, przez lata tkwiące w magazynach, zostały wreszcie udostępnione w nowej Galerii Wzornictwa Polskiego przy Muzeum Narodowym w Warszawie
21.01.2018

Niezwykle bogate zbiory, przez lata tkwiące w magazynach, zostały wreszcie udostępnione w nowej Galerii Wzornictwa Polskiego przy Muzeum Narodowym w Warszawie. „Wiele eksponatów budzi zachwyt”, opowiadają kuratorki Anna Maga i Anna Demska.

Rozmawiał Rafał Sławoń.

 

RAFAŁ SŁAWOŃ: Kiedy narodził się polski design?

ANNA MAGA: W naszej galerii, która ma opowiadać o historii polskiego wzornictwa, sięgamy do końca XIX wieku. To właśnie na przełomie XIX i XX wieku polscy artyści zaczęli intensywnie interesować się sztukami użytkowymi. I zastanawiać się, jak tworząc przedmioty dołożyć coś od siebie, tak by nadać im indywidualny rys i żeby stały się charakterystyczne dla miejsca, w którym powstały.

ANNA DEMSKA: To oczywiście wiązało się bezpośrednio z sytuacją geopolityczną. Kiedy rodził się styl zakopiański, czyli po przyjedzie do Zakopanego Stanisława Witkiewicza, Polska była ciągle pod zaborami, w związku z czym poszukiwanie stylu polskiego wiązało się z podtrzymywaniem tożsamości narodowej.

Pierwszym polskim designerem moglibyśmy więc nazwać Stanisława Witkiewicza?

A.D.: Nie tyle designerem, co artystą zajmującym się oprócz malowania również architekturą i projektowaniem przedmiotów.

A.M.: Pamiętajmy jednak, że mniej więcej w tym samym czasie sprzęty projektował też Stanisław Wyspiański.

A.D.: Zaczęło się od projektów scenograficznych, które po „przełożeniu” na meble dla rodziny Żeleńskich stały się projektem wnętrzarskim.

Dla Witkiewicza i Wyspiańskiego inspiracją była sztuka ludowa. Kiedy nasi projektanci zaczęli szukać innych źródeł natchnienia?

A.M.: Niedługo później, bo już w okresie międzywojennym pojawili się artyści, którzy starali się tworzyć neutralne stylistycznie rzeczy w formach nawiązujących do Bauhausu. W latach 20. XX wieku powstaje słynna Spółdzielnia Ład, która co prawda odnosi się do tradycji rodzimej, ale już bez dosłownych zapożyczeń ze sztuki ludowej.

Dwudziestolecie międzywojenne to złoty okres polskiego designu?

A.M.: Takich okresów było kilka, teraz też przeżywamy jeden z nich.

Ale to wówczas odnieśliśmy wielki sukces na Międzynarodowej Wystawie Sztuki Dekoracyjnej i Wzornictwa, która odbyła się w 1925 roku w Paryżu.

A.M.: Tkaniny, kilimy, meble, czyli to wszystko, co Polacy pokazali w Paryżu, było trafionym strzałem, bo doskonale wpisało się w styl art déco, a miało świeżość rozwiązań zaczerpniętych z form ludowych.

A.D.: Chodziło także o krajowe gatunki wełny, przędzionej ręcznie i barwionej naturalnymi barwnikami, na co kładziono wielki nacisk. Podziwiana była też specyficzna kolorystyka naszych wyrobów.

 


Zydelki Biedronka i Pasikonik (1954), proj. Władysław Wincze / fot. materiały prasowe

Czy te sukcesy miały jakieś realne przełożenie na to, co przeciętny Polak mógł kupić w sklepie?

A.D.: Po wystawie paryskiej pojawiły się recenzje, w których ubolewano, że znów błysnęliśmy tylko na chwilę. Niestety ten sukces w żaden sposób nie przełożył się na zamówienia.

A.M.: Oczywiście istniały warsztaty i firmy, na przykład Meko, której kolorowe stoliki nawiązujące do stylistyki De Stijl (kierunek w sztuce rozwijający się w latach 20., znany także pod nazwą neoplastycyzm – przyp.red.) pokażemy na naszej wystawie. Ale choć organizowały produkcję, to te przedmioty nie trafiały do masowego odbiorcy.

Którzy przedwojenni polscy projektanci byli szczególnie cenieni przez publiczność?

A.M.: Nie ma ich wielu, ten rynek wówczas dopiero się rodził.

A.D.: Nie jestem pewna, czy w ogóle istniała świadomość, że kupujemy na przykład metaloplastykę projektu Julii Keilowej. Niemniej myślę, że liczyło się nazwisko Wojciecha Jastrzębowskiego, który był angażowany do wielkich projektów, takich jak Ministerstwo Wyznań i Oświecenia Publicznego. On zajmował się zarówno wnętrzami, jak i meblami.

Czy w latach tużpowojennych ktoś w ogóle zaprzątał sobie głowę projektowaniem?

A.M.: Tak, chociaż wszystko, co pojawiało się na rynku, niezależnie od jakości, znikało w oka mgnieniu, a taki popyt demobilizował wytwórców. W wielu fabrykach przetrwały też przedwojenne projekty, głównie duże ciężkie meble. Ich producenci potrzebowali czasu, by przekonać się do bardziej funkcjonalnych form. Rewolucja nastąpiła dopiero na przełomie lat 60. i 70.

A.D.: Ale już w 1953 roku Instytut Wzornictwa zorganizował wystawę Jak urządzić mieszkanie i tam pojawiły się lżejsze, robione w Kłodzku ładowskie meble z sosny palonej. Podobno kiedy ich transporty przyjeżdżały na Dworzec Gdański, to z miejsca wykupywano całe pociągi. Warto tutaj wspomnieć, że lata 50. to czas, kiedy zaczyna działać Biuro Nadzoru Estetyki Produkcji, a potem Instytut Wzornictwa. Kieruje nim Wanda Telakowska, na zamówienie której artyści dostarczają gotowe projekty między innymi tkanin, kilimów i szkieł. Niestety, znowu nie udawało się wdrożyć ich do produkcji, powstawały tylko krótkie serie. To bardzo ciekawy wątek naszej ekspozycji.

Widzę, że historia polskiego designu to trochę historia niezrealizowanych projektów. Podobnie było w latach 60., które – jak panie wspomniały – zrewolucjonizowały rynek.

A.D.: Wtedy pojawiła się potrzeba lekkości. Widać ją w projektach zarówno mebli, jak i ubrań.

A.M.: Niestety, tworzywa sztuczne nie były wówczas dostępne, a artyści marzyli, żeby giąć meble tak jak Charles Eames czy Arne Jacobsen. Pojawiały się tylko pojedyncze eksperymenty. Na przykład Roman Modzelewski wyprodukował w Łodzi swój słynny fotel RM 58. I zrobił to praktycznie własnoręcznie.

Potrzeba okazała się jednak matką wynalazku i nasi projektanci znajdowali substytuty sztucznych tworzyw.

A.M.: W pewnym sensie ograniczenia były bardzo inspirujące.

A.D.: Posługiwano się wikliną wyplataną na metalowym stelażu, żyłką igielitową, sznurkiem… Artysta Władysław Wołkowski, który miał świetne wyczucie formy, potrafił z wikliny wypleść taboret, a nawet fotel Ślimak.

Tymczasem w latach 70. zapanowało gierkowskie „rozpasanie”. Jak ono odbiło się na polskim designie?

A.M.: Pożyczki, które wówczas zaciągnął Gierek, pozwoliły kupować różne licencje, a te odbierały chleb rodzimym projektantom. Z drugiej strony polscy projektanci mieli wreszcie dostęp do nowych technologii, a to oznaczało duży skok jakości wyrobów.

A.D.: Na naszej wystawie odbiło się zaś to w taki sposób, że miałyśmy mniej obiektów niż z lat poprzednich, bo mniej chętnie udostępniano nam je za darmo. (śmiech)

 


Aparat fotograficzny Alfa (1959), proj. Krzysztof Meisner  / fot. materiały prasowe

Mimo wszystko udało się kilka pokazać?

A.D.: Obok świetnych lnów z Żyrardowa mamy szkło krośnieńskie, wyroby zakładów optycznych Krokus…

Projektowane w latach 60. i 70. rzeczy zdobyły uznanie koneserów na Zachodzie?

A.M.: Wystawy z naszym wzornictwem krążyły po świecie, ale te wyroby nie trafiały masowo na tamtejszy rynek. Tylko pojedyncze przedmioty zyskały międzynarodową renomę.

A.D.: W największym na świecie muzeum sztuki i rzemiosła, czyli londyńskim Muzeum Wiktorii i Alberta, pojawiły się piękny serwis Henryka Albina Tomaszewskiego oraz wspomniany fotel Modzelewskiego, który zresztą ostatnio przeżywa renesans popularności.

Jestem ciekaw, jakie eksponaty z lat 80., kiedy z powodu kryzysu sklepy były kompletnie puste, mogły panie pokazać na wystawie?

A.D.: Mamy projekty z Instytutu Wzornictwa, na przykład tkaniny.

A.M.: Można też zobaczyć lampy ART Rudkiewicza i Pniewskiego produkowane od 1981 roku w Wilkasach. To ciekawa historia, bo te lampy zostały zaprojektowane na targi, na których dyrekcja planowała pokazać inny produkt. Ale na fali solidarnościowych przemian
do głosu doszli twórcy i załoga, i to oni doprowadzili do wysłania lamp. Traf chciał, że na targach pochwalił je jakiś oficjel i udało się je wprowadzić do masowej produkcji.

A rzeczy najnowsze?

A.M.: Zależało mi, żeby je także pokazać na wystawie. To było trudne, bo dużo się dzieje i wielu młodych ludzi zaczyna teraz produkcję. Starałyśmy się zaprezentować mnogość rozwiązań, które projektanci mają dziś w ofercie dzięki nowym technologiom i materiałom.

A.D.: Mamy między innymi szezląg Tomka Augustyniaka, który jest bez wątpienia meblem luksusowym, mamy Trefle, czyli kryte filcem meble Piotra Kuchcińskiego, i jego nadmuchiwany stołek. Są też projekty Bartosza Muchy i Pure Design, czyli przekształcona w zabawkę szczotka czy lampa zrobiona na drukarce 3D.

Na wystawie zaprezentowanych zostanie łącznie ponad  600 eksponatów…

A.M.: Wliczając drobną biżuterię, nawet 634.Chodziło nam o to, żeby na stosunkowo niewielkiej powierzchni 300 metrów kwadratowych pokazać zmiany, które następowały w ciągu 100 lat historii polskiego designu. Są eksponaty charakterystyczne dla poszczególnych okresów, ale ekspozycję staramy się uzupełnić prezentacjami na tabletach oraz archiwalnymi zdjęciami i filmami. Zwróciliśmy się też do studiów projektowych o przygotowanie materiałów na temat ich działalności. Z tego zostanie zmontowany kolaż, który w skrótowej formie opowie o tym, co ważnego dzieje się tu i teraz.

Eksponaty znajdowały panie w najróżniejszych miejscach…

A.M.: Jest na przykład zydelek Sarenka, który znalazłam w przychodni, do której chodziłam z moimi dziećmi.

A.D.: Co ciekawe, mamy też kilka obiektów z wyposażenia samego Muzeum Narodowego, na przykład jeden z foteli z fabryki Konrada Jarnuszkiewicza, które w latach 60. służyły zwiedzającym, oraz taboret projektu Wołkowskiego z muzealnej kawiarni.

A były przedmioty, których nie udało się paniom zdobyć?

A.D.: Naszym problemem był raczej nadmiar. Miałyśmy kłopot z tym, jak to wszystko zmieścić, pokazać i nie pominąć przy tym żadnego ważnego nazwiska.

Gdyby było to możliwe, co z galerii zabrałyby panie do domu?

A.D.: Ja bym wzięła całą ceramikę z lat 50. i 60., czyli to, co mamy z Instytutu Wzornictwa, oraz figurki porcelanowe. Przepiękne są też tkaniny, ale wielkość galerii nie pozwala na zaprezentowanie ich w całej okazałości, dlatego spoczęły w szufladach.

A.M.: U mnie w domu nic by się już nie zmieściło (śmiech). Ale mogę zapewnić, że w galerii nie zabraknie eksponatów budzących zachwyt.

 


Fotel Tulipan (1973), proj. Teresa Kruszewska / fot. materiały prasowe

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie