Z cyklu czas kobiet: rozmawiamy z Kingą Dębską
fot. materiały prasowe

Z cyklu czas kobiet: rozmawiamy z Kingą Dębską

Małgorzata Fiejdasz-Kaczyńska rozmawia z polską reżyserką
17.03.2018

KINGA DĘBSKA: WSZYSTKO O MIŁOŚCI

Rozmawia Małgorzata Fiejdasz-Kaczyńska 

 

”Staram się być empatyczna, ale nie jestem terapeutką, nawet jeśli moje filmy mają jakąś moc oczyszczającą...”

 

Małgorzata Fiejdasz-Kaczyńska: Po projekcji Planu B podeszło do ciebie parę kobiet i powiedziały, że film je wzruszył. To największy komplement? 

Kinga Dębska: Nie wiem, czy największy, ale dzisiaj bardzo trudno uruchomić czułą strunę w człowieku. Za każdym razem, kiedy spotykam się z podobną reakcją, czuję się trochę zmieszana, zaskoczona… Ale tak, to jest komplement. Największy będzie, jeśli film zadziała tak na wielomilionową widownię… 

Czujesz się jak terapeutka?

Staram się być empatyczna, ale nie jestem terapeutką, nawet jeśli moje filmy mają podobno jakąś moc oczyszczającą. 

Gdyby były na receptę, to na co byś przepisała Moje córki krowy, a na co Plan B?

Pierwszy, wiadomo, ponieważ powstał po stracie rodziców – na opłakiwanie, przeżywanie żałoby. Natomiast Plan B przepisałabym na złamane serce albo na problemy z uczuciami. 

Mówisz o sobie, że trudno rozmawia ci się o uczuciach. 

Wolę, jak filmy za mnie opowiadają. Autor jest tylko dodatkiem do dzieła. Czytam teraz Elenę Ferrante – to pseudonim autorki, która ukrywa swoją tożsamość, nie wiadomo nawet, czy na pewno jest kobietą – „ona” uważa, że to książki powinny za nią mówić. Nie promuje ich, nie udziela wywiadów, co nie przeszkadza temu, że świetnie się sprzedają. Bo są po prostu dobre.

Taki rodzaj anonimowości, kiedy nie wiadomo, czy film nakręciła kobieta, czy mężczyzna, byłby dla ciebie pociągający?

Być może to byłoby ekscytujące, ale chyba widz by się zorientował. Jednak myślę, że w Polsce to wciąż obciążenie, że jestem kobietą reżyserem, a nie mężczyzną reżyserem. Chociaż tak naprawdę to nie ma znaczenia, bo film może być albo dobry, albo zły. 

Z jakimi stereotypami dotyczącymi płci zetknęłaś się w swojej pracy zawodowej? 

Kiedyś usłyszałam od producenta, że mam hormony, więc nie wiadomo, co mi uderzy do głowy.

Bo mężczyźni nie mają hormonów?

No właśnie ten pan tak uważał. Ale myślę, że dokonuje się zmiana. We wszystkich dziedzinach, w tym w kinematografii, nadchodzi czas kobiet. Zawsze chciałam zrobić film o miłości, ale nie lubię komedii romantycznych. Jakoś mnie nie bawią. Plan B wyniknął z mojej potrzeby pogadania o miłości na poważnie i jest propozycją bardziej obyczajową niż komediową. Kiedy przeczytałam scenariusz Karoliny Szablewskiej, dostrzegłam w nim przestrzeń na różne uczucia kobiet w różnym wieku. Mnie zawsze denerwuje, kiedy oglądam 40-latki grające 50-latki albo 20-latki grające 30-latki, a w tym filmie jest pełna paleta wieku kobiet i wszystkie są piękne.

Przyjaźń między kobietami wydaje się w filmie trwalsza niż miłosne uniesienia. Bliskie jest ci takie podejście?

Też miałam w życiu podobne doświadczenia. Oprócz tego Plan B opowiada o wielu wymiarach miłości, także o tych nietypowych. Jest genderowy wątek – bo jedna z bohaterek ma niedookreśloną seksualność. Jej filmowa sąsiadka Edyta Olszówka świetnie zagrała kobietę, która jest w związku nieusankcjonowanym prawnie. Chciałam być jak najdalsza od oceniania wyborów życiowych. 

Do której z bohaterek jest ci najbliżej?

We wszystkich się odnajduję. Nawet w Mirku, który jest antybohaterem, bo lubię obsadzać Marcina Dorocińskiego w takich rolach. Mamy przyjemność ze wspólnej pracy i łączy nas przekonanie, że pies może pomóc w życiu, a nawet je uratować – tak jak w tej historii. Uważam, że zwierzęta są na świecie po to, żebyśmy stali się lepszymi ludźmi. To nie odkrycie, że pies jest najlepszym przyjacielem człowieka. Ale muszę też dodać, że odnajduję się w postaci Klary granej przez Romę Gąsiorowską, której tata przysłonił całe życie. Ileż dziś jest takich kobiet – po trzydziestce, pięknych, zdolnych, które są samotne, chodzą do psychologów, coachów, poddają się ustawieniom hellingerowskim… Zimbardo pisał o kryzysie męskości i ma to pewnie związek także z naszymi ojcami. Może rodzice nie mieli wystarczająco dużo czasu, żeby mówić o uczuciach, i my też nie umiemy? Uczymy się tego na różnych kursach, ale wciąż wychodzi nam to nienaturalnie. 

Kolejny raz w twoim filmie wątek silnej relacji córki i ojca. 

Którego znowu gra Marian Dziędziel. 

Ojciec musiał być ważną postacią w twoim życiu, skoro wciąż ci towarzyszy.

Bardzo. Myślę, że on mnie ukształtował wymaganiami, które mi stawiał. Byłam tą starszą córeczką, która musiała być mądrzejsza, chociaż niekoniecznie była. Rozwiązywanie niezałatwionych spraw z rodzicami, dorastanie do tego, by samemu być rodzicem – mam wrażenie, że to są moje tematy i one mnie wciąż prześladują. Bo czy ten ojciec jest nadopiekuńczy, czy nieobecny, czy nadmiernie krytyczny, to zawsze jest źle. Ale kiedy nie ma z nami rodziców, to jest o tyle trudniej, że brakuje punktu odniesienia, a o tyle łatwiej, że człowiek może już iść własną drogą. Tak jak napisała na okładce mojej książki Moje córki krowy Joanna Bator: ,,Dopiero wtedy się dorasta, kiedy traci się rodziców”. 

Ty rozwinęłaś skrzydła jako reżyser – Moje córki… podbiły serca publiczności i krytyki, co się rzadko zdarza. 

To mi pozwoliło nabrać do siebie zaufania, żebym robiła filmy tak, jak ja chcę. Że ludzie tak jak ja pragną się przejrzeć…

…w tragikomicznym lustrze? Mówisz o sobie, że masz naturę clowna, lubisz obśmiewać rzeczywistość. Na ile wpływ na twoją optykę miał fakt, że kończyłaś Wydział Filmowy FAMU w Pradze?   

Wydaje mi się, że dużo większy wpływ miała na to moja rodzina – w domu nigdy się nie mówiło do końca serio, tylko raczej prześmiewczo, w ironiczno-cynicznym tonie. Rodzice pochodzili z okolic Białegostoku, więc to były takie podlaskie klimaty. 

Późno kończyłaś studia reżyserskie, chyba że zła data jest wpisana w twoim życiorysie? 

Dobra jest wpisana, ja po prostu jestem późnorozwojowa. Pierwsze studia, japonistykę, skończyłam, mając 30 lat. W trakcie studiów urodziłam dziecko, potem przez jakiś czas pracowałam w telewizji, zaczęłam robić formy dokumentalne, napisałam swój scenariusz i dopiero po zebraniu doświadczeń zawodowych, kiedy córka miała już 10 lat, a ja 33 lata, złożyłam papiery na reżyserię w Pradze. Przyjęto mnie od razu na czwarty rok. Myślę, że to dobrze, bo już wiedziałam, co chcę robić, byłam okrzepnięta, swoje błędy popełniłam, podniosłam się z nich. Miałam co opowiadać. A jednocześnie nie czułam takiego obciążenia jak moi koledzy, którzy zdali do filmówki w Łodzi po maturze i od razu dostali w głowę ideałami, że trzeba być artystą i tak dalej. Poza tym Czesi mają dystans do siebie i inteligencki luz, który bardzo mi odpowiada. Muzykę do Planu B napisał zresztą czeski kompozytor. 

Miałaś plan B na życie, gdyby reżyseria nie wypaliła? 

Kiedy poszłam na reżyserię, byłam dziennikarką telewizyjną i prasową.  To był mój plan B. A teraz, dzięki temu, że napisałam książkę, pisanie to jest mój plan B. Jak bym z jakichś powodów nie mogła robić swoich filmów, będę pisać książki. Piszę większość swoich scenariuszy. Lubię to.

Jest taki film, który byś sobie przepisała na receptę? 

Chętnie bym wróciła do Wszystko o mojej matce Almodóvara. Tamten Almodóvar – bo teraz robi trochę inne filmy – jest dla mnie humanistą naszych czasów. Opowiada o uczuciach wbrew wszystkim ograniczeniom: płciowym, myślowym, jakimkolwiek. Ten film mogłabym sobie przepisać.

Na otwarcie uczuciowe? 

Na tolerancję i dystans do siebie i do świata. Na zbyt duże wymagania wobec siebie. Myślę, że jest coś w tym, że bez sensu się spalamy w byciu nadopiekuńczymi, nadodpowiedzialnymi, kiedy – być może – należałoby się zająć bardziej światem niż sobą. I, paradoksalnie, może wtedy, gdy poświęcamy relacjom mniej uwagi, to one właśnie wracają do normy. 

 

Wywiad oryginalnie pojawił się w numerze 01/02 (51) magazynu Harper's Bazaar Polska.

Film „Plan B” w kinach od 2 lutego 2018 roku.

 

Komentarze

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo