Marlene Dietrich - kreacja legendy
fot. Getty Images

Marlene Dietrich - kreacja legendy

Inspirująca, uwodzicielska, kontrowersyjna, niebanalna. Królowa glamouru, ikona mody, femme fatale
13.03.2018

Inspirująca, uwodzicielska, kontrowersyjna, niebanalna. Królowa glamouru, ikona mody, femme fatale, która jednym spojrzeniem potrafiła rozkochać w sobie każdego. Jaką cenę musiała zapłacić Marlene Dietrich za stworzenie własnego mitu? 

Tekst: Kara Becker

 

Była nawet lepszą aktorką w prawdziwym życiu niż na wielkim ekranie. Tak twierdziła jej jedyna córka Maria Riva. Kiedy Marlene Dietrich zaczynała mówić, ludzie słuchali. Kiedy się poruszała, patrzyli. Nie było osoby, która potrafiłaby się oprzeć urokowi tej niezwykłej istoty. „Nie miałam matki, miałam królową. Ja, ojciec, jej kochankowie i kochanki tworzyliśmy monarszy dwór gotowy służyć boskiej Marlene”. Była muzą reżyserów, natchnieniem dla kreatorów mody, ikoną stylu. Po latach przyznała, że wszystko w życiu robiła z myślą o wizerunku. I tak stworzyła legendę wielkiej Marlene Dietrich. O wiele większym kosztem, niż pozornie mogłoby się wydawać... 

Lena i Lola Lola  

Maria Magdalena Dietrich już od najmłodszych lat czuła, że jest kimś szczególnym, a ludzie traktują ją w wyjątkowy sposób. Dziewczynka nie była zdziwiona, gdy jej siostra Elisabeth, zaledwie o rok starsza, cieszyła się, mogąc pościelić jej łóżko czy posprzątać w szafie. Wszystko, co Lenie – tak nazywała ją matka – nie odpowiadało, po prostu przestawało istnieć. Tę strategię stosowała zresztą przez całe życie. Pisząc pamiętnik, przemilczała fakt, że po śmierci ojca w pierwszej wojnie światowej jej matka ponownie wyszła za mąż. Marlene nie lubiła Eduarda von Loscha, został więc po prostu wytarty z kart jej historii.

Już jako nastolatka zaczęła kreować swój wizerunek. Imiona Maria Magdalena wydawały jej się nudne, w ogóle te kończące się na „a” uważała za mało wykwintne. W wieku 13 lat stała się więc Marlene – i tak kazała na siebie mówić. (Prawdopodobne, że spolszczone „Marlena” potraktowałaby jako obrazę). W jej rodzinie panowały niezwykle restrykcyjne zasady. Dom był zamożny, stał w eleganckim Schöneberg, dziś dzielnicy Berlina, ale Marlene i jej siostra Elisabeth miały być pokorne, skromne i ciche, a w przyszłości żyć w poczuciu obowiązku wobec męża i rodziny. Państwo Dietrich zatrudniali guwernantki, by uczyły córki języka angielskiego i francuskiego, dziewczęta pobierały również lekcje skrzypiec i pianina. Matka, imieniem Wilhelmina, miała nadzieję, że jeśli da im zajęcie od rana do wieczora, wybije im z głowy niemądre pomysły – bo Marlene chciała być aktorką, wierząc, że na scenie będzie mogła być, kim chce.

Wysiłki matki nie na wiele się zdały. W wieku 21 lat dziewczyna wzięła udział w castingu do teatru szanowanego reżysera Maxa Reinhardta. Dostała się, choć musiało ją zadowolić miejsce w chórku, w najlepszym wypadku niewielka rola epizodyczna. Minęło kilka lat, zanim pozwolono jej powiedzieć na scenie jedno zdanie. Ale podczas tego występu zauważył ją odwiedzający Berlin hollywoodzki reżyser Josef von Sternberg. Widząc Marlene, zrozumiał, że to właśnie takiej kobiety szuka do roli Loli Loli w filmie Błękitny anioł. Był rok 1930, przed aktorką otworzyły się drzwi do wielkiej kariery. 

Złoto we włosach

W dniu berlińskiej premiery Błękitnego anioła Dietrich była już na statku, w drodze do Hollywood. Mąż gwiazdy Rudolf Sieber (z którym wzięła ślub siedem lat wcześniej) i córka Maria zostali w Berlinie, na wypadek gdyby Marlene nie spodobała się Ameryka. Nie była przekonana do tego wyjazdu. Uważała, że „nie można ufać krajowi, który nawet z kulawego psa zrobi gwiazdę filmową”. Wytwórnia Paramount Pictures wymyśliła sobie, że Dietrich będzie jej odpowiedzią na Gretę Garbo, gwiazdę konkurencyjnej Metro-Goldwyn-Mayer. Obie aktorki były dla Hollywood egzotyczne
– blondynki z Europy o uroczym akcencie. Paramount zaczęło tworzyć legendę Marlene przy aktywnym udziale jej samej oraz Josefa von Sternberga. Zamieszkała w najbardziej ekskluzywnej dzielnicy Beverly Hills, jeździła zielonym rolls-royce’em (z szoferem), a ubrania szyli specjalnie dla niej najlepsi paryscy krawcy.

Taka porcja luksusu jednak nie wystarczyła. Wytwórnia zaczęła więc puszczać do prasy wyimaginowane historie. Na przykład że piękne nogi, z których słynęła Dietrich, ubezpieczone zostały na niewyobrażalną wówczas kwotę miliona dolarów. A kiedy ludzie zaczęli plotkować, że niezwykły blask włosów gwiazda zawdzięcza 14-karatowemu złotu, którym je oprósza, Paramount tego nie dementował. Przeciwnie – każda, nawet najbardziej absurdalna pogłoska była umiejętnie podsycana.

Co do wyjątkowego odcienia fryzury, była to kwestia gry świateł. Marlene szybko się nauczyła, pod jakim kątem i z jakim natężeniem powinny padać na nią światła reflektorów, aby włosy wydawały się jaśniejsze, sylwetka zgrabniejsza, a nogi dłuższe. Tę sztukę Dietrich opanowała do perfekcji. Dzięki temu w każdym filmie dosłownie deklasowała inne, mniej świadome takich sztuczek aktorki. Niemka była absolutną perfekcjonistką. Obok kamery kazała postawić sporej wielkości lustro, aby kontrolować każde ujęcie. Podobnie było z kostiumami. Wszystkie wymyślała i akceptowała sama. Nigdy nie pokazała się bez makijażu i idealnie dopracowanej stylizacji. „Gdybym mogła, codziennie nosiłabym dżinsy”, mówiła po latach. „Ale ja nie ubieram się dla publiczności, mężczyzn ani dla samej siebie. Ja ubieram się dla wizerunku”. 

Kochała romans, nienawidziła seksu

To był jeden z najodważniejszych debiutów Hollywood – do dzisiaj zgadzają się historycy i krytycy filmowi. W swojej pierwszej amerykańskiej produkcji Maroko (1930) piękna Niemka, ubrana w męski smoking, całuje kobietę w usta.

W otwartym Berlinie lat 20. i 30. nie było to gorszące, ale w Stanach Zjednoczonych zawrzało. W krótkim czasie każdy znał nazwisko Marlene Dietrich, która tym samym stała się najjaśniej świecącą gwiazdą Hollywood, dodatkowo zyskując miano femme fatale, androgynicznej bogini seksu. 

Marlene od najmłodszych lat chętnie wdawała się w romanse. Jej córka Maria Riva śmiała się, że nawet w wieku 80 lat potrafiła zakochać się jak nastolatka. Otwarcie biseksualna aktorka zdobywała kochanków i kochanki jak trofea, podobizny najbardziej cennych zdobyczy wieszała na ścianie paryskiego apartamentu. Miała romantyczne epizody z Josephem i Johnem Kennedy („Przecież nie odmawia się prezydentowi”), Frankiem Sinatrą, Edith Piaf, Ernestem Hemingwayem, Jeanem Cocteau, Josefem von Sternbergiem, Carym Grantem, Jeanem Gabin (jak twierdziła, był największą miłością jej życia), a nawet Gretą Garbo. Nikt nie potrafił się jej oprzeć, a Maria Riva doskonale rozumiała dlaczego. „Moja matka była błyskotliwą schizofreniczką. Każdemu dawała to, czego potrzebował, mówiła, co chciał usłyszeć”. Jeśli któryś z kochanków chciał widzieć w niej perfekcyjną żonę – gotowała i sprzątała. Jeśli miała być niezależną kobietą albo doradcą – była. Niewątpliwie pomagały jej w tym niesamowita inteligencja i bystry umysł. Bez kompleksów dawała redaktorskie wskazówki Ernestowi Hemingwayowi, a dziennikarze, idąc na wywiad z nią, bywali mocno zestresowani. Jeden z nich, by przygotować się do rozmowy z Dietrich, przeczytał Marcela Prousta. Wydrwiła go bezlitośnie: „Prousta? Na wywiad z gwiazdą filmową? To niedorzeczne!”. Ale musiało jej to pochlebiać

Dom Dietrich był, nawet stosując współczesne kryteria, niezwykle liberalny. Z Rudim Sieberem, którego pieszczotliwie nazywała Papilein (z niemieckiego „tatusiek”), nigdy się nie rozwiodła, mieszkali jednak razem tylko przez pięć pierwszych lat. Po urodzeniu się Marii Rudolf usłyszał, że to koniec ich życia erotycznego. Marlene traktowała go jednak jak przyjaciela i powiernika, dzieliła się z nim wszystkim, nawet najbardziej intymnymi informacjami, pokazywała listy od kochanków i prosiła o rady, co powinna im odpisać. Maria opowiadała, że w jej domu ménage à trois nie było niczym nadzwyczajnym, w zasadzie częściej niż z trójkątem miłosnym spotykała się z ménage à cinq, pięciokątem. Często podróżowali wszyscy razem: Rudi, jego kochanka (Tamara Matul) i dwóch
– albo nawet trzech – przyjaciół Dietrich. A jednak po latach wyszło na jaw, że najbardziej zmysłowa gwiazda Hollywood wcale nie lubiła seksu. O wiele bardziej ceniła sobie sam romans – telefony, spotkania, kwiaty, listy… 

Stworzyć ikonę

„Mieszkanie z Dietrich to jak mieszkanie z paczką corn flakesów”, mówiła Maria Riva, komentując w ten sposób znaczenie wizerunku Marlene. Dziewczyna, którą matka nazywała po prostu dzieckiem, nierzadko służyła jej jako asystentka – segregowała pocztę, przerzedzała sztuczne rzęsy, a nawet podpisywała się za nią na zdjęciach, które później rozsyłano fanom. Maria traktowała to jak wyróżnienie, wstęp do magicznego świata Marlene, do którego wielu chciało należeć. Po latach wspominała, jak spacerowały po paryskich Polach Elizejskich. Jej sława połączona z niekonwencjonalnym ubiorem (nosiła męski garnitur w czasach, kiedy kobiety nie miały odwagi włożyć spodni) przyciągała tłumy. Wszyscy na nią patrzyli, dookoła gromadzili się wielbiciele obu płci.

Marlene była świadoma tego, że ubiór jest niezbędny, by stworzyć własną legendę. Jej styl stał się kwintesencją glamouru, elegancji i nienagannego szyku. Już w wieku pięciu lat zachwycała się swoją ciotką Valli, która nosiła najpiękniejsze paryskie suknie i pantofle, ale piła whisky jak jej ojciec. Sama podobnie balansowała pomiędzy dwiema skrajnościami: kobiecymi, uwodzicielskimi kreacjami (suknie do ziemi, diamenty, futra) a stylizacjami zaczerpniętymi z męskiej garderoby. Nie chciała smokingów w kobiecej wersji – zamawiała je u najlepszych męskich krawców. Najbardziej ceniła wiedeńską firmę Knize. Niektóre z atelier, nieprzyzwyczajone do damskich zamówień, odsyłały projekty z nalepką „Mr Marlene Dietrich”.

Madame chodziła na prezentacje domów mody, ale tylko tych, które pasowały do jej wypracowanego wizerunku: Jean Patou, Molineux, Lanvin, Lucien Lelong, Vionnet… Nigdy nie zaszczyciła Chanel.

Na Coco mówiła „kobieta czarna garsonka” i twierdziła, że projektantka ją kopiuje, a sama jest jedynie dekoratorką, nie kreatorką. Podobnie krytyczna była wobec Elsy Schiaparelli. Marlene przeważnie sama wymyślała swoje stroje, tygodniami pracując nad nimi razem z hollywoodzkimi kostiumografami. Mówi się, że inspiracją beżowych butów z czarnym noskiem, kultowego projektu Coco, były pantofle stworzone przez Dietrich i noszone w filmie Szanghaj Ekspres. Gwiazda z projektami Chanel pogodziła się dopiero w latach 50., ale i tak faworyzowała Cristóbala Balenciagę i Christiana Diora. Generalnie Dietrich była pionierką w świecie mody. Jako pierwsza założyła sukienkę nazywaną naked dress, dającą złudzenie, jakby ubrana w nią kobieta była naga (dzisiaj noszą takie między innymi Kim Kardashian, Bella Hadid i Rihanna). Może gdyby nie było Marlene Dietrich, Yves Saint Laurent nie przedstawiłby swojego rewolucyjnego projektu, jakim był Le Smoking? To ona była bowiem jego natchnieniem. Geniusz mody lat 60., Pierre Cardin, też stawiał ją na piedestale: „Najbardziej mnie poruszała! Miała figurę manekina i niesamowitą wewnętrzną siłę”, zachwycał się.

Córka Maria lubiła podglądać matkę, kiedy robiła makijaż, stosując swoje urodowe triki. „Pamiętam, jak malowała środek nosa jaśniejszym kolorem. Dzięki temu na ekranie zdawał się idealnie prosty”, opowiadała, zdradzając tym samym, że Marlene była prekursorką konturingu. Inny trik: zwisające przy twarzy pukle splatała w warkocze i ciasno łączyła na czubku głowy, a na to zakładała perukę. Efekt: idealnie naciągnięta i gładka skóra twarzy.

Zagrała w ponad 50 filmach (ostatni to Zwyczajny żigolo z Davidem Bowiem w 1978 roku) i niezliczonych spektaklach. Jeszcze między 65. a 72. rokiem życia dawała 65 przedstawień rocznie, będąc najlepiej opłacaną gwiazdą kabaretową na świecie. Niezmiennie wrażliwa na punkcie swojego wizerunku, ostatnie 13 lat życia spędziła w paryskim apartamencie, zwalczając depresyjne nastroje alkoholem i silnymi lekami. Nie chciała, by ktokolwiek widział ją jako staruszkę. Gdy miała 85 lat, otrzymała nagrodę od American Fashion Institute, jednak na jej prośbę odebrał ją w jej imieniu Michaił Barysznikow. Nawet Oscar za całokształt twórczości nie wyrwał gwiazdy z paryskiego mieszkania. Miała go dostać, jeśli osobiście stawi się na gali. Odmówiła. Nie pozwoliła, aby cokolwiek zniszczyło legendę Marlene Dietrich, uwodzicielskiej i kuszącej femme fatale. I taka też pozostaje w naszej pamięci. 

 

Artykuł oryginalnie pojawił się w numerze 01/02 (51) magazynu Harper's Bazaar Polska.

Komentarze

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo