Małgorzata Szumowska po raz pierwszy wyreżyserowała sesję mody. I to dla BAZAAR
fot. Zuza Krajewska

Małgorzata Szumowska po raz pierwszy wyreżyserowała sesję mody. I to dla BAZAAR

Specjalnie dla Harper's Bazaar Polska
02.04.2018

Małgorzata Szumowska ma dobrą rękę do filmów i do aktorek. O jej Twarzy już jest głośno, podobnie jak o Małgorzacie Gorol, której rola mocno zapada w pamięć. 

W naszej pamięci na pewno zapisze się ten materiał na łamach Harper’sa. Powód? 
Małgorzata Szumowska po raz pierwszy wyreżyserowała sesję mody.

Rozmawiała Anna Serdiukow

Najnowszy film Małgorzaty Szumowskiej pod tytułem Twarz, który trafił do konkursu głównego prestiżowego festiwalu w Berlinie, to alegoryczna baśń o współczesnych Polakach. Reżyserka drwi z obyczajów, przywar i narodowych świętości, ale robi to z czułością – zarówno wobec bohaterów, jak i widzów. To jej siódmy, a zarazem chyba najdowcipniejszy z filmów fabularnych.

Anna Serdiukow: Polska prowincja…

Małgorzata Szumowska: Nie możemy tak zacząć, już zalatuje stereotypem.

Może jednak zacznijmy, bo niezależnie od miejsca akcji Twarzy udało wam się uniknąć klisz i uproszczeń.

Film na pewno jest przewrotny. Od początku chcieliśmy też, żeby był dowcipny. Od dawna uwierało mnie w polskim kinie to, że jak opowiadasz o Polsce, Kościele, rodzinie czy prowincji właśnie, to musisz być śmiertelnie poważny. To chyba są tematy sacrum w naszym kraju, do których trzeba podchodzić na kolanach, także – a może przede wszystkim – w filmie. Nie znoszę tego. Nie interesuje mnie kino zachowawcze, robione na klęczkach wobec jakichś polskich symboli.  

W filmie drwisz z tych najważniejszych. Na przykład lokalna społeczność wznosi gigantyczną figurę Jezusa, który ma górować nad miastem i być większy od słynnego kolosa z Rio de Janeiro.

I jest większy. Powiedzmy sobie od razu, to nie fikcja, zrobiłam bardzo rzetelną dokumentację. Przecież największy na świecie pomnik Chrystusa Króla stoi w Świebodzinie. Ambicją Polaków było to, by wznieść figurę większą od tej w Rio (polski Jezus jest o trzy metry wyższy, przyp. red.). Czy to jest świadectwo wiary, akt pychy czy dowód przynależności do jakiejś sekty – nie mnie oceniać. 

Weźmy kolejny symbol: typowa polska rodzina. Poznajemy ich już w pierwszej scenie filmu: siedzą przy stole i spokojnie rozmawiają. Ale za moment dojdzie do ostrej wymiany zdań. Ciekawe, co pomyśli o tym widz? Czy się w tym przejrzy?

Ja się nad tym nie zastanawiam. Kto wie, ilu Polaków się w tym przejrzy, ilu zawstydzi, a ilu uśmiechnie… Mam nadzieję, że reakcje będą różne. Powiedziałaś, że to typowa polska rodzina – tak to budowaliśmy. Jest tu co jakiś czas alkohol, są kłótnie, nie przelewa się, jak to na wsi, ale – co bardzo chcę podkreślić – nie ma patologii, zła, wynaturzenia. Unikaliśmy skrajności, bo codzienność leży gdzieś pośrodku. I tak staraliśmy się ją pokazać. Ze wszystkimi słodkimi i ostrymi słowami, jakie wypowiadamy do bliskich. 

Pośród tych bliskich, w cieniu niepokojąco szybko rosnącego Jezusa, żyje Jacek.

Jacek słucha metalu, pracuje na budowie, zaręcza się z miejscową dziewczyną, zatrudnioną w sklepie spożywczym (w tej roli Małgorzata Gorol, przyp. red.). Nosi długie włosy, co na wsi wcale nie jest częste. Dla mnie to outsider od zawsze. Dla innych pewnie obiekt żartów. Rodzina prag-
nie, żeby wyglądał „normalnie”, tylko siostra go rozumie i pielęgnuje w nim potrzebę wolności. A ja lubię w Jacku to, że nie chce za dużo. Pozostaje wierny sobie mimo zmieniających się okoliczności. 

No właśnie, wszystko się zmienia wraz z tragicznym wypadkiem. Chłopak po długim pobycie w szpitalu wraca do domu. Ma zdeformowaną twarz. 

Prześledziłam przypadek mężczyzny, u którego wykonano prekursorski przeszczep – to była pierwsza w historii transplantacja twarzy w celu ratowania życia pacjenta. Odbyła się w Centrum Onkologii w Gliwicach. I takie jest tło medyczne wydarzeń, ale nasz film nie opowiada o tym konkretnym przypadku, to tylko luźna inspiracja, choć odbyliśmy parę spotkań z człowiekiem, któremu to się przytrafiło. W filmie operacja uruchamia całą masę zdarzeń w życiu Jacka. Niby pozwala mu w miarę normalnie funkcjonować, wrócić do tak zwanego życia, a z drugiej strony jest jak katalizator zmian. Ważne było to, by pokazać, że Jacek jedynie na zewnątrz jest inny, wewnątrz pozostał taki sam. Otoczenie i rodzina – chyba wszyscy prócz siostry – widzą go jednak jako kogoś nowego, obcego. Kto niepokoi, drażni, budzi wstręt, śmiech, lęk. Ale przecież zawsze tak było. Co w takim razie znaczy zmiana twarzy w dzisiejszym świecie w życiu outsidera? Nie bez znaczenia jest to, że traci ją na budowie największego na świecie Chrystusa, takiej współczesnej wieży Babel.

W postać Jacka wcielił się Mateusz Kościukiewicz (prywatnie mąż reżyserki, przyp. red.). Jest znakomity. 

On ma w sobie chłopięcość, która była ważna dla tej postaci. Fizjonomia nastolatka niesie ze sobą pogodę ducha, wrażliwość – to taki romantyczny typ bohatera. No i Mateusz dobrze wygląda, a po wypadku jego wygląd straszy. Zależało nam na radykalnej zmianie. Wiedziałam, że tylko on podoła wielogodzinnej charakteryzacji. Codziennie zaczynał pracę nad zmianą wyglądu o czwartej nad ranem, a kamerę włączaliśmy dopiero cztery godziny później. Autorem charakteryzacji jest Waldek Pokromski, świetny specjalista. No i ostatnia ważna sprawa: nasz bohater – bez względu
na to, jak wygląda – miał zjednać sobie widzów. 

Ty i twoi najbliżsi współpracownicy mieszkacie w mieście. Skąd u was potrzeba opowiadania – nie po raz pierwszy – o ludziach z prowincji?

Choć urodziłam się i dorastałam w Krakowie, to zwyczajowo moi rodzice wyjeżdżali na dwa-trzy miesiące w roku na wieś na Mazury. Zabierali mnie ze sobą. Mieliśmy dom – stoi zresztą do dzisiaj – do którego się przenosiliśmy. Pamiętam, że normą dla mnie była zabawa z miejscowymi dziećmi. Może właśnie z tamtego okresu zostało mi silne poczucie, że otrzymałam wiejskie wychowanie? Zawsze czułam, że znam mazurskie realia, to była dla mnie kopalnia wiedzy o Polsce i Polakach. 

Zachowałaś dom rodziców na Mazurach?

Uwielbiam go, choć ma 120 lat, śmierdzi wilgocią i nie ma żadnych wygód. Za każdym razem, gdy przyjeżdżają do mnie znajomi, widzę, że czują się niekomfortowo. Ja odwrotnie, bardzo lubię tu być. Jestem u siebie, powracają wspomnienia z dzieciństwa. 

Masz kontakt z miejscowymi?

Oczywiście. Z czasu dzieciństwa pozostały mi przyjaźnie, czy może raczej znajomości, do teraz. Mój kolega został sołtysem tej mazurskiej wsi, w której umieściłam akcję wcześniejszych filmów: dokumentalnej Ciszy i W imię… Tutaj nie składa się wizyt, po prostu ktoś do ciebie zachodzi. Z tym zresztą związane są zabawne sytuacje. Siedzą znajomi z miasta na werandzie, nagle zjawia się niejaki Kordonek, który od progu woła: „Bogaty w chleb!”. (śmiech) Mieszczuchy nie wiedzą, o co chodzi, a ja tak, bo oczywiście chodzi o pieniądze. Wprawdzie przyglądam się temu mazurskiemu życiu z oddali, ale widzę, jakie ci ludzie mają problemy. Więc jeśli opowiadam o takich bohaterach, to zawsze z czułością. Ton może być prześmiewczy, ale nigdy nie śmieję się z nich. Choć często wyjeżdżam i lubię być poza Polską, żeby złapać dystans do tego, co tu się dzieje, to ciągle się waham, czy mogłabym mieszkać gdzieś indziej. 

Dlaczego?

Brak dynamiki, wewnętrznego sporu, jaki chociażby mamy w Polsce, gdzie ścierają się dwie frakcje, jest mało atrakcyjny dla artysty. Nas ten spór polaryzuje, bez wątpienia utrudnia nam egzystencję, ale też jest niczym dynamit. Syte kraje wydają mi się zbyt statyczne. Mieszkałam rok w Paryżu, było naprawdę pięknie, ale po tym czasie nic nie wiedziałam o moich francuskich znajomych, nigdy nie byłam u żadnego w domu. Niby byli otwarci i tolerancyjni, ale w ich dzielnicach nie widziałam zbyt wielu Arabów czy Afroamerykanów. 

Kino jest idealnym miejscem, by stawiać niewygodne pytania?

W gruncie rzeczy też bezpiecznym. Wszystko, rzecz jasna, zależy od tego, jak to zrobisz. Jeśli na poważnie, z poczuciem wyższości czy z deklaracją już w tytule, że Polska ma jakąś misję do odegrania na świecie, to ja mówię: nie. Uważam, że takie kino nikogo nie zainteresuje. Wiem to, bo obserwuję od lat, jak trudno zaistnieć Polakom na rynku filmowym w Europie. Reżyserującym kobietom jest jeszcze trudniej, ich filmy wyjątkowo rzadko trafiają na prestiżowe festiwale. Jeśli robisz coś, co jest hermetyczne, tradycyjne czy wtórne – nie masz szans.

Rozmawiamy o premierze Twarzy na Berlinale, tymczasem kończysz już pracę nad kolejnym projektem.

Nienawidzę bezczynności. Nie potrafię nic nie robić. Jak nie jestem na planie, to coś piszę, montuję, wymyślam. 

A jak się odnalazłaś w roli reżyserki sesji? 

Lubię modę, nie odcinam się od takich tematów. Fajnie było zrealizować sesję z Małgosią Gorol – raz na jakiś czas to przyjemna i odświeżająca zabawa. Sesja utrzymana była w klimacie mody z lat 90. Uwielbiam tamten styl: dżinsy z wysokim stanem, proste podkoszulki, look na młodziutką Kate Moss – każda z nas mogła wyglądać jak dziewczyna z sąsiedztwa. Nigdy nie lubiłam się przebierać, źle się czułam w roli księżniczki czy wystrojona jak szykowna dama. Nie lubię udawać kogoś, kim nie jestem. Wolę styl rockandrollowy albo paryski.

Czyli?

Proste dżinsy, balerinki, za duże marynarki pożyczone od partnera, nieład na głowie i wiklinowy koszyk w ręku… Jestem za praktycznymi rozwiązaniami. Mniej znaczy dla mnie więcej. Na co dzień prawie się nie maluję albo maluję tak, żeby nie było tego widać. 

Na tych zdjęciach wyglądasz na absolutnie wyluzowaną i zdystansowaną. A przecież reżyserzy często przyznają, że nie lubią pozować, mówią, że obiektyw ich peszy. Widać, że dobrze się ze sobą czujesz.

Dopiero teraz znam swój gust, wiem, co mi się podoba, w czym wyglądam dobrze. Gdy patrzę na swoje zdjęcia sprzed lat, widzę, że różnie z tym bywało. Wiele kobiet odkrywa swój styl po czterdziestce. Ma to na pewno związek
z akceptacją siebie, z pogodzeniem się z całą masą kompleksów. Już rozumiesz, że pewnych rzeczy nie zmienisz. Przestajesz z nimi walczyć, po prostu uczysz się, jak je ukryć albo odpuścić. I tyle. 

Mówisz, że zawsze nad czymś pracujesz, jesteś w ciągłym ruchu, a wychowujesz jeszcze dwoje dzieci, w tym jedno pięcioletnie. 

Dzieci nigdy nie przeszkadzały mi w pracy, raczej dawały napęd. Rzadko miewałam w życiu przestoje, nawet biorąc pod uwagę rodzicielskie obowiązki. Na pewno godzenie macierzyństwa z pracą zawodową nie jest proste. Trzeba dobrej logistyki i często pomocy z zewnątrz. Mąż czy partner także powinien móc się realizować, nie jestem za tym, by wszystkie obowiązki związane z dziećmi przerzucać na niego, tak samo jak nie pochwalam, by dom był na głowie kobiety. W wyznaczaniu granic wolności, szczególnie kobiet, duże znaczenie ma niezależność finansowa. Zawsze o nią walczyłam. To mi pozwoliło kontynuować pracę, będąc matką. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której nie miałabym dzieci. To one inspirują mnie do tego, by walczyć o kolejne filmy, czyli o siebie, o realizację marzeń. I tak to wygląda na co dzień: żyję z projektu na projekt. Często ludzie zadają mi pytanie: dlaczego nie robię seriali? Bo cały impet wkładam w rozwijanie swojego filmowego warsztatu i talentu, ale po swojemu.

 

Wywiad pojawił się premierowo w numerze 02 (52) magazynu Harper's Bazaar Polska

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie