Talent Bazaar: Jagoda Szelc
fot. Leszech Zych/Polityka, materiały prasowe

Kultura

Talent Bazaar: Jagoda Szelc

„Kiedy kręciłam pierwsze filmy, łatwiej dawałam się zwieść pozorom. Dziś już wiem, że nie tędy droga”
02.04.2018

Startujemy z Talent Bazaar – pod tym hasłem chcemy przedstawiać młodych, obiecujących twórców. Takich, którzy mają silny głos i niepodrabialny charakter pisma. Jak Jagoda Szelc, o której – po pierwszym pokazie jej debiutu Wieża. Jasny dzień w Gdyni – pisano: czarny koń festiwalu. Rozmawiał Piotr Czerkawski


Jak się okazało, warto było na tego konia postawić. Z Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych 33-letnia reżyserka wyjechała z nagrodą za debiut i scenariusz, niedawno otrzymała Paszport „Polityki” w kategorii film. Trudno go streścić w paru słowach. Wieża. Jasny dzień to zarówno rodzinna psychodrama, jak i thriller, w którym wielu dostrzegło historię opętania. Jesteśmy w domu położonym w Bystrzycy Kłodzkiej. Zbliża się komunia Niny, córki Muli i Michała. Do ich domu przyjeżdżają z rodziną brat Muli i jej siostra, jak się okazuje biologiczna matka dziewczynki. Pod powierzchnią poprawnych stosunków między siostrami tli się konflikt, podobnie jak pod powierzchnią rzeczywistości kryją się dziwne zjawiska. Coś zaczyna szumieć w ścianach, z drzewa tli się dym, nad domem zbierają się ciemne chmury…


Piotr Czerkawski: Twoi współpracownicy zasugerowali, żebym koniecznie zapytał, do czego na planie potrzebna ci była biała szałwia?

Jagoda Szelc: Mój opiekun artystyczny i rektor łódzkiej Filmówki Mariusz Grzegorzek na próbach z aktorami pali świece, więc stwierdziłam, że nie mogę być gorsza i też sobie coś wymyślę. A tak naprawdę to wierzę, że gdy jesteś na planie, przy filmie pojawia się duch, który nim steruje. Żeby nam sprzyjał, trzeba go czymś obłaskawić, a kiedyś poznałam pewne kobiety, które przekonały mnie, że w takiej sytuacji najlepiej sprawdzi się biała szałwia. No i tak już wyszło, że za każdym razem, gdy zaczynaliśmy kręcić w nowym miejscu, musiałam je najpierw okadzić. 

Zadziałało?

Jak najbardziej. Na tym zresztą nie koniec. Każdego dnia przed rozpoczęciem zdjęć prosiłam na przykład wszystkich członków ekipy, by życzyli sobie nawzajem powodzenia. Niby banał, ale okazał się naprawdę pożyteczny, bo dzięki niemu ludzie czuli się jak drużyna, a nie zbiór przypadkowo połączonych ze sobą indywidualistów. To trochę jak w piłce nożnej. Niektórzy lubią Real Madryt, w którym gwiazdorzy Cristiano Ronaldo, a ja wolę Arsenal Londyn, bo zawsze gra zespołowo.

Co sprawiło, że na planie Wieży udało wam się tak dobrze zgrać?

Już jakieś pół roku przed zdjęciami skoszarowaliśmy się z ekipą w jednym miejscu, dyskutowaliśmy o tym, co podoba nam się w scenariuszu, a co nie. Gdyby ta relacja nie została nawiązana odpowiednio wcześnie, nie byłoby mowy o udanej współpracy. Wiedzieliśmy ponadto, że nasza więź nie została dana nam na zawsze i musi być pielęgnowana. Dlatego trochę bałam się momentu zakończenia zdjęć, bo często dzieje się tak, że ludzie, którzy wiedzą, że kończy się jakiś wyjątkowy czas w ich życiu, czują z tego powodu rozgoryczenie, wszczynają kłótnie, zatruwają atmosferę. Żeby tego uniknąć, postanowiliśmy, że zostawimy jakiś pozytywny akcent, i zrobiliśmy wielką imprezę. Kolejny rytuał!

Sporo ich w twoim życiu.

Sama się sobie dziwię. W końcu wychowałam się w rodzinie ateistów i przez jakieś 27 lat nie wierzyłam w nic. W pewnym momencie doszłam jednak do ściany. Stworzyłam sobie w życiu przestrzeń dla duchowości.

Wieży pisze się, że jest nią przepełniona. Myślisz, że kino to odpowiednie miejsce dla metafizycznych poszukiwań?

Oczywiście. Podczas projekcji tworzysz sobie przestrzeń dla własnego, indywidualnego doświadczenia. Najbardziej lubię filmy, które dają widzowi wolność i sugerują, że jego interpretacja może być tak samo trafna jak profesora filmoznawcy. Gdybym robiła filmy „pan kochał panią” i słyszała, że są o tym, że „pan kochał panią”, tobym się zanudziła na śmierć. 

W przypadku tak wieloznacznego filmu jak twój nie ma chyba podobnego zagrożenia?

Zauważyłam, że w różnych opiniach, jakie ludzie wyrażają o Wieży, odbija się to, jacy są i co myślą o świecie. W ten sposób film staje się pretekstem do spotkania z drugim człowiekiem.

Ja na przykład uważam, że Wieża ma enigmatyczny, złowieszczy finał. 

A moim zdaniem to właściwie happy end.

Teraz chyba cię trochę poniosło…

Już dawno temu powiedziałam sobie, że nie chcę robić filmów bez happy endu, czyli takich, w których na koniec nie ma nic, pozostaje tylko zaorać pole. W Wieży, owszem, dochodzi do pewnej destrukcji, ale ostatecznie zostaje po tym wszystkim jakiś fundament, na którym można budować coś nowego. 

Myślisz, że całemu naszemu światu przydałby się taki reset?

Kto wie, może to jedyna droga, by poradzić sobie ze współczesną chorobą cywilizacyjną, którą są zaburzenia narcystyczne. Nie ma innego wytłumaczenia na naszą obojętność wobec faktu, że stoimy u progu katastrofy ekologicznej. Tymczasem większość ludzi na Zachodzie ma to gdzieś. Tak jak i to, że żyjemy w czasach nadprodukcji towarów, która nie może trwać w nieskończoność. Kapitalizm, jaki znamy, musi się skończyć. Nie chcę przekonywać nikogo do swoich racji na siłę, ale marzę, że ludzie przypomną sobie o tym, że nie są skazani na gotowe schematy myślowe, że mogą sami interpretować rzeczywistość i zdobywać o niej wiedzę. Wystarczy wsiąść w samolot, przelecieć paręnaście godzin i zobaczyć, że nie wszystko jest takie proste, jak nam się zdawało.

Dokąd odbyłaś swoje najważniejsze podróże inicjacyjne?

Jestem azjofilką, więc kiedy tylko mam taką możliwość, pakuję się i jadę właśnie tam. Czuję się zawsze, jakbym tam wracała, a nie przyjechała. W zeszłym roku przyjaciele zamówili mi test genetyczny i okazało się, że mam między innymi krew jakucką. 

Realizacja filmu, zwłaszcza debiutanckiego, również daje dostęp do samowiedzy. Czym zaskoczyłaś samą siebie?

Zorientowałam się, że jestem twarda, wytrzymała, potrafię spać cztery i pół godziny dziennie przez pięć tygodni, no i w ogóle mam żelazną dupę. Ale było coś jeszcze, chyba znacznie ważniejszego. Wieża udowodniła mi, że w momencie kryzysu nie ściemniam, nie zaklinam rzeczywistości, tylko potrafię skonfrontować się ze swoimi błędami i je naprawić.

Zawsze byłaś taka pewna siebie?

Pomogły mi w tym spotkania z innymi ludźmi. Pamiętam na przykład wykład Etgara Kereta, który powiedział, że jak pokazuje szkic opowiadania znajomym i słyszy: „Świetne, pisz”, to chowa go do szuflady. Kiedy zaś ci sami ludzie mówią, że to głupie, co napisał, sięga po pióro, bo uważa, że skoro tylko on dostrzegł w tym pomyśle potencjał, jest szansa na stworzenie czegoś oryginalnego. Nabrałam dystansu do swojego wewnętrznego krytyka. Dziś traktuję go trochę jak menela, który zaczepia cię w restauracji. Jeśli wdajesz się z kimś takim w dyskusję, niepotrzebnie tracisz czas i nerwy, ale jeśli go ignorujesz, w końcu się zamknie, a ty możesz robić swoje.

W przeszłości nie zawsze tak to wyglądało?

Kiedy byłam jeszcze gówniarą i kręciłam pierwsze filmy, łatwiej dawałam się zwieść pozorom. Jeśli miałam scenę, która całościowo nie wyszła, ale była w niej jedna dobra rzecz, na przykład jakieś zachowanie aktora, robiłam wszystko, by uratować ten element. Dziś już wiem, że nie tędy droga. 

Dlaczego właściwie zajęłaś się reżyserią?

Trochę przez przypadek. Najpierw skończyłam akademię sztuk pięknych, a potem zdawałam do Royal College of Art w Londynie i na egzaminie jeden facet zapytał: „Dlaczego właściwie nie robisz filmów?”. Było to jedyne pytanie, na które nie znałam odpowiedzi, więc po powrocie stwierdziłam, że powinnam spróbować. Tym bardziej że malarstwo, które kocham i do którego w przyszłości na pewno wrócę, wiąże się z samotnością. Film natomiast daje szansę, by uciec od samego siebie, pożyć trochę życiem bohaterów. Ktoś powiedział kiedyś, że żeby zobaczyć cud, trzeba mieć odpowiednie oczy. Reżyseria to sztuka dostrzegania. Nic więcej. 

Wywiad pojawił się premierowo w numerze 02 (52) magazynu Harper's Bazaar Polska

 

Komentarze

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo