Jeden z najciekawszych rosyjskich reżyserów, Andriej Zwiagincew, w wyjątkowej rozmowie z Bazaar
fot. materiały prasowe

Jeden z najciekawszych rosyjskich reżyserów, Andriej Zwiagincew, w wyjątkowej rozmowie z Bazaar

Nakręcił film przejmujący, bolesny, dotkliwy
14.04.2018

Rozmawiał: Artur Zaborski

 

Artur Zaborski: Z Niemiłości najbardziej zapamiętałem scenę, w której w trakcie kłótni małżeńskiej z Borysem Żenia zamyka się w łazience, gdzie w ukryciu siedzi ich syn i bezgłośnie krzyczy. To jeden z najbardziej przerażających niemych krzyków od czasu Edvarda Muncha.

Andriej Zwiagincew: Nie myślałem o Munchu. Kiedy pomysł na scenariusz się wyklarował i mieliśmy trzy strony treatmentu, dokładnie wiedziałem, jak będzie wyglądać jedna scena Niemiłości. I to jest właśnie ta scena, o której pan wspomniał. Nienawidzę zwiastunów filmów, zwłaszcza swoich. Coś złego dzieje się we mnie, kiedy muszę je oglądać. Nie umiem też ich tworzyć, bo nie jestem w stanie ocenić, które sceny mogę wyciąć. Wiem jednak, jak ważne są zwiastuny dla producenta, bo tylko one potrafią skutecznie zachęcić widzów do pójścia do kina. Scena niemego krzyku jest przeszywająca także dla mnie, wzdrygam się i kraja mi się serce za każdym razem, kiedy ją oglądam. Mimo to poprosiłem wyraźnie, by nie umieszczano jej w zwiastunie. Chciałem, by widzowie po raz pierwszy zobaczyli ją w kinie. Wiem, jak potrafi znokautować.

 

Pokazuje pan koszmar życia w „normalnej” rodzinie, w której nie ma patologii takich jak przemoc domowa czy alkoholizm. Nie brakuje niczego poza jednym: mąż i żona nie kochają się.

Zastanawiałem się, skąd się bierze określenie „rodzina patologiczna” i co się w nim zawiera. Wiadomości telewizyjne przyzwyczaiły nas do tego, że patologia to choroba, która toczy rodziny. Tylko że na indeks tych chorób wpisywane są jedynie skrajne przypadki, jak hazard, narkomania i inne uzależnienia. Ja natomiast chciałem się przyjrzeć przypadkowi lżejszemu, ale powodującemu podobne spustoszenie – kiedy kobieta i mężczyzna są ze sobą wyłącznie dlatego, że przydarzyła im się wpadka w postaci dziecka. 

 

Dziecko jest z jednej strony ich wyrzutem sumienia, z drugiej kimś, kto zawinił tylko tym, że się urodził.

Jeżeli matka i ojciec nie kochają się, to mogą się rozstać i próbować zawalczyć o jak najmniej krzywdzące dla dziecka rozwiązanie tej sytuacji. Jeśli jednak zmuszają się do tego, żeby być razem, to ono cierpi na takim układzie najbardziej. W moim filmie 12-letni syn myśli, że gdyby nie on, rodzice byliby szczęśliwi. Czuje się winny. Cały czas zastanawia się, co by było, gdyby się nie urodził. Tak bardzo mocno dano mu odczuć, że jego pojawienie się zniszczyło dobre życie dwojga ludzi.

fot. materiały prasowe

Pański film najbardziej zaczął mnie uwierać wtedy, kiedy uświadomiłem sobie, że syn nie tylko ma powody, żeby się tak czuć, ale też – jakkolwiek okrutnie by to zabrzmiało – ma rację. Jego rodzice naprawdę tak myślą.

I teraz dochodzimy do sedna problemu. Niestety rosyjskie społeczeństwo ma tendencję do tego, żeby konkretyzować przyczyny swoich niepowodzeń i żyć w przekonaniu, że jeśli takiego skonkretyzowanego problemu się pozbędziemy, wszystkie niepokoje znikną, a życie stanie się przyjemne. Filmowi rodzice nie widzą złożoności świata. Wolą skupić się na upatrzonym problemie i od niego uzależniać jakość swojego życia. Ich ewolucja prowadzi do tego, by zauważyli, ile jest szwankujących elementów w codzienności każdego z nich. A oni i tak winą za stan, w którym żyją, obarczają dziecko. 

 

Dlaczego więc zdecydowali się je urodzić?

W Rosji aborcja jest legalna, ale w niektórych społecznościach piętnowana. Moi bohaterowie nieustannie ścierają się ze światem Cerkwi. Żenia, matka chłopca, pochodzi z ortodoksyjnego domu. Wyemancypowała się, prowadzi laickie życie, ale widmo kary za grzech, którą jej wpojono, ogranicza jej wolność. Nie jest sztuką dać ludziom prawo do stanowienia o sobie. Sztuką jest, by nauczyli się z niego korzystać w taki sposób, by nie nie krzywdzić przy tym siebie. I nie tyle chodzi o aborcję, ile na przykład o prawo do wolności. Kto potrafi z niego skorzystać w świecie, w którym napiętnowaniu podlega się nawet z powodu wygłaszanych opinii? Nie mam tu na myśli ekstremalnych sytuacji, wystarczy spojrzeć chociażby na pański zawód. Znam mnóstwo krytyków filmowych, którzy bali się wyrazić zdanie na temat moich filmów, dopóki nie usłyszeli, czy ich koledzy po fachu zaopiniują je pozytywnie, czy negatywnie. 

 

Sekrety i kłamstwa, czyli jak naprawdę wygląda Hollywood

 

Żenia i Borys nawet nie dopuszczają się nawzajem do głosu, tylko krzyczą na siebie. 

Myślę, że gdyby byli intelektualistami, gdyby żyli bliżej kultury, byliby w stanie lepiej się ze sobą komunikować. Ubrać w słowa swoje uczucia i myśli, wyrazić żal, nazwać to, co ich boli. Zamiast tego skupiają się na złości, która w nich siedzi, mimowolnie angażując dziecko, które chciałoby się uchronić przed dochodzącymi do niego dźwiękami. Ta wzajemna nienawiść rodziców jest umotywowana. Są małżeństwem od 13 lat, mieszkają razem. Między nimi spiętrzyła się cała masa niewypowiedzianych wcześniej wzajemnych oskarżeń. Kiedy padło jedno, pociągnęło za sobą lawinę, która zasypała ich tak, że nie ma już możliwości wygrzebania się spod niej.

 

Jak reaguje pan na opinię, że Niemiłość jest krytyką współczesnej Rosji?

Mieszkam w Rosji całe życie, więc w filmach mogę pokazać tylko to, co jest moim naturalnym środowiskiem, co widzę na własne oczy i jest mi bliskie. Nie mam pojęcia, jak wygląda sytuacja na przykład w Australii, a wiedzy o świecie nie czerpię z telewizji, bo nie oglądam jej już od ośmiu lat. Żywię nadzieję, że te problemy, o których opowiadam w Niemiłości, będą zrozumiałe na całym świecie. Nie ma znaczenia, w jakim systemie politycznym żyje widz: czy jest to dyktatura, czy demokracja. Człowiek jest człowiekiem, ze swoimi namiętnościami i problemami, ze swoją strukturą emocjonalną i potrzebą życia we w miarę stabilnym ekosystemie, który nie jest naruszany przez ruchy tektoniczne, jak to ma miejsce w przypadku małżeństwa Żeni i Borysa.

 

Dlaczego w takim razie pokazał pan w filmie, jak bohaterowie oglądają wiadomości w państwowej telewizji? Przedstawia je zresztą znany w Rosji prezenter.

Chciałem w ten sposób pokazać, że Rosja – tak samo jak każdy inny kraj – jest toczona przez problemy znacznie większe niż prywatne dramaty jednostek. Ale czy dla bohaterów istotniejsza jest inwazja
na Ukrainę, o której mówi się w wiadomościach, czy ich własna inwazja na partnera? Jak to zważyć? Polityka mnie kompletnie nie interesuje i nie zamierzam poświęcać ani mojego czasu, ani mojej pasji do kina, by się nią zajmować. 

fot. materiały prasowe

Jednak pana poprzedni film, Lewiatan, Ministerstwo Kultury określiło mianem antyrosyjskiego. Czy to utrudniło powstanie Niemiłości?

Zdaję sobie sprawę z tego, że Lewiatan został odczytany jako krytyka tego, co obecnie dzieje się w Rosji. Dzisiaj wszystko jest polityczne. Nie mogę nawet spokojnie powiedzieć, że jakiś film mi się podobał, żeby to nie zostało odczytane jako gest polityczny. Jestem już zmęczony tłumaczeniem się ze wszystkiego. Ostatnio rozmawiałem z przyjaciółką o tym, że niedługo będziemy się zastanawiać, czy produkty, które kupujemy w sklepie, są właściwe pod względem naszych sympatii politycznych. Bo co, jeśli kupię batonik importowany? Czy to oznacza, że jestem zdrajcą ojczyzny? Ten problem nasila się nie tylko w Rosji, ale i w całym byłym bloku wschodnim. Nie potrafimy pozbyć się przyzwyczajeń z czasów komunizmu, kiedy polityka mieszała się w nasze życie na każdym szczeblu. Odetchnęliśmy od niej w latach 90., gdy byliśmy skupieni na zarabianiu pieniędzy i moszczeniu się w dzikim kapitalizmie, a 20 lat później, kiedy sytuacja się uspokoiła, wracamy do starych przyzwyczajeń. Bardzo jestem tym faktem rozczarowany. Natomiast jeśli chodzi o problemy z Niemiłością, to ich nie miałem, bo uważam, że nie zrobiłem filmu antyrosyjskiego, nawet jeśli minister kultury tak mówił. 

 

W pańskim filmie Rosja jest odpychająca, ale jednocześnie spod powierzchni operator wydobywa piękno starych budynków, ubłoconych ulic, nadgniłych drzew.

Te stare domy, które widać w filmie, to przykład radzieckiej architektury. Kiedy powstawały, nie docenialiśmy ich, dopiero teraz dostrzegamy, jakie są piękne. Ale poszukując lokalizacji do filmu, nie skupialiśmy się tylko na budynkach pamiętających czasy ZSRR. Szukaliśmy po prostu takich, które zostały dawno porzucone. Żenia i Borys w filmie szukają swojego syna, czyli życia, w ruinach imperium, które już nie istnieje. Co też staje się metaforą, bo Rosjanie mają zapisany w genach sposób myślenia, który każe im na wszystko patrzeć z perspektywy monumentalizmu. Kiedy Żenia i Borys myślą o swoich alternatywnych związkach, postrzegają je jako idealne. Monumentalne szczęście to ich cel. Nie widzą utopii tego myślenia. Wydaje im się, że są kimś wyjątkowym i zasługują na cysterny ze szczęściem. 

 

Tymczasem są jednymi z najbardziej zwykłych bohaterów w kinie. Nie wyróżnia ich nic szczególnego. Chyba dlatego ich historia ma taką siłę rażenia.

Komedie romantyczne i melodramaty zaszczepiły nam wizję miłości jako czegoś, na co zasługuje każdy, z nadania. Wystarczy, że się ładnie ubierzemy, pokropimy dobrymi perfumami, zrobimy selfie, które opublikujemy w mediach społecznościowych, i Amor będzie dla nas przychylny. Nie uprzedzono nas natomiast, że szczęśliwym się jedynie bywa, a związek to codzienne ścieranie się, nieustanna walka. Żenia i Borys nie tylko nie spodziewali się takiego obrotu spraw, ale też nie wiedzieli, że o swoich bolączkach można rozmawiać. Wszystko tłumili w sobie, dopóki nie doszło do erupcji. Ale kiedy wychodzą z domu, każde z nich gra teatrzyk, bo pochodzą z zamożnej klasy średniej, która wyznacza zakres aspiracji. To Żeni i Borysowi się zazdrości, każdy chce żyć tak jak oni, dlatego żadne z nich nie zdradza się z tym, że przegrało to życie. Społeczeństwo, w którym szczęście w miłości jest wyznacznikiem pewnego statusu, bo stać na nie tylko zamożnych, jeszcze długo będzie produkować takie małżeństwa jak Żeni i Borysa. I nie jest to problem jedynie Rosji.

 

Opowiada pan o ludziach, którzy osiągnęli pewien status finansowy, o panu też można powiedzieć, że wspiął się po drabinie społecznej.

Urodziłem się w Nowosybirsku w połowie lat 60. W tym mieście nie miało się ambicji, marzeń ani aspiracji. Dorastając, nie wyobrażałem sobie, że w ogóle mógłbym zostać reżyserem, bo w mojej rodzinie nie było tradycji filmowych, a miasto nie pomagało wtedy rozwijać takich pasji. Były za to różnego rodzaju kółka teatralne, które wystawiały przedstawienia w święta państwowe. Wiem, że u was, w Polsce, takie kółka wystawiają jasełka i działają raczej w służbie religii. U nas wszystko kręciło się wtedy wokół państwa. Już sama przeprowadzka do Moskwy była dla mnie przeskokiem. To jak przeniesienie się do innego kraju, do innej kultury. Potrzebowałem wiele czasu, żeby się z tym miejscem oswoić i przestać się czuć innym, choć to piętno na mnie ciążyło. Obiecałem sobie wtedy, że nigdy przed niczym się nie cofnę ze względu na brak odwagi albo śmiałości. Kiedy więc pojawiła się możliwość wyreżyserowania filmu, zdecydowałem się na to, choć nie miałem fachu w ręku ani doświadczenia. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. Kiedy okazało się, że Powrót dostał się do konkursu głównego w Wenecji, myśleliśmy, że spotkał nas nadmiar szczęścia. Odbierając Złotego Lwa, nie miałem pojęcia, co jeszcze mógłbym osiągnąć.

fot. materiały prasowe

Sukces przyszedł nagle, ale nie uderzył panu do głowy.

No bo ile i jak można napawać się sukcesem? To, że on się pojawia, nie oznacza, że stajesz się od razu kimś innym. Nie da się nagle podzielić życia na dwa: na osobę sprzed osiągnięcia sukcesu i na osobę po jego przyjściu. Dlatego nie wierzę w ideę klasowego awansu i uważam, że jest niczym innym jak pewną grą społeczną. Nie chcę udawać wysoko postawionego człowieka, który nie musi przejmować się pieniędzmi ani zabiegać o finansowanie filmów, chociaż faktycznie nie muszę, bo mam rewelacyjnego producenta. Nie chcę też udawać w innych sferach życia. Nie chcę, żeby to, co kupuję, stało się deklaracją polityczną, tak samo jak nie chcę, by było dowodem mojego pochodzenia klasowego. Dzięki pieniądzom mogę pozwolić sobie na potrawy, na które wcześniej nie było mnie stać, ale kupuję też inne, bo najbardziej i tak smakują mi lokalne dania z Nowosybirska, które mają etykietę dla plebsu. Jestem reżyserem filmowym i dla bogatych, i dla biednych, bo i bogaci, i biedni wiedzą, o czym w filmach takich jak Niemiłość opowiadam. Ja też wiem.

 

Czy w tym filmie przepracował pan swoje własne doświadczenia?

Tołstoj powiedział, że każda komedia kończy się ślubem, a on najbardziej chciałby czytać o tym, co dzieje się po weselu. Mnie też najbardziej interesuje ten okres związku, kiedy nie ma już takiej intensywności uczucia jak na początku, a miłość staje się codzienną pracą. Fascynuje mnie ten czas, kiedy patrzysz na swojego partnera, z którym jesteś od lat, i zastanawiasz się: „Co ja, do cholery, z nim robię? Dlaczego właściwie zdecydowałem się wejść w tę relację?”. Te pytania nie są mi obce, przy czym ja mam możliwość dokładniejszego przyjrzenia się potencjalnym odpowiedziom. Zastanowienia, czy mógłbym skończyć tak jak moi bohaterowie. Scenariusz filmowy zawsze jest w jakiś sposób alternatywną biografią, wyrazem niepokojów i nadziei reżysera. W tym kontekście każdy mój film jest po części o mnie. 

 

Wydźwięk Niemiłości jest gorzki, wygrywa okrucieństwo, nie ma krzty nadziei.

Wielu dziennikarzy pyta mnie, czy jestem reżyserem małej wiary w człowieka. Ostatnio często zastanawiałem się, czy ze mną jest wszystko w porządku. Gdybyśmy rozmawiali o nadziei w Lewiatanie, starałbym się o niej opowiedzieć dokładnie i głęboko, bo w tamtym filmie faktycznie jej nie ma. Ale nie mogę się zgodzić z opinią, że Niemiłość jest również pozbawiona nadziei. Wbrew pozorom jest w tym filmie dużo pozytywów. Są to na przykład zorganizowane grupy ochotników, którzy wyruszają na poszukiwanie syna Żeni i Borysa, kiedy jednego dnia chłopiec znika bez wieści. Robią to bezinteresownie, poświęcają czas i energię, by odnaleźć dziecko, którego wcześniej nie widzieli i prawdopodobnie już nigdy później nie zobaczą. To, co robią, jest wspaniałe. Póki będą istnieć tacy ludzie, póty będzie istnieć nadzieja.

 

Wywiad premierowo ukazał się na łamach magazynu Harper's Bazaar Polska 03 (52).

Komentarze

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo