Kontrowersyjny reżyser,   dwie wyraziste aktorki  i literacki bestseller
fot. Getty Images

Kontrowersyjny reżyser, dwie wyraziste aktorki i literacki bestseller

Przeczytajcie rozmowę BAZAAR z Romanem Polańskim
11.06.2018

Dajcie się zaskakiwać

Kontrowersyjny reżyser, 

dwie wyraziste aktorki i literacki bestseller. Prawdziwa historia to najnowszy thriller Romana Polańskiego. 

W rozmowie z Anną Serdiukow mówi, że zawsze zamyka za sobą drzwi. Dla nas zgodził się je lekko uchylić.


Anna Serdiukow: Kolejna ekranizacja w pana dorobku. Co zadecydowało o tym, że wybrał pan książkę francuskiej pisarki Delphine de Vigan pod tytułem Prawdziwa historia? 

Roman Polański: Nie znałem ani autorki, ani książki. Emmanuelle mi ją podsunęła (Emmanuelle Seigner, żona reżysera, przyp. red.). Powiedziała, że to może być materiał na następny film. O ile dobrze pamiętam, na odchodnym rzuciła, że byłaby tam rola dla niej. (śmiech)

Sprytnie.

Każdy twórca musi wykazywać się sprytem od czasu do czasu. I trzymać rękę na pulsie, mówić o tym, co aktualne i ważne. Emmanuelle miała rację, materiał – czy może raczej temat na film – był, i była też postać dla niej do zagrania. A że nie miałem w tamtym czasie innego projektu w przygotowaniu, postanowiłem przenieść Prawdziwą historię na ekran. Zaintrygowała mnie przyjaźń dwóch kobiet, która przeradza się w toksyczną relację.  

Poczytnej pisarce, którą zagrała Seigner, brakuje weny, mimo sukcesów czuje się wypalona, również życiowo. Elle – w tej roli Eva Green – wspiera ją, ale z czasem osacza przyjaciółkę. Dwie kobiety w thrillerze, tego jeszcze nie było w kinie Romana Polańskiego…

To element, który ostatecznie przesądził o tym, że zająłem się adaptacją książki. 

W dodatku czuć między nimi erotyczne napięcie.

Ale to jest zwodnicze. Ma jedynie wzmagać natężenie emocji. 

Thriller to wciąż bliski panu gatunek? Filmy takie jak Frantic czy Śmierć i dziewczyna w ogóle się nie starzeją. Ostatnio obejrzałam Lokatora, jest wspaniały! Te historie nadal dla pana coś znaczą?

A ja myślałem, że Lokator to komedia! (śmiech) Prawdę mówiąc, nie mam zwyczaju patrzeć wstecz. Nie oglądam się za siebie, bo czasu nie da się cofnąć, zrobić czegoś na przykład lepiej. Umiem wyciągać wnioski, ale nie żyję filmami z przeszłości – wiem, co zrobiłem dobrze, co gorzej, a z czego mogę być dumny. Opowiedziane przeze mnie historie współtworzą mnie jako twórcę. Jedne są mi bliższe, inne po latach straciły na intensywności.

Które są najbliższe?

Zdecydowanie numerem jeden pozostaje Pianista, to się w zasadzie nie zmienia od lat. Nie chodzi o nagrody czy jakieś dowartościowanie mnie jako twórcy. Ten film kosztował mnie najwięcej, jest najbardziej osobistym obrazem w moim dorobku. Nie wracam do niego, bo uruchamia silne emocje. Inne swoje produkcje mogę oglądać w zasadzie bezkarnie, ale nie robię tego, bo i po co? To wszystko jednak nie ma znaczenia. Tak naprawdę liczy się tylko to, co przed nami. Każdy kolejny film daje szansę na nową, wspaniałą podróż bez względu na gatunek. Wolę żyć przyszłością, niż rozpamiętywać dokonania.

Na jakim etapie w obsadzie Prawdziwej historii pojawiła się Eva Green?

Myślałem o niej od samego początku. Jej Elle jest nierealna i trochę przerażająca. Eva ma to w sobie. Jest bardzo piękna, ale to nie wszystko. 

To znaczy? 

Potrafi – jeśli chce – wydać się niebezpieczna, nieprzystępna, niegodziwa. Mogłaby z powodzeniem zagrać złą królową w Królewnie Śnieżce.

Chętnie zobaczyłabym pana filmową wersję tej bajki. 

A ja przyznam pani, że bym ją chętnie nakręcił. 

Dlaczego?

To tradycyjna historia z klasycznym podziałem na dobro i zło. Ciekawe, jak dzisiaj – w sfeminizowanym, ale też dość brutalnym świecie – zostałaby odebrana opowieść, w której premiowane są piękno, skromność, cnota, pracowitość, uczciwość. Gonimy za pięknem, a co z innymi wartościami? Wiem, że były czynione próby przeniesienia Królewny… na ekran, ale nie widziałem tych filmów. Bajki, mimo swojej naiwności, pewnych uproszczeń i morału w finale, który ma być swoistą lekcją dla odbiorcy, mogą skłaniać do stawiania trudnych pytań o naszą współczesność. 

Kwestia „Lustereczko, powiedz przecie, kto jest najpiękniejszy w świecie?” brzmi na miarę narcyzów, którzy każdego dnia przeglądają się w internecie w cudzych oczach.

Tak, żyjemy w kulturze voyeurystycznej. Nie wiem, czy Śnieżka by temu podołała. (śmiech) Co by zrobiła wyjęta z pejzażu końca lat 30. – bo wtedy powstała w studiu Walta Disneya? Jak by się odnalazła w XXI wieku, obudzona właśnie dziś ze swego snu? Czy królewicz byłby jej jeszcze do czegokolwiek potrzebny? Tak, o tym mógłbym zrobić film… Ale już pewnie kto inny w to się pobawi,
ja wolę skupić się na ważniejszych dla mnie projektach, bardziej prawdopodobnych w realizacji.

Nie lubi się pan zastanawiać, co by było, gdyby…?

Nigdy nie przepadałem za tym, by spekulować, szczególnie na temat filmów, których nie miałem w planach. Wolałem myśleć o rzeczach realnych, leżących w moim zasięgu. Dziś to też kwestia czasu, w moim wieku liczy się on inaczej. Druga rzecz – w zawodzie filmowca – jeśli czasem zrealizuje się jedynie 40 procent ze swoich zawodowych marzeń i celów, to już jest dużo. 

A gdyby miał pan zrobić bilans?

Życiowy? Ale ja jeszcze się nie żegnam! No dobrze, myślę, że zdołałem wypracować jakieś 60 procent normy. Może 70, odpowiedź pewnie zależy od dnia, musiałaby mnie pani spytać kiedy indziej, by pozyskać bardziej miarodajne dane. Pewnie inne zdanie miałaby na ten temat moja żona. (śmiech)

Skoro powróciła w naszej rozmowie, to czy nie bał się pan, że pomiędzy dwiema tak silnymi osobowościami jak Seigner i Green dojdzie do rywalizacji na planie?

Trochę się tego obawiałem, ale już pierwszego dnia zobaczyłem, że dziewczyny świetnie się zgrały. Potrafiły się porozumieć i razem pracować. Tego nie można wymóc na aktorach: albo się dogadają, albo będzie ciężko. Na szczęście tu nie było tego problemu. Można nawet powiedzieć, że często one trzymały sztamę, a ja byłem poza nawiasem. Ponadto zwykle pracuję z tą samą ekipą, Emmanuelle dobrze wszystkich zna. Eva dołączyła do zespołu i stała się jego częścią niemal natychmiast, weszła w styl naszej pracy intuicyjnie. 

To pana zaskoczyło?

Raczej ucieszyło. Każdego dnia dawałem się zaskakiwać, tyle że to akurat jest reguła, tak się dzieje przy każdym filmie. Początkowo mam jakiś obraz – powinienem powiedzieć: model – tego, co chcę zrealizować. Tymczasem każdy dzień przynosi zmiany. Film zaczyna żyć swoim życiem, oddala się od tego, co siedzi w głowie. 

Rzeczywistość zawsze jest trochę różna od tego, czego się pan spodziewa?

Każdym ujęciem jestem zaskoczony. Aktorzy mówią tekst trochę inaczej, niż go słyszałem uchem wyobraźni. Myślę sobie: czy to lepiej, czy gorzej? Czy to wciąż film, jaki chciałem nakręcić? Wybieram kostiumy, dekoracje, miejsca, a potem niemal każdy szczegół różni się od tego, co wymyśliłem na starcie. Wielkim wysiłkiem doprowadzam do tego, by ostatecznie wszystko było jak najbliższe temu początkowemu modelowi. Od tego, czy to się uda, zależy jakość filmu.

Bywa, że filmowiec nie wie, kiedy powiedzieć sobie, że to już koniec pracy?

Ja tego nie mam. Przychodzi moment, gdy opuszczam salę montażową z poczuciem, że robota została wykonana. I wiem, że to koniec. Czasem wcześniej, czasem później, ale ten moment zawsze przychodzi. Jak u malarza, który mówi do marszanda: „A teraz to sprzedaj”. W mojej robocie jest podobnie.

De Vigan przyznała, że było to dla niej tyleż nobilitujące, co przerażające, że sięgnął pan po jej powieść – nie wyobrażała sobie filmu.

Na szczęście Delphine nie wtrącała się do naszej pracy. Mówię o tym, bo nie jest to wcale takie oczywiste, niektórzy pisarze są bardzo przywiązani do swoich dzieł. Ale Delphine rozumiała, że kino – tak jak literatura – rządzi się swoimi prawami i nie zawsze te światy się stykają. Szlachetne z jej strony było to, że nie miała żadnych oczekiwań, całkowicie nam zaufała i zarówno historię, jak i bohaterów oddała w nasze ręce. 

Miało dla pana znaczenie, że to powieść napisana przez kobietę? 

Płeć jest tu nieistotna, po prostu trafiam na świetne teksty napisane przez kobiety (w 2011 roku reżyser zrealizował Rzeź, filmową adaptację sztuki Yasminy Rezy Bóg mordu, przyp. red.), ale adaptowałem też Szekspira i Dickensa.

Rozmawialiście kiedykolwiek z pisarką na temat filmu?

Nigdy. Ani na temat jej książki. Mieliśmy miłą relację, ale nasze rozmowy dotyczyły wyłącznie życia.

W Prawdziwej historii podjęty jest wątek przenikania się fikcji i rzeczywistości w życiu twórcy… 

Ta przypadłość już mnie nie dotyczy. Dorosłem, dojrzałem, umiem już odróżnić życie od sztuki, prawdę od fikcji. W przeciwnym razie konsekwencje bywają zbyt okrutne. Życie jest bezwzględne i rozlicza nas z każdego błędu. Płacimy za to nie jako artyści, ale prywatnie, poza sceną, poza ekranem. 

Delphine de Vigan przyznała jednak, że gdy pisze książki – a przecież nie jest nowicjuszką – wciąż zdarza jej się żyć życiem swoich bohaterów. Czy kiedykolwiek wszedł pan w skórę filmowej postaci zbyt mocno? 

Nie mam takiego rozdwojenia jaźni. 

A dał pan kiedyś, niczym bohaterka filmu, o jeden autograf za dużo i miał później problem z fanem, a w zasadzie z psychofanem?

Oczywiście, nie mogę powiedzieć, żebym się nie spotkał z podobnymi sytuacjami, ale jestem dorosłym człowiekiem i wiem, co trzeba robić w takich okolicznościach. Gdy wchodzę do domu, zawsze zamykam drzwi za sobą. Tylko naiwny myśli, że można inaczej. Ja nie zostawiam żadnej szpary. 

 

Film Prawdziwa historia w kinach od 11 maja.

Tekst premierowo pojawił się w numerze 05 (54) magazynu Harper's Bazaar Polska

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie