Annie z zielonych wzgórz, czyli wywiad z autorką bestselleru „Drwale”
Pisarka podczas 68. National Book Awards w Nowym Jorku / fot. Getty Images

Annie z zielonych wzgórz, czyli wywiad z autorką bestselleru „Drwale”

O co można zapytać Annie Proulx, która w swoich powieściach przestrzega ludzi przed bezmyślnym niszczeniem natury?
02.09.2018

O co można zapytać Annie Proulx, która w swoich powieściach przestrzega ludzi przed bezmyślnym niszczeniem natury? O stado mrówek, dwóch kowbojów i jedyną w swoim rodzaju poetkę.

Rozmawiał Piotr Czerkawski

Piotr Czerkawski: Kiedy w pani życiu pojawiły się książki?

Annie Proulx: Bardzo wcześnie. Dzięki wysiłkom matki nauczyłam się czytać, gdy miałam cztery lata. Moment, w którym uświadomiłam sobie, że umiem robić to płynnie, należał do najszczęśliwszych w moim życiu. Od razu rzuciłam się w wir lektur, a najbardziej inspirujące okazały się dla mnie książki, które czytałam w wieku dojrzewania, do dziś mam wiele sfatygowanych egzemplarzy z tamtych lat. Właśnie jako nastolatka odkryłam magię opowiadań. Pochłaniałam ich tak dużo, że w końcu nauczyłam się je pisać. Wciąż sporo czytam.

Czy jako czytelniczka ma pani swoje rytuały?

Od dzieciństwa kochałam biblioteki. Mój ojciec był człowiekiem ambitnym i przez całe życie szukał coraz lepszej pracy, więc często się przeprowadzaliśmy. Za każdym razem, gdy trafialiśmy do nowego miasteczka, moje pierwsze pytanie brzmiało: „No dobrze, a gdzie tu jest biblioteka?”. Wówczas znajdowała się ona niemal w każdej, nawet najmniejszej mieścinie, co uważam za jedno ze szczytowych osiągnięć kultury amerykańskiej. Niestety z przykrością stwierdzam, że ostatnio nasze prowincjonalne biblioteki schodzą na psy. O ile kiedyś znajdował się w nich całkiem porządny wybór współczesnej prozy i klasyki, o tyle dziś książki te zostały zastąpione przez poradniki, romanse i kryminały. Ludzie wchodzą tam głównie po to, by opłacić podatki przez internet, w spokoju odpisać na sms-a albo po prostu schronić się przed zimnem. Przeszkadza mi też nadreprezentacja e-booków. Osobiście wciąż wolę papier i stare (często piękne!) okładki książek. Na szczęście biblioteka w miasteczku, w którym mieszkam, ma w ofercie sporo takich pozycji.

Często wspomina pani w wywiadach, że wśród jej ulubionych autorów znajduje się Wisława Szymborska. Co właściwie ceni pani w jej twórczości?

Absolutnie wszystko. Dosłownie. Najbardziej chyba jednak lubię u Szymborskiej jej bezpośredniość, która dowodzi, że mamy do czynienia z nieustraszoną i wnikliwą obserwatorką codzienności. Tylko ktoś taki potrafi się dopatrzyć głębi w pozornie banalnej sytuacji, dosłownie w paru linijkach zawrzeć myśl rodem z traktatu filozoficznego, a potem okrasić jeszcze to wszystko przewrotną puentą. Poza tym cenię u Szymborskiej jedyne w swoim rodzaju połączenie goryczy i figlarności dziewczyny, która pociąga cię za rękaw i patrzy prosto w oczy, pytając ze śmiechem: „No i co mi zrobisz?”.

 

Ludwika Włodek rozmawia z autorem biografii Zbigniewa Herberta

Jak to możliwe, że będąc przez całe życie tak blisko literatury, zadebiutowała pani dopiero po pięćdziesiątce?

Prawdę mówiąc, myślałam, że stanie się to znacznie wcześniej. Gdy byłam dziewczynką, matka lubiła snuć w mojej obecności opowieści o świecie przyrody. Pokazywała mi, powiedzmy, stado mrówek, nadawała im imiona i wymyślała historyjki, w których opowiadała o zwierzęcych zwyczajach. Historie te pozostały w mojej pamięci tak głęboko, że kiedy zrobiłam się trochę starsza, chętnie wyobrażałam sobie, że jestem zwierzęciem, i wymyślałam swoje przygody. Jednocześnie sporo rysowałam i byłam pewna, że koniec końców zostanę malarką. W pewnym momencie doszłam jednak do wniosku, że nic nie jest w stanie pokonać mojej miłości do słów i tego, w jaki sposób potrafią one uchwycić nawet najbardziej mgliste cechy ludzkiego charakteru. 

Pod koniec lat 60. ukończyła pani studia historyczne. W jaki sposób takie wykształcenie przydaje się w karierze literackiej?

Zaczęłam studiować historię, ponieważ zawsze ciekawiły mnie przyczyny, dla których w określonym momencie dziejów ludzie zachowywali się tak, a nie inaczej. Szybko zrozumiałam, że każda generacja jest zmuszona do konfrontacji z obowiązującymi regułami. Jedni bezrefleksyjnie im się poddają, a inni sensem swojego życia czynią bunt. Ta świadomość skłania do pytań, które znajdują odzwierciedlenie w moich książkach. Czy wspomniane zasady ustala większość społeczeństwa, czy jego elita? Jaki wpływ ma na to przypadek? I wreszcie najciekawsze: czy za sprawą własnych wyborów mamy szansę odmienić pisany nam los?

Dlaczego ta kwestia nurtuje panią szczególnie?

Fascynuję się klimatem, roślinnością i innymi elementami świata przyrody. Jestem pewna, że przez lata okolica, w której żyliśmy, determinowała nasz charakter i sposób postrzegania rzeczywistości. Dziś, w dobie migracji, sytuacja diametralnie się zmieniła. Ludzie wydają się znacznie bardziej chaotyczni, nieprzewidywalni i skomplikowani niż ich przodkowie. Dla pisarki to jednocześnie inspiracja i utrudnienie. W książkach tak często wracam do przeszłości dlatego, że własne sądy na temat minionych epok wydają mi się bardziej trafne niż przemyślenia o wciąż zmiennej teraźniejszości.

Skąd to przekonanie?

Z uważnej lektury źródeł. Gdy piszę, uwielbiam otaczać się dziennikami, wspomnieniami, sagami rodzinnymi. W książkach tego rodzaju interesuje mnie przede wszystkim doświadczenie jednostki na tle przemian społeczno-kulturowych.

Jest pani autorką wielu poczytnych książek, laureatką Nagrody Pulitzera. Dla wielu czytelników pozostaje pani jednak przede wszystkim autorką literackiego pierwowzoru Tajemnicy Brokeback Mountain. Jak wspomina pani współpracę z reżyserem Angiem Lee?

Ang zaskarbił sobie moją sympatię tym, że docenił rolę, jaką odgrywa w opowiadaniu sceneria stanu Wyoming. Początkowo nawet pomagałam mu w znalezieniu odpowiednich plenerów, ale po pewnym czasie okazało się, że okolica dysponuje zbyt słabą infrastrukturą na potrzeby dużej ekipy, i trzeba było przenieść produkcję do Kanady. Gdy obejrzałam film, nie odczułam jednak z tego powodu dyskomfortu i byłam dumna z Anga oraz aktorów. Lekki niedosyt wzbudziła we mnie tylko jedna rzecz: w opowiadaniu wyraźnie podkreślam, że moi bohaterowie nie są kowbojami, a jedynie wyrażają niemożliwe do zrealizowania pragnienie, by nimi zostać i wpisać się w ten sposób w amerykański mit. Niestety twórcy filmu najwidoczniej wyszli z założenia, że widzowie pokochają wyłącznie prawdziwych kowbojów.

W Tajemnicy…, tak jak w większości powieści i opowiadań, portretuje pani bohaterów żyjących na prowincji.

To dlatego, że jestem wierna własnym korzeniom. Urodziłam się w 1935 roku w wiejskich rejonach stanu Connecticut. Przodkowie moich rodziców przybyli do Stanów w XVII wieku, by uprawiać ziemię, a w końcu związać się z przemysłem włókienniczym. Gdy przyszłam na świat, wokół szalał Wielki Kryzys, a większość ludzi była naznaczona bezradnością, gniewem i frustracją wynikającą z poczucia braku kontroli nad swoim życiem. Czasem myślę, że właśnie takie osoby głosują dziś na Trumpa, o ile w ogóle biorą udział w wyborach. 

O czym mówi nam popularność takich postaci jak Trump?

Głównie o tym, że nie potrafimy wyciągać wniosków z przeszłości. Ludzie wydają mi się istotami, które bardziej wierzą w siłę instynktu niż zdrowego rozsądku. Dawniej, w czasach prehistorycznych, taka postawa była przydatna, ale dziś stanowi potężną wadę. Gdybyśmy potrafili wykroczyć poza przysłowiowe „tu i teraz”, nie mielibyśmy takich problemów ze zmianami klimatycznymi czy wyginięciem kolejnych gatunków zwierząt i roślin. 

Dlaczego większość z nas przechodzi nad tym do porządku dziennego?

Winna jest chciwość. Politycy deklarują służbę ludowi, ale dbają głównie o własny interes i chętnie wchodzą w układy z przedsiębiorstwami, które czerpią korzyści z wydobywania zasobów naturalnych. Do tego dochodzą zmiany w rolnictwie – małe gospodarstwa, prowadzone przez ludzi żyjących w zgodzie z naturą, zostają wyparte przez firmy, dla których liczy się tylko zysk. To krótkowzroczne podejście, które prowadzi do destrukcji.

Jak dowodzi pani w swojej najnowszej powieści Drwale, stajemy się ofiarami własnej arogancji?

Poganie, których tak chętnie nazywamy dziś ludźmi „prymitywnymi”, żyli z przyrodą w najgłębszej harmonii, która wciąż by trwała, gdyby nie chrześcijańscy zdobywcy kierujący się biblijną zasadą „Czyńcie sobie ziemię poddaną”. Uważam, że to jedno z najbardziej szkodliwych zdań w historii ludzkości. Lata stosowania go w praktyce doprowadziły do tego, że wdychamy zanieczyszczone powietrze i stoimy po kolana w śmieciach. Dopiero w tak krytycznej sytuacji zaczynamy nieśmiało dostrzegać konieczność dbania o środowisko. Bardzo mi przykro, ale najpewniej jest już za późno.

Spodziewa się pani katastrofy ekologicznej?

Wyobrażam sobie raczej powolny upadek naznaczony przez susze, pustynne wiatry, kwaśne deszcze i powodzie. Z roku na rok Ziemia będzie coraz gorszym miejscem do życia, aż w końcu sprawdzi się wizja z poematu T.S. Eliota: „I tak się właśnie kończy świat / Nie hukiem ale skomleniem”. Ja już tego nie dożyję, ale pan, drogi przyjacielu, ma na to wielkie szanse. n

 

Powieść „Drwale” ukazała się nakładem wydawnictwa Czwarta Strona.

Artykuł premierowo pojawił się w numerze wakacyjnym magazynu Harper's Bazaar Polska 2018.

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie