Marianna Zydek: Odmienne stany miłości
fot. Sonia Szóstak

Marianna Zydek: Odmienne stany miłości

Piękna i niezwykle zdolna aktorka bez castingu dostała główną rolę w „Kamerdynerze” w reżyserii Filipa Bajona. Tak stylowego romansu dawno w polskim kinie nie nakręcono.
03.11.2018

Anna Zaleska: Czy można powiedzieć, że to Filip Bajon panią odkrył?

Marianna Zydek: Zdecydowanie tak. Chodziłam na zajęcia, które Filip prowadził w łódzkiej szkole filmowej. Przez rok mi się przyglądał, obserwował moją pracę w różnych etiudach studenckich, a pewnego dnia powiedział, że prawdopodobnie coś będzie dla mnie miał. I to był film Panie Dulskie.

Wszyscy jakoś ostatnio bardzo narzekają na studia aktorskie. Jak pani wspomina swoje?

Nigdy w życiu nie zamieniłabym Filmówki na żadną inną szkołę. Mam wrażenie, że wszystko, co do tej pory osiągnęłam, stało się dzięki niej. Ale studia aktorskie to rzeczywiście może być trudny etap w życiu młodego człowieka. Często przyciągają wrażliwców. Profesorowie chcą ich przygotować na to, że zawód aktora jest trudny, że nie będą na każdym kroku głaskani po głowie. Nieustannie też jest się ocenianym, każdy egzamin to porównywanie się z kolegami i mierzenie się ze stresem.

Studiowałam polonistykę i dla mnie też każdy egzamin był stresem. Na wydziale aktorskim „stresy są jakieś inne”?

Chyba chodzi o to, że my na scenie prezentujemy siebie, jesteśmy jakby nadzy. Jeśli ktoś nas oceni źle, to znaczy, że nie podoba mu się nasza twarz, nasz głos czy nasza osobowość, a my z tym nic nie możemy zrobić. Jeśli zagrałam najlepiej jak mogłam, a dostaję z egzaminu trzy albo dwa, nie jest to problem, który mogę rozwiązać, wracając do domu i więcej się ucząc. Zaczynam myśleć, że ze mną jest coś nie tak. Wiele osób kończy szkołę aktorską z bardzo niską samooceną. Ja miałam o tyle łatwiej, że wcześniej brałam udział w różnych konkursach teatralnych i recytatorskich. Tam stres był nawet większy, bo pierwsze miejsce było tylko jedno, więc szkoła to dla mnie w pewnym sensie była już ulga, zwłaszcza że oceny mnie tak bardzo nie obchodziły.

Nie była pani dobrą studentką?

Powiedzmy, że nie byłam prymuską. Mnie zawsze najbardziej zależało na rozwoju, więc jeśli mogłam zagrać w etiudzie, to choć ceną była gorsza końcowa ocena z zajęć, wybierałam etiudę.

Dlaczego stawiano was przed takim wyborem?

Profesorowie niezbyt przyjaźnie patrzyli na nasz udział w etiudach, co uważam za błąd. Dla przyszłego aktora praktyka jest najważniejsza, bo inaczej tego zawodu nie da się nauczyć. Można dać komuś narzędzia, podpowiedzieć jakieś sugestie, ale naprawdę rozwijasz się tylko dzięki intensywnej pracy. Nikt mi nie przekaże, jak wchodzić w pewne stany.

W filmie Kamerdyner musiała pani przede wszystkim wchodzić w stan miłości. To trudne?

Akurat ten stan nie jest dla mnie trudny do osiągnięcia. W ludziach są tak ogromne pokłady miłości, że bardzo łatwo się w sobie zakochujemy. O wiele prościej w to wejść, niż potem wyjść. Po zakończeniu zdjęć aż żal zostawić za sobą taki piękny świat i wrócić do domu, do normalnych codziennych zajęć. Czasami wręcz boli serce, że to była fikcja, bo tak bardzo by się chciało we wszystko uwierzyć. Ze mnie takie stany długo schodzą, bo grając, wierzę w to, co się dzieje. Może jeszcze się czegoś nie nauczyłam, może to jest brak profesjonalizmu…

Marianna w filmie „Kamerdyner” / fot. Rafał Pijański

Łatwiej wyjść z roli, gdy się gra postać przeżywającą tragedię?

Sytuacje traumatyczne trudno się gra, ale potem się wychodzi, myje ręce i nie chce się do tego wracać. A jak się człowiek zanurzy w cudowny świat – taki jak świat Kamerdynera, gdzie na każdym kroku czeka na ciebie piękno – naprawdę trudno zamknąć za sobą drzwi i powiedzieć: koniec. Mnie to wiele kosztuje.

Która z par filmowych kochanków w polskim kinie weszła w stan zakochania w taki sposób, że najbardziej to panią poruszyło?

No cóż, chyba muszę się przyznać, że Kmicic i Oleńka, zdecydowanie. To, że on o nią walczy w tak rycerski sposób, że zmienia całe swoje życie, by zasłużyć na jej miłość… Piękne! Ja się na tym filmie wychowałam. Wiele osób się ze mnie śmieje, że mam mieszczański gust, ale miłość z Potopu naprawdę we mnie została. Myślę, że miała też duży wpływ na moje marzenia o aktorstwie.

A teraz na planie Kamerdynera spotkała pani Kmicica…

Tak! Od razu pierwszego dnia wyznałam Danielowi Olbrychskiemu, że był miłością mojego życia.

I co on na to?

Dokładnie powiedziałam: „Jak byłam dzieckiem, to strasznie się w panu kochałam”. A on: „Aha, czyli co? W zeszłym roku?”. (śmiech) Miałam 21 lat, gdy zaczynaliśmy pracę nad filmem, więc byłam naprawdę bardzo młoda.

Jak się czuje tak młoda osoba, gdy na planie spotyka się z Danielem Olbrychskim czy Januszem Gajosem? To onieśmiela czy przeciwnie, dodaje pewności siebie?

Muszę przyznać, że chyba Filip mnie trochę rozpieścił. W Paniach Dulskich – pierwszym filmie, w którym zagrałam – obsada była znakomita, a ja miałam nawet sceny z Krystyną Jandą. Ale przyznaję, że kiedy mi powiedział, z kim będę grała w Kamerdynerze, to kolana pode mną lekko się ugięły. Na planie czułam się jednak pewnie. Dobre aktorstwo polega na tym, że szanujemy siebie nawzajem. Nie zdarzyło się ani przez chwilę, by ktoś mnie potraktował z góry dlatego, że jestem studentką. Wręcz przeciwnie, wszyscy byli bardzo mili. Chyba chodzi o to, że jeśli aktorzy dużo grają i są powszechnie szanowani, to nie mają kompleksów i nie potrzebują czerpać jakiejś dziwnej satysfakcji z tego, że pokażą komuś młodszemu, gdzie jest jego miejsce.

Przypomina mi się La La Land i scena castingu. Dziewczyna pełna marzeń i ideałów staje przed komisją, odgrywa scenę, w której otwiera przed kimś serce, płacze, a reżyser załatwia w tym czasie jakieś swoje sprawy.

Czysta prawda! Zanim dostałam się do szkoły filmowej, wszelkimi drogami chciałam się zbliżyć do zawodu aktora. Chodziłam na zajęcia teatralne, trenowałam balet, w końcu zapisałam się do agencji. Byłam tak zwanym nołnejmem. Zapraszano mnie na casting, cały dzień jechałam z Gdańska do Warszawy, a na miejscu okazywało się, że potrzebna jest na przykład umiejętność skakania na trampolinie, czego oczywiście zupełnie nie potrafiłam. Dostawałam swoje wcale nie przysłowiowe pięć minut, po czym niepocieszona ruszałam w drogę powrotną, znowu wiele godzin w pociągu. Takie sytuacje były bardzo częste. Dopiero teraz to się zmieniło. Reżyserzy castingowi przeważnie mnie znają, wysyłają do mnie osobiste zaproszenie, więc nie jestem jedną ze stu osób, tylko z kilku lub kilkunastu. I rola do mnie zazwyczaj pasuje, nie chodzi o skoki na trampolinie.

Do roli Marity nie było castingów, od razu pani ją dostała. W takiej sytuacji można się poczuć jak gwiazda.

Trzeba być ostrożnym, bo z tak dużej wysokości łatwo spaść na łeb na szyję. Kiedy za pierwszym razem Filip powiedział, że będzie miał dla mnie jakąś propozycję, spojrzałam na to z dużym dystansem. Pomyślałam: będzie miło, jeśli się do mnie odezwie, a jak się nie odezwie, to nic wielkiego się nie stanie. I tak samo było przy Kamerdynerze. Z jednej strony dostałam rolę, która była spełnieniem moich marzeń, a z drugiej powiedziałam sobie: poczekaj, dopóki to się nie wydarzy. W pewnym momencie okazało się, że filmu może nie być, ponieważ pojawiły się komplikacje finansowe i na półtora roku zdjęcia zostały wstrzymane. Mnie to na szczęście nie załamało, musiałam być na to mentalnie przygotowana..

Czyta pani poradniki w rodzaju: 10 sposobów na to, by woda sodowa nie uderzyła ci do głowy?

Nie, mam bardzo mądrą mamę. Dużo uczę się też od ludzi, z którymi przebywam. Człowiek od człowieka jest w stanie nauczyć się o wiele więcej niż z poradników.

Mówiła pani, że historia opowiedziana w Kamerdynerze jest podobna do historii pani rodziny. Na czym polega to podobieństwo?

Rodzina ze strony mojej mamy to była szlachta, arystokracja. Moi przodkowie żyli w podobnych warunkach co filmowi von Kraussowie, ale wojna diametralnie zmieniła ich sytuację. Dlatego opowieść o końcu pewnego świata w Kamerdynerze jest mi tak bliska. Często wyobrażam sobie, jak żyli moi pradziadkowie. Ich świat zawsze mnie pociągał, zachwycał…

Pani nazwisko figuruje na stronie internetowej Potomkowie Sejmu Wielkiego. Co to znaczy dla 24-letniej dziewczyny w XXI wieku?

Teoretycznie nie znaczy już nic, bo współcześnie dużo więcej znaczą pieniądze. Ale dla mnie piękno jest przede wszystkim w przeszłości, w historii, jaką pozostawili moi przodkowie. To bardzo dobre uczucie mieć świadomość, że ludzie przed tobą hołdowali pięknym wartościom. Warto pielęgnować tę pamięć, czerpać nauki ze wspomnień, materiałów, testamentów, które po sobie pozostawili. Mój pradziadek w testamencie zapisał nie tylko dyspozycje dotyczące majątku, ale przede wszystkim swoje doświadczenia i wskazówki, jak żyć. Co według niego jest dobre, a co złe dla człowieka i jak swoim dzieciom poleca postępować. To najpiękniejszy testament, jaki można przekazać potomkom. W naszej rodzinie często po niego sięgamy z okazji jakiegoś święta.

A dla pani jakie wartości są ważne?

Szacunek do drugiego człowieka, szczerość, bardzo współcześnie niemodna. Ale z jednej strony hołduję tradycyjnym wartościom, tak zostałam wychowana, a z drugiej – kocham wolność. Uważam ją za nadrzędną wartość. Ograniczanie czyjejś wolności – nieważne, z powodu jakich zasad – jest złe.

Pani bohaterka Marita myśli podobnie. Nie oglądając się na zasady, zakochuje się w ubogim chłopaku. Jak wam się grało z Sebastianem Fabijańskim parę kochanków?

Jak przy każdej intensywnej pracy – różne były momenty. Były takie, że grało się wspaniale. Że wystarczyło spojrzenie i byliśmy nimi – Matim i Maritą. Ale my oboje mamy silne charaktery i bardzo indywidualne podejście do aktorstwa, więc bywały też konflikty.

Krzyczeliście na siebie?

Zdarzało się. Czasem nawet pojawiały się łzy.

Ma pani metodę na to, by szybko wyciszyć emocje? Trzy głębokie wdechy? Liczenie do dziesięciu?

Wystarczy, że usłyszę: kamera, akcja, wtedy już nie istnieje nic innego. W tym zawodzie nauczyłam się – a może już wcześniej to umiałam i teraz mi się to przydaje – że nie można się nad sobą użalać. A łatwo na to sobie pozwolić, bo aktorzy często są traktowani w inny sposób niż reszta ekipy. O aktora trzeba dbać, żeby miał dobre samopoczucie i świetnie zagrał, więc na planie często się słyszy: a może ci zrobić kawy? a może herbaty? a może ci zimno, to coś przyniosę… A ja myślę sobie wtedy: dlaczego ty mi przyniesiesz, przecież mogę pójść sama. Podziwiam aktorów, którzy znają całą ekipę z imienia. To naprawdę ważne! Przecież pracujemy razem, tyle że na końcu to ja jestem rozpoznawalna, a nie pan oświetleniowiec. A przecież on wstaje dwie godziny wcześniej ode mnie, schodzi z planu dwie godziny później. Ciężko pracuje, a jemu nikt nie przynosi herbaty, nikt go nie pyta, czy nie jest mu zimno, gdy stoi na mrozie i trzyma blendę. My, aktorzy, jesteśmy pod tym względem jak pączki w maśle. (śmiech)

Granie w pięknych kostiumach to chyba też spora przyjemność?

O tak! W niektórych kostiumach Marity czułam się lepiej niż w swoich prywatnych rzeczach. Sukienki były przepiękne! Ale moja postać często chodzi w spodniach, bo to bardzo pasuje do jej buntowniczego charakteru. Podobał mi się look trochę à la George Sand. Mój ulubiony zestaw to bryczesy plus wysokie buty. Sama chętnie bym się teraz tak ubierała, bo to wygodne i świetnie prostuje sylwetkę.

Lubi pani modę?

Bardzo! W garderobie bywam dosyć uciążliwa, bo mam swoje zdanie. Zdarzyło mi się nawet skompletować kostium, kiedy coś nie dojechało na czas. Przeszłam się po garderobie, wyciągnęłam parę rzeczy i powstał zestaw, który zagrał w paru scenach, a nawet występuję w nim na plakacie. Moda to jedna z moich pasji. Od dziecka się nią interesowałam.

Ma pani ulubionego projektanta?

Bardzo mi imponował Alexander McQueen. Jego projekty są jak poezja. Potrafił stworzyć kostium, który jest wołaniem o wolność, który budzi emocje. Ale prywatnie to nie jest mój styl, wolę klasykę. Na pierwszym miejscu Chloé, potem Givenchy i styl Audrey Hepburn. Z drugiej strony podoba mi się też Gucci, wszystkie te kwiatowe historie. Z polskich marek bardzo lubię projekty Zosi Chylak. Na jedną z jej torebek polowałam pół roku, ale na szczęście już jest, czeka na mnie, tylko nie miałam jeszcze czasu jej odebrać.

Pani – gwiazda – pół roku czekała na torebkę?

Tak! (śmiech)

Ma pani plan B, gdyby z aktorstwem nie wszystko poszło po pani myśli?

Zawsze jest jakiś plan B, mam po prostu wiele pasji.

Na przykład?

Języki. W moim życiu wszystko jest przez człowieka. Człowiek mnie fascynuje, a język pozwala do niego trafić, nawet gdy żyje po drugiej stronie kuli ziemskiej. Mówię dobrze po hiszpańsku, francusku i angielsku, umiem się też dogadać po włosku i po rosyjsku, nauczyłam się, gdy wyjechałam na dłuższy czas do Gruzji. Teraz marzy mi się hebrajski. Chciałam nawet w tym roku zdawać na hebraistykę, tylko już nie mam czasu. Ale to zrobię, może będę studiować zaocznie, bo ten język mnie absolutnie fascynuje. Więc jeśli z aktorstwem coś pójdzie nie tak, zajmę się tłumaczeniem książek z hebrajskiego.

A na tę jesień jakie plany?

Będę bardzo dużo płakać.

Płakać?! Z powodu?

Mam w sobie bardzo dużo melancholii związanej z przemijaniem, a jesienią to jest najbardziej odczuwalne, więc… Wtedy dobrze jest pracować. W ogóle praca to moja pasja. O ile nie jest toksyczna i otaczają mnie inspirujący ludzie, bardzo pomaga, trzyma mnie w stanie emocjonalnej stabilności. Zawsze lubię mieć coś na horyzoncie, wiedzieć, że zaraz wejdę w jakiś projekt, mogę się do niego przygotowywać, coś sobie przeczytać, wyobrazić jakąś scenę. Najgorzej jest się zatrzymać. Wtedy zdarza mi się zanurzyć w melancholii i potrzebuję kogoś, by mnie z tego wyciągnął. Sama potrafię się zupełnie zakopać. Może stąd moja potrzeba obcowania z drugim człowiekiem?

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie