Grając w „Planecie Singli”, Maciej Stuhr miał pewną trudność
fot. Zuza Krajewska

Grając w „Planecie Singli”, Maciej Stuhr miał pewną trudność

Mówi o tym w rozmowie z Rafałem Sławoniem.
30.11.2018

Rafał Sławoń: Miałem zacząć inaczej, ale w internecie pojawiły się właśnie doniesienia, że Stuhr nagle osiwiał. W zestawieniu z informacją, że nie opływa pan w dostatki, budzi to mój głęboki niepokój. Stąd pytanie: czy aby wszystko w porządku?
Maciej Stuhr: Nie opływam w dostatki? To muszę chyba coś doczytać, bo nie zauważyłem...

Może powinien pan zapytać żony?
Zapytam, może faktycznie jest coś, o czym nie wiem? Ale generalnie jestem zadowolony z tego, co mam.

Matteo Garrone: Agresja jest ze strachu.
A co z tym osiwieniem?
Osiwiałem w Nowym Teatrze, w którym właśnie rozmawiamy. To jest bardzo zabawne, zresztą napisałem o tym felieton, że niezależnie od tego, ile człowiek ma lat, to zawsze coś zdarza się po raz pierwszy. I właśnie teraz zrobiłem po raz pierwszy tak zwane zastępstwo teatralne. W spektaklu Wyjeżdżamy Krzysztofa Warlikowskiego zagrałem za mojego wspaniałego kolegę Rafała Maćkowiaka. To on tutaj pierwszy osiwiał, a ja siwieję teraz tuż po nim.
Skoro wszystko w porządku, możemy iść dalej. Wylądował pan znowu na Planecie Singli. Jak się pan na niej czuje?
Świetnie, bo mojego bohatera dobrze się gra. Bezczelny gnojek, który ma tyle uroku, że sporo ludzi mu tę bezczelność wybacza, to rola z listy aktorskich marzeń. Prawdziwy samograj. Aczkolwiek gatunek komedii romantycznej w naszej szerokości geograficznej obarczony jest zawsze pewnym ryzykiem.

fot. Zuza Krajewska


Na czym ono polega?
Na tym, że nie będzie ani komediowo, ani romantycznie. Kręci się dziesiątki gniotów, których scenariusz sklecony został na kolanie, a śmieszności, gagów jest w nich jak na lekarstwo. Kiedy przed pierwszą Planetą... zgłosili się do mnie producenci i powiedzieli, że chcą nakręcić dobrą polską komedię romantyczną, zabrzmiało to jak oksymoron. Wydawało mi się to niemożliwe.
Jest możliwe?
Nie mnie oceniać, jak to wyszło, ale miałem pewnego rodzaju satysfakcję, patrząc na salę pełną ludzi, którzy rżą ze śmiechu albo sięgają po chusteczkę, żeby otrzeć łzy. Jako że film spotkał się z tak pozytywnym przyjęciem, pojawiła się pokusa kontynuacji losów naszych bohaterów. I to znowu jest ryzyko, bo te drugie części, poza Ojcem chrzestnym, zawsze są gorsze.
Planeta Singli 2 będzie wyjątkiem od tej reguły?
Jeszcze jej nie widziałem, ale scenariusz był dość obiecujący. O ile wiem, pracowało nad nim pięć czy sześć osób, a potem tekst wysłano do Stanów, gdzie w nieskończoność poprawiali go script doctors. Taką pracę nasi producenci wykonują naprawdę rzadko. To się zaczyna zmieniać, ale do tej pory, jak ktoś już sklecił scenariusz i zszył go zszywaczem, to bał się przy nim gmerać, żeby wszystko się nie rozleciało.
Rozumiem oczywiście, że aby zagrać mordercę, nie trzeba nikogo mordować, ale czy elementarna znajomość stanu singielstwa, która mogłaby w wypadku tego filmu pomóc, u pana występuje?
Nie! Rzeczywiście u mnie jest trochę jak z tym mordercą i musiałem wzbić się na wyżyny swojego aktorstwa, żeby temu wyzwaniu sprostać. Ostatni raz takie momenty, kiedy jako singiel wzdychałem pod oknami pięknych dziewcząt, miałem kilkadziesiąt lat temu w liceum. Potem zawsze byłem już jakoś związany, uwiązany, przywiązany...
Czyli singielstwo to nie dla pana?
Chyba nie. Niestety, albo i stety, nigdy nie umiałem – jak Piotruś Pan z filmu Disneya – widowiskowo skakać z kwiatka na kwiatek. Taka ekwilibrystyka to nie dla mnie.
Zapytam teraz nie tyle aktora, ile dyplomowanego psychologa: ma pan pomysł, dlaczego mamy w tych czasach tylu singli?
Oj, puszcza mnie pan na głęboką wodę...


Całą rozmowę z Maciejem Stuhrem przeczytacie w Harper's Bazaar nr 12/2018.

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie