Alfonso Cuarón: Dzieci widzą inaczej
fot. Getty Images

Alfonso Cuarón: Dzieci widzą inaczej

Jego nagrodzony Złotymi Lwami film Roma można obejrzeć na Netflixie.
07.01.2019

Mający na koncie takie kinowe przeboje jak Harry Potter i więzień Azkabanu czy Grawitacja Alfonso Cuarón  porzucił Hollywood, by nakręcić kameralną biało-czarną opowieść o swoim dzieciństwie. Roma okazała się sensacją tegorocznego festiwalu w Wenecji.

Lars von Trier, jakiego nie znacie.

 

Mariola Wiktor: Kim chciałeś zostać, gdy byłeś małym chłopcem?

Alfonso Cuarón: Astronautą… (śmiech)

Więc robiąc film Grawitacja, w pewnym sensie spełniłeś swoje marzenia z dzieciństwa?

Tak, to prawda. Ale astronautę w moich marzeniach szybko zastąpił reżyser. Miałem może siedem lat, kiedy zobaczyłem kulisy powstawania filmu Butch Cassidy i Sundance Kid. Reżyser George Roy Hill  opowiadał w nim o swojej pracy i wtedy po raz pierwszy poczułem, że reżyserowanie to jest to, co chciałbym w życiu robić. Potem obejrzałem Złodziei rowerów Vittoria De Sica, pierwszy czarno-biały film w moim życiu, który pobudził mój apetyt na kino europejskie. Śmierć w Wenecji Viscontiego widziałem 40 razy w ciągu jednego tylko roku. Kino stało się moją obsesją, schronieniem, azylem. Kiedy siadałem i gasły światła, odczuwałem wielką przyjemność, podniecenie, radość. Czasem okłamywałem mamę, że idę pograć w piłkę lub pouczyć się z kolegą, a wymykałem się do kina, bo ciągle było mi mało. Obejrzałem setki filmów i z każdego coś dla siebie wyniosłem. Gdy na 12. urodziny dostałem od rodziców kamerę, kręciłem wszystko, codziennie.

W filmie Roma powracasz do swojego dzieciństwa. Dlaczego w wieku 57 lat, po sukcesach w Hollywood, Oscarach za Grawitację, zdecydowałeś się zrealizować czarno-biały film autobiograficzny?

Myślałem o zrobieniu go już 15 lat temu, byłem jednak zajęty innymi projektami. Po sukcesie Grawitacji poczułem, że przyszedł na to czas. Obiecałem sobie, że mój następny film będzie prosty, osobisty i że powrócę z jego realizacją do Meksyku. Mając do dyspozycji aż 108 dni zdjęciowych, mogłem skupić się na rzetelnym przywołaniu detali, które ja i moja rodzina zapamiętaliśmy z czasów mojego dzieciństwa, wiernie odtworzyć tamtą epokę. W Mexico City, w dzielnicy klasy średniej zwanej Roma, wybudowaliśmy dom, dokładną replikę tego, w którym w dzieciństwie mieszkałem. Ostatni raz kręciłem w Meksyku 17 lat temu, to był film I twoją matkę też. Teraz poczułem się wolny jak w młodości. Mogłem też wrócić do ojczystego języka.

Może jednym z powodów powrotu do przeszłości jest twój wiek? Przychodzi taki czas, gdy zaczynamy oglądać się za siebie…

Nie ukrywam, że zrobiłem Romę, ponieważ wchodzę w wiek, nazwijmy go, średni. (śmiech) No cóż, czuję, że się starzeję. Potrzebuję powrotu do dzieciństwa, do pamięci, do wspomnień, by zobaczyć, jaką drogę przebyłem, kim jestem tu i teraz, jak wielkie jest napięcie między tymi dwoma światami. Przeszłość mnie ukształtowała.

Mówisz o napięciu między światem widzianym z perspektywy małego 10-letniego Alfonsa a perspektywą dojrzałego, 57-letniego mężczyzny. Co odkryłeś, czego dowiedziałeś się o sobie, realizując ten film?

Uświadomiłem sobie, że kiedy jesteśmy dziećmi, ludzie, których kochamy i z którymi dzielimy życie – nasi rodzice, krewni, nianie – nie mają dla nas społecznej, rasowej, etnicznej czy seksualnej tożsamości. To są nasi ukochani bliscy. Gdy miałem 10 lat, nie miało dla mnie żadnego znaczenia, że moja niania Cleo jest Indianką, pochodzi z niższej klasy społecznej i mówi z innym akcentem. Nie dostrzegałem w niej także kobiety. Tak samo nie zastanawiałem się, jakie są poglądy polityczne ojca. I nie myślałem o tym, że mama jest porzuconą kobietą, a udaje przed nami, że wszystko jest okej. Nie zastanawiałem się, czy ma udane życie erotyczne i czy nasi rodzice byli ze sobą szczęśliwi w małżeństwie. Wystarczyło, że byli, bawili się z nami i nas przytulali. Przyjaźnię się z twoim rodakiem Pawłem Pawlikowskim, wiele na ten temat rozmawialiśmy. Mając kilkanaście lat, nie patrzy się na swoich rodziców jak na mężczyznę i kobietę z ich seksualnością, psychicznym skomplikowaniem. Zimna wojna Pawła, dedykowana rodzicom, także jest powrotem do czasów dzieciństwa, próbą zmierzenia się bardzo młodego człowieka z trudną, zagmatwaną relacją między rodzicami i dorosłymi, a wszystko – podobnie jak u mnie – rzucone jest na tło społeczne i polityczne. W Zimnej wojnie to polska rzeczywistość lat 50., a u mnie kryzys i chaos wczesnych lat 70. w Meksyku. Rodzina, dom, bliskość, solidarność kobiet w mojej rodzinie to był azyl przed światem, którego grozy jeszcze sobie nie uświadamiałem, choć gdzieś podskórnie czułem jej obecność.

fot. materiały prasowe Netflix

Powiedzmy, o jaki dokładnie okres i które wydarzenia chodzi w Romie.

Akcja filmu rozgrywa się w latach 1970-71 w miejscowości Colonia Roma. Oczyma dziecka oglądamy studenckie demonstracje w obronie demokracji, krwawo tłumione przez mające wsparcie rządu bojówki paramilitarne. Patrzymy na wiecznie zapracowanego, nieobecnego ojca, który decyduje się porzucić rodzinę. Kiedy odchodzi do innej kobiety, matka robi wszystko, by czwórka dzieci nie odczuła tej straty. Znajduje oparcie w dwóch indiańskich służących: Adeli i Cleo, która jest także nianią, wychowuje dzieci.

Kim Cleo była dla ciebie? Jeszcze żyje?

Tak, i jest nadal częścią naszej rodziny, a my jej. Popłakała się, kiedy obejrzała Romę. To film autobiograficzny. Dziewięćdziesiąt procent stanowią sceny z mojej pamięci. Kręciliśmy w miejscach, które znam z dzieciństwa. Udało mi się zebrać prawie 70 procent mebli i innych przedmiotów codziennego użytku od członków mojej rodziny rozsianych po całym Meksyku. Zaprosiłem aktorów naturszczyków, którzy wyglądali jak moi krewni i ludzie, których zapamiętałem. To wszystko, by opowiedzieć o Cleo. Była służącą i nianią, z czasem jednak stała się członkiem naszej rodziny. Pochodziła z niskiej klasy społecznej, ale mnie to nie przeszkadzało. Czułem jej ciepło, bliskość, miłość. Nie zdawałem sobie sprawy, że przeżyła wielką osobistą tragedię, zaszła w ciążę z chłopakiem, który ją porzucił i upokorzył, a potem okazało się, że należał do bojówek bijących studentów. Cleo urodziła martwe dziecko. Całe życie nie mogła się otrząsnąć z poczucia winy. Sądziła, że to kara za to, że tego dziecka nie chciała, i za to, jakim łajdakiem okazał się jego ojciec. Ważne było dla mnie to, by znaleźć równowagę między postacią a kontekstem społecznym. Lata 1970-71 przeraziły mnie na całe życie, postaci z filmu także. Masakra studentów odcisnęła się piętnem na meksykańskim społeczeństwie, na jego psychice i zbiorowej świadomości.

Cleo była twoją drugą matką?

Była bardziej obecna w moim życiu niż moja matka biologiczna. Zajmowała się mną, kiedy mamy nie było w domu lub pracowała. A żyła w rasistowskim społeczeństwie, w którym rządziła kasa i klasa społeczna. System kastowy w Meksyku dorównywał niemal temu w Indiach. Teraz, jako dorosły człowiek, przedstawiciel klasy średniej, mam poczucie winy za to, z jaką arogancją i pogardą moja warstwa społeczna traktowała mniejszości indiańskie i ludzi z prowincji.

Jak znalazłeś Yalitzę Aparicio, która zagrała Cleo?

Yalitza, kobieta bez żadnego doświadczenia aktorskiego, została odkryta przez naszego reżysera castingu w wiosce w stanie Oaxaca. Stworzyła absolutnie zdumiewającą kreację. Nauczyła się, jak pokazywać swoją postać w najdrobniejszych szczegółach. Tak naprawdę uniosła ten film, bez Yalitzy go sobie nie wyobrażam. Kręciliśmy chronologicznie, wieczorami dawałem każdemu dialogi do sceny, którą mieliśmy grać następnego dnia, i mówiłem, co będziemy robić. Chodziło o to, by aktorzy mieli poczucie sensu każdego działania, żeby także próbowali w swoich wspomnieniach odtworzyć tamten czas albo – jeśli go nie przeżyli – swoje na ten temat wyobrażenia, oparte na opowieściach starszych.

Powiedziałeś, że dzięki temu filmowi zupełnie inaczej spojrzałeś też na swoich rodziców…

Pamiętasz scenę, w której ojciec opuszcza matkę? Dwoje aktorów miało odegrać tę sytuację. Zrobili to poprawnie, ale dla mnie to nie było to, co przeżyłem jako dziecko, kiedy byłem świadkiem rozstania rodziców i kiedy walił się cały mój świat. Poczułem się podle. Zrobiłem przerwę i wyszedłem na ulicę, która miała przypominać moje dzieciństwo, ale była tylko dekoracją. A potem wróciłem i zapytałem aktora, który grał ojca, czy kiedykolwiek czuł, że się dusi. Powiedział, że tak, nie do końca mnie jednak zrozumiał. Ja pytałem o emocjonalny stres, kiedy człowiek nie może oddychać, jeść ani spać. Gdy mu o tym opowiedziałem, scena wyszła o wiele bardziej przekonująco.

Jak to jest reżyserować moment, kiedy ojciec opuszcza matkę i swoje dzieci, czyli was?

Myślałem o tym, że mało kto ma możliwość odtworzenia w ten sposób swojego życia. Wtedy, 50 lat temu, osądzałem ojca, miałem do niego wielki żal, a teraz przede mną stał aktor, który miał odegrać to, co on przeżywał. Oglądając scenę, gdy wsiada do samochodu i nie może oddychać – dopiero kiedy wrzuca bieg, łapie oddech – uświadomiłem sobie, że mój ojciec tak właśnie mógł się czuć; że nie było mu lekko, też to mocno przeżywał, szarpało nim potworne poczucie winy. W dzieciństwie, zaślepiony złością, nigdy tak o tym nie pomyślałem.

Czy wielki samochód, który ledwie mieści się w bramie domu rodziców, symbolizuje ich klasowe i materialne aspiracje?

Dokładnie tak. Zawsze chcieli mieć więcej, niż mieli, a więc kupili luksusowy ogromny samochód, który nie mieścił się w bramie. Ojciec zawsze bardzo długo manewrował i ostatecznie udawało mu się wjeżdżać w wąski przejazd bez uszkodzenia karoserii. Mama też musiała się z tym mierzyć, sceny z jej manewrami są długie i męczące. Jeśli uszkadzała samochód, to nie dlatego, że była złym kierowcą, tylko w odwecie za odejście ojca.

fot. materiały prasowe Netflix

Czerń i biel, długie i szerokie ujęcia, widoczna praca kamery, dystans między widzem a tym, co na ekranie – dlaczego?

Dzięki tym zabiegom – mam nadzieję – widz czuje, że to nie jest historia, która dzieje się tu i teraz, ale jest to odtwarzanie wydarzeń, które zdarzyły się w przeszłości. Pamięć i czas są ze sobą mocno związane.

Roma znakomicie wybrzmiewa na dużym ekranie. Dlaczego zatem chciałeś, by pokazywał go Netflix?

Film będzie dystrybuowany i w kinach, i na platformie cyfrowej, a dzięki temu dotrze do milionów ludzi na całym świecie. Krytykuje się Netflixa, a przecież wspiera różnorodność, obok hitów promuje filmy autorskie, czarno-białe kino meksykańskie, kino z Korei, Tajwanu, Hiszpanii. Netflix daje wsparcie także znanym reżyserom, którzy mają problem z uzbieraniem funduszy na film.

5 seriali, których w grudniu nie można przegapić.

Twoja droga do zawodu reżysera była dość kręta. Pracowałeś przy filmach telewizyjnych, byłeś operatorem. Jak to na ciebie wpłynęło?

Po ukończeniu reżyserii i filozofii na uniwersytecie w Meksyku trudno mi było zrobić pierwszy film. Przez osiem lat imałem się różnych zajęć: realizowałem krótkie metraże, byłem asystentem reżysera albo kręciłem komedie romantyczne, bo takie było zapotrzebowanie. W końcu film Tylko ze stałym partnerem okazał się komercyjnym sukcesem, także za granicą, zostałem nagrodzony w Toronto, ale to nie była moja bajka, marzyłem o czymś innym.

W Hollywood na twoim talencie poznał się sam Sydney Pollack. Dzięki niemu wyreżyserowałeś odcinek serialu Upadłe anioły. Potem zrealizowałeś Małą księżniczkę według prozy Burnett, a następnie Wielkie nadzieje – adaptację powieści Dickensa. A jednak wciąż to nie było to.

Cieszę się, że mogłem nakręcić Wielkie nadzieje, bo w trakcie tej pracy uświadomiłem sobie, co chcę robić, a czego nie. Choć w filmie zagrały hollywoodzkie gwiazdy: Gwyneth Paltrow, Ethan Hawke, Robert De Niro, nie osiągnął komercyjnego sukcesu, za to podobno dorobiłem się niszowej publiczności amerykańskiej…(śmiech) Kiedy zacząłem pracować w Hollywood, doradzono mi, bym skoncentrował się na realizowaniu cudzych pomysłów. Uwierzyłem, że tak będzie lepiej. Ale w jakimś momencie poczułem, że to nieprawda, że straciłem trzy lata, przez ten czas dobrowolnie odsunąłem od siebie własną kreatywność. Zapragnąłem znów powrócić do czasów, kiedy jedynym powodem robienia kina była moja miłość do niego. Poszedłem do sklepu, kupiłem 25 filmów, po czym zamknąłem się w domu na tydzień i wszystkie obejrzałem. A potem zadzwoniłem do mojego brata Carlosa, z którym zrobiliśmy pierwszy film, i poprosiłem, byśmy wrócili do scenariusza, o którym kiedyś dyskutowaliśmy. Chciałem znów poczuć, jaką przyjemność daje pisanie. I tak zrealizowałem w Meksyku I twoją matkę też.

Kiedy skończyłeś ten film, nie chciałeś przyjąć propozycji wyreżyserowania kolejnej historii o Harrym Potterze. Dopiero sam Guillermo del Toro cię przekonał. Dlaczego byłeś niechętny?

Powiedziałem mu, że zaproponowano mi reżyserowanie Więźnia Azkabanu, ale ja nie znam tej książki i nie jestem fanem powieści J.K. Rowling. Nie widziałem zresztą w ogóle wcześniejszych filmów o Harrym Potterze. Wydawało mi się, że to czysta komercja, a ja mam większe ambicje. No i znów musiałbym adaptować czyjś tekst. Na to Guillermo powiedział, że jestem szurnięty i arogancki. Kazał mi natychmiast iść do księgarni, kupić tę książkę i przeczytać. No więc tak zrobiłem. Okazało się, że to faktycznie doskonały materiał na film. Telefon do Guillerma był prawdziwą lekcją pokory. Zrozumiałem, że Hollywood to nie zawsze pułapka na reżyserów z zewnątrz. To oni sami często ją sobie stwarzają. 

Film Roma obejrzycie na Netflixie.

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie