Jean-Michel Basquiat: Najlepiej malowało mu się w garniturze Armaniego, ze skrętem wetkniętym między zęby
Basquiat / fot. fot. dzięki uprzejmości wydawnictwa Taschen

Jean-Michel Basquiat: Najlepiej malowało mu się w garniturze Armaniego, ze skrętem wetkniętym między zęby

Żywił się pochlebstwami, gardził innymi artystami. Nie było w historii sztuki współczesnej bardziej bezczelnego chłopaka niż on. Ani bardziej utalentowanego.
06.01.2019

Kim był Jean-Michel Basquiat?

Koniec lat 70., SoHo, Nowy Jork. Wciąż niebezpieczna dzielnica zaczęła dźwięczeć regularnym beatem maszyn z okolicznych szwalni, gdy do co drugich drzwi chybotliwych kamienic robotnicy wnosili piękne meble i obrazy, przeobrażając tanie rudery w modne galerie. Po zmroku Jim Jarmusch w piwnicznych klubach wyświetlał undergroundowe filmy. Władze miasta zdecydowały się rozpocząć proces gentryfikacji i wdrożyć program A.I.R. (Artist in Residence), którego celem było sprowadzenie do SoHo jak największej liczby artystów, ściąganych obietnicą mieszkań i pracowni za grosze. Nie trzeba było długo czekać, żeby zaroiło się tu od rockmanów, reżyserów, ludzi świata mody, marszandów. Tuż za nimi zdążały panie na wysokich obcasach z ciekawością podszytą lekką trwogą, skaczące niczym gazele nad narkotycznie uśpionymi tubylcami, którzy układali się w wygodnych wejściach nowych galerii. Od dłuższego czasu w okolicy kręcił się też chłopak, który z przyjacielem ze szkoły, Alem Diazem, swoje filozoficzne rozmyślania sprayował na ceglanych ścianach okolicznych budynków, podpisując się SAMO (same old shit, przyp. red.). Pod koniec lat 70. ledwie 18-letni przystojny chłopaczek szczycił się rozbuchanym ego i młodzieńczą bezczelnością. Na dodatek posługiwał się slangiem nowojorskiego undergroundu. Zanim ludzie osobiście natknęli się na Jeana-Michela Basquiata, kojarzyli jego naścienne prace, których nie traktowano w kategorii wandalskiego wybryku, ale jak objaw geniuszu wyrażanego pop-artowskim prymitywizmem. Już niedługo, bo dwa lata później, Basquiata znali wszyscy. On sam stał się jednym z najważniejszych przedstawicieli pokolenia neoekspresjonistów, których charakteryzowały intensywne kolory, fascynacja mitologią i nowa maniera, bliska ulicy.

Maja Berezowska: Ludzkie ciało jest piękne.

Korona stała się podpisem Basquiata.

Pez Dispenser (1984 r.), akryl / fot. dzięki uprzejmości wydawnictwa Taschen


Obraz dzikiego małpoluda

Kiedy życie artystyczne przeniosło się na SoHo, rynek sztuki zaczął rozkwitać. Każdy chciał ją kupować, bo stawała się przepustką do elity. Wypadało również zaprzyjaźnić się z artystą, a w towarzystwie zaświergotać, że obraz nabyło się wprost od niego, bez pośredników. Niemal natychmiast zaczęły się też spekulacje. Wszyscy wiedzieli, że na sztuce można zarobić, niezależnie od tego, czy się ją robiło, czy tylko konsumowało. Jak świeżej krwi poszukiwano nowych artystów. Basquiat spotkał się więc z dużym zainteresowaniem. We wciąż konserwatywnej Ameryce nikomu nawet nie przeszkadzał kolor jego skóry. Oprócz kilku drobnych skandali, jak odmowa wpuszczenia do restauracji czy problemy ze złapaniem taksówki (rozczochrane włosy Basquiata i poplamiony farbą garnitur skutecznie odstraszały nocnych kierowców taksówek, biorących go w najlepszym wypadku za alfonsa), nie było wielu rasistowskich sytuacji, którymi mógłby poczuć się urażony. Może tylko wtedy, gdy marszand Leo Castelli odmówił z nim współpracy, wskazując na jego porywczy charakter, a tak naprawdę z powodu wcześniejszych związków z graffiti i tego, że był czarny… Mimo to nawet rzadkie incydenty doprowadzały Basquiata do szału. W dokumencie The Radiant Child można obejrzeć nagranie, na którym daje upust swojej frustracji: „Większość recenzji dotyczy mojej osobowości, a nie pracy. To [krytycy] rasiści. W głowie mają obraz mnie jako dzikiego małpoluda”. Nie przepadał też za białymi dziennikarzami, których niewiedzę z przyjemnością wyszydzał. Ci odgrywali się, robiąc to, czego Jean-Michel nienawidził – porównywali go do czarnoskórego artysty Boba Thompsona, utalentowanego malarza figuratywnego, który w latach 60. przedawkował heroinę. Nikt jeszcze nie wiedział, jaką tragiczną przepowiednią jest to zestawienie.

Obsesja na tle rasowym u Basquiata objawiała się między innymi tym, że umawiał się wyłącznie z białymi dziewczynami, najchętniej blondynkami. W końcu zaakceptował ten biały świat sztuki i polemizował z nim na płótnach będących odami do czarnoskórej ludności, afrykańskich tradycji, miłością jazzu, gospel, rapu. Muzyka… kochał ją tak mocno jak malowanie. I jeszcze za życia stał się inspiracją dla różnego rodzaju grajków, piosenkarzy, mniej i bardziej komercyjnych. Debbie Harry z zespołu Blondie była pierwszą osobą, która zapłaciła za obraz Basquiata. Dokładnie 200 dolarów. Zaprzyjaźnili się. Jednak najgłośniejszym związkiem Basquiata z muzyką była relacja z Madonną. Poznał ją w Los Angeles, u Larry’ego Gagosiana. Od początku widział w niej gwiazdę i powtarzał to każdemu. Układałoby im się pięknie, gdyby nie jego chorobliwa dominacja i pociąg do narkotyków. Wtedy po raz pierwszy przedawkował i nabawił się perforacji przegrody nosowej. Kiedy Madonna w ubiegłym roku odwiedziła retrospektywną wystawę Basquiata w Barbican w Londynie, zrelacjonowała wszystko w mediach społecznościowych, z tęsknotą odnosząc się do byłego chłopaka. W wywiadzie udzielonym Artnet News zdradziła: „Kochałam go, ale wiedziałam, że nigdy nie rzuciłby narkotyków. Nasze rozstanie było trudne, a po tym, jak z nim zerwałam, kazał oddać wszystkie obrazy, które od niego dostałam. Potem zamalował je na czarno”. Ta dzikość serca do dziś wyzwala pokłady kreatywności wśród jego słynnych fanów. W swoich zbiorach obrazy artysty mają Madonna, Leonardo DiCaprio, Lars Ulrich czy Jay-Z. Raper poświęcił mu nawet kilka piosenek, jak Picasso Baby, w której wspomina żółtego Basquiata w kuchennym kącie, i Most Kingz, inspirowaną obrazem Charles the First. Jay rapuje „większości królów ścina się głowę” – frazę, którą 30 lat wcześniej na obrazie zapisał Jean-Michel.

Zaskakujący finał historii obrazu Banksy'ego.

fot. dzięki uprzejmości wydawnictwa Taschen

Dieta kokainowo-kawiorowa

W 1980 roku, w wieku 20 lat, Basquiat nie miał za co kupić jedzenia. Stołował się u znajomych, czasami ukradł coś z piekarni. Gdy brakowało pieniędzy na płótno, malował na podłodze, ścianach, kartonach. Nie minął rok i nagle miał już wszystko. W lodówce zamiast kawałka pleśni stał kawior i szampan Cristal. Na przyjęciach, które organizował, rosły góry kokainy. Nonszalancko traktował pieniądze. Kupował najdroższe wina i ekologiczne jedzenie w spożywczym Dean & DeLuca, gdzie codziennie zostawiał setki dolarów. Wyznawał jedną zasadę: to, co kupował, zawsze musiało przewyższać wartością wydatki na narkotyki, które nabywał bez ustanku. Podobnie jak garnitury. Wyjątkowo lubił te od Comme des Garçons i Armaniego. Kiedy sprzedał swój pierwszy obraz za kilkadziesiąt tysięcy dolarów, w butiku włoskiego projektanta natychmiast zaopatrzył się w sześć. Wyglądał w nich jak model i czuł się na tyle komfortowo, żeby w Armanim malować. Czy Giorgio mógłby mieć lepszą reklamę? Pieniądze trzymał w domu – w książkach, poduszkach, kartonach. Co znalazł, to wydawał. Aż w końcu ktoś musiał nad tym zapanować.

Trudna przyjaźń z portretu urynalnego

Zadania podjął się Warhol, który w wyszczekanym chłopaku zobaczył siebie sprzed lat. Polecił mu inwestycje w nieruchomości i zachowanie najważniejszych dzieł sztuki dla siebie – na czarną godzinę. W mieszkaniu Basquiata, będącym jednocześnie jego pracownią, o ściany opierały się ukończone prace, a na podłodze, w pewnym sensie przejmując rolę wykładziny, leżały te, które wykańczał. Jedynym „obcym” obrazem był portret Jeana-Michela autorstwa Andy’ego Warhola. Tak zwany piss painting, czyli obraz urynalny, był wynikiem długich eksperymentów króla pop-artu, który latami rozwijał technikę tworzenia koloru w wyniku interakcji siarczanu miedzi z uryną. I znów kolejna osoba nieświadomie przewidziała los Basquiata. Na obrazie bowiem młodą, gładką twarz Jeana-Michela pokryły plamy. Takie same niebawem miały skropić jego skórę – skórę heroinisty, narkotycznego szamana, który pluł toksynami. Sam wstydził się ćpania. Wstydził się w ogóle, o czym świadczy przywoływany przez pisarza Hadena-Guesta cytat: „Gdy widzę seks w filmie, mam ochotę natychmiast odwrócić głowę”. Odwracał ją więc też od kokainy, heroiny. I miał nową wymówkę: śmierć Warhola. Że to przez nią zaczął brać. Ale jego narkotyczne transy sprawiały kłopoty dużo wcześniej. Na własnych wystawach pojawiał się pod wpływem. Dochodziło do sytuacji, w których wsiadał do samolotu i lądował w Japonii zamiast we Włoszech, gdzie właśnie odbywał się jego wernisaż. Na nowojorskie wystawy przychodził w piżamie, ściągał spodnie, a do wypełnionego miłośnikami jego twórczości wnętrza galerii podrzucał śmierdzącą ciecz. Każde zarobione pieniądze przepuszczał, wynajmował najdroższy apartament w hotelu, część dawał znajomym, resztą częstował dilerów, a bezwzględni kolekcjonerzy zaczęli oferować mu prochy za obrazy.

Basquiat w swojej pracowni / fot. dzięki uprzejmości wydawnictwa Taschen

Powolne przedawkowanie sztuki

A miało być tak pięknie… Jean-Michel Basquiat urodził się w grudniu 1960 roku, u szczytu popularności pop-artu. Był jeszcze dzieckiem, kiedy Warhol zaprezentował światu Dyptyk Marilyn, a Richard Hamilton zaprojektował kultową okładkę Białego albumu The Beatles. Był chłopcem nadzwyczaj inteligentnym, ale szkoła go nudziła. Ostatecznie rzucił ją, gdy skończył 17 lat. Wcześniej uciekał z domu. Po jednej z takich ucieczek, kiedy ojciec znalazł go zziębniętego na ławce w parku, powiedział mu tylko: „Wiesz, niedługo cały świat będzie o mnie mówił”. I mówił, bo Basquiat zaangażował się we wspomniane SAMO, polubił się z przedstawicielami sceny neoekspresjonizmu: Julianem Schnabelem, Keithem Haringiem czy Robertem Longo. Potem założył zespół Gray (nazwa inspirowana podręcznikiem medycznym Anatomia Graya), w którym występował między innymi z Vincentem Gallo i grał na klarnecie, choć nie umiał. Co z tego, skoro ich 10-minutowe koncerty skupiały całą nowojorską śmietankę towarzyską. Wkrótce na poważnie zajął się wielkoformatowymi pracami, ale w tle wciąż grała muzyka. Obrazy, które po sobie zostawił, są trudne, pełne wielowarstwowych metafor i analiz literackich. Phoebe Hoban, autorka biografii Basquiat: A Quick Killing in Art, pisała: „U Basquiata chłopcy nigdy nie stają się mężczyznami, stają się szkieletami i czaszkami. Obecność wyrażona jest absencją […]. Basquiat ma obsesję na punkcie dekonstrukcji obrazu i języka”. Poza tym malował dwa, trzy obrazy naraz. Aż do 1987 roku, gdy zmarł Warhol, a Basquiat zaczął na sztukę reagować alergicznie. Wyniszczony, naćpany, nieprzytomny wciąż pytał swoich marszandów, kto pojawi się na planowanej wystawie. Był tylko jeden problem: Jean-Michel nie miał co pokazać, bo przestał malować. Jego przyjaciel po latach wspominał, że pewnego dnia Basquiat ciągle mówił o Joplin, Hendrixie i Billie Holiday. „Jean, ale oni wszyscy nie żyją”, zauważył zaniepokojony. Usłyszał na to: „Jeśli taka jest cena kreatywności…”.

Życie się Basquiatowi rozpływało, za to ceny jego obrazów sięgały nawet pół miliona dolarów. Szczególnie te powstałe kilka miesięcy przed śmiercią, gdy udało mu się przezwyciężyć blokadę. W nich, niczym w czystym zwierciadle, odbija się dojrzały, umierający artysta.

Przeklęte NoHo i czerwono-biała śmierć

W całym tym narkotycznym wirze Basquiat obudził się pewnego dnia i postanowił, że chce żyć. Wsiadł w samolot i poleciał na Hawaje na odwyk. Przestał brać, za to dużo pił. Kolejny raz czytał Podziemnych Kerouaca i co chwila zaglądał do szkicownika. Ale notes był pusty. Po powrocie do Nowego Jorku planował oczyszczającą podróż na Wybrzeże Kości Słoniowej, żeby wypędzić z ciała złe duchy. Mimo 27 lat nie przypominał pięknego, sarkastycznego mężczyzny, którym był jeszcze tak niedawno. Zmęczony, z przegniłymi zębami, ciałem niezdolnym wytrzymać najmniejszego obciążenia leżał godzinami na łóżku.

12 sierpnia 1988 roku był dniem wyjątkowo upalnym. W południe do loftu Basquiata, na czwartym piętrze przy Great Jones Street na NoHo, zajrzała jego przyjaciółka Kelle Inman. Bawiła się z nim w nocy, choć Jean-Michel był w fatalnym humorze. To nic, bo często zachowywał się irracjonalnie. Malarz leżał na łóżku, a że sypiał długo, szczególnie po całonocnych imprezach, wszystko wydawało się w porządku. Do koncertu Run-D.M.C., na który umówił się ze znajomymi, zostało jeszcze kilka godzin. Inman wyszła, nie chciała go budzić i narazić się na awanturę. W końcu rozdzwoniły się telefony. Nie odbierał. Kelle zdecydowała się wejść do niego ponownie. Basquiata nie było już na łóżku. Leżał na ziemi, cały w wymiocinach. Spanikowana zdążyła zawiadomić marszanda Vreja Baghoomiana i karetkę. Jednak w tak senny piątek, gorący jak płynna smoła, z arteriami ulic zatkanymi przez zniecierpliwionych skwarem kierowców, ambulans miał utrudnione zadanie. Po drodze do mieszkania Basquiata leżeli półprzytomni, uśpieni heroiną sąsiedzi. Jean-Michel ciągle żył. Reanimację przeprowadzano na palącym chodniku na oczach wszystkich. Ale kto w tym skręconym konwulsjami ciele rozpoznałby geniusza malarstwa? Nadzieja na ratunek zgasła, kiedy z ust Basquiata wypłynęła czerwono-biała piana. Ostatni akt malarski. Ostatnie sekundy. Przedawkowanie heroiny, uznał koroner. Ciało nie zdążyło jeszcze wystygnąć, gdy do Inman odezwali się „znajomi” artysty, domagając się zwrócenia rysunków i obrazów, które miał im podobno za życia obiecać. Potem pytali, ile są warte. Wtedy Inman przestała odbierać.

Rodzina szybko oczyściła loft. Zbyt wiele osób czaiło się na skarby, które zostawił. Wraz z Baghoomianem wynieśli z pachnącego farbą wnętrza nieukończone obrazy, prace Warhola i Burroughsa, meble, szafę pełną garniturów Comme des Garçons i Armaniego, kasety, książki, antyki, worek bokserski Everlast, afrykańskie instrumenty. I kajdanki.

Na pamięć

Dziś obrazy Basquiata są warte setki milionów dolarów. Życiorys posłużył wielu za scenariusz filmowy, a kolejne pokolenia wzrusza śmierć zbyt młodego chłopaka. Jego imieniem nazwano plac w 13. dzielnicy Paryża. O mitologizowanie śmierci Basquiata nietrudno. Dziedzictwo, które po sobie zostawił, to połączenie starego i nowego, grafiki, rysunku, bajki, muzyki, kodów kulturowych, rasy. I co ciekawe, nigdy erotyki, mimo wysokiego libido, z którego słynął. Śmierć Jeana-Michela jest symboliczna, romantyczna, I choć brudna, to piękna. Tak piękna, jak piękną legendą stał się przez swoje jedyne 27 lat życia Jean-Michel Basquiat. 

Prace Jeana-Michela Basquiata można oglądać w Fondation Louis Vuitton w Paryżu 3.10.2018–14.01.2019.

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie