Yuka Ebihara: Muzyka mnie unosi

Yuka Ebihara: Muzyka mnie unosi

Mówi się, że taniec to magia. Yuka Ebihara, pierwsza solistka Polskiego Baletu Narodowego, potrafi wyczarować na scenie bohaterki, których nie da się zapomnieć.
12.01.2019

Jej karierę od początku nakręcała pasja. Choć w sercu wrażliwa i krucha, nie godziła się na żadne kompromisy. Taniec był najważniejszy, dla niego porzuciła Japonię, przejechała pół świata, by zalśnić pełnym blaskiem w zespole Polskiego Baletu Narodowego. Od siedmiu lat mieszka w Polsce, tu znalazła miłość, przyjaciół i wierną publiczność. Jej role to zwykle tytułowe bohaterki baletów. By wymienić kilka: Śpiąca Królewna, Giselle, Odetta w Jeziorze łabędzim, Julia, Klara w Dziadku do orzechów, Małgorzata w Damie kameliowej… Ta lista nie ma końca. Yuka Ebihara wciąż jest na szczycie i wciąż tańczy, jakby wiatr niósł ją na puentach.


ILONA RECHNIO: Publiczność panią kocha, krytyka rozpieszcza, a rzesza fanów wspiera. To chyba wspaniałe uczucie.

YUKA EBIHARA: Sama nie do końca rozumiem, jak to się stało, że jestem pierwszą solistką. Wyróżniam się wśród europejskich sylwetek, ale wydaje mi się, że nie mam perfekcyjnego ciała ani wielkiego talentu.

Jak to?! Jest pani niezwykle skromna.

Po prostu tego nie rozumiem, choć szczegółowo analizuję swój taniec i wygląd. Oglądam zapisy spektakli i wciąż tak samo się dziwię: co takiego jest moją mocną stroną?

Jest taka scena w musicalu Billy Elliot, w której na egzaminach do prestiżowej szkoły baletowej ktoś z komisji pyta utalentowanego chłopca: co czujesz, kiedy tańczysz? Billy odpowiada, że taniec jest jak prąd, który przechodzi przez całe ciało, a potem czuje, że znika. Co pani czuje, kiedy tańczy?

To zależy od spektaklu. Gdy wcielam się w postać na przykład Małgorzaty w Damie kameliowej, muszę zatopić się w bohaterce na tyle głęboko, by poczuć się jak ona. Na scenie żyję jej życiem. W innych spektaklach to muzyka mnie unosi, jak w najnowszym wieczorze baletowym Nasz Chopin, w którym tańczę do niezwykle pięknej i lirycznej muzyki Chopina. Spektakl ma dwie części, autorami choreografii są Krzysztof Pastor i Liam Scarlett, z którym pracuję po raz pierwszy. Prowadzi tancerza w zupełnie nowy dla mnie sposób. Zamiast rozliczać takty i myśleć o nutach, uczy, jak kierować się instynktem.

Jaki pierwszy obrazek baletowy pamięta pani z dzieciństwa?

Poszłam z mamą obejrzeć szkolny występ taneczny mojej kuzynki. Kiedy zobaczyłam dziewczynki w tiulowych kostiumach, makijażu, zapragnęłam znaleźć się wśród nich. Byłam bardzo nieśmiała i zamknięta w sobie, ale gdy zaczęłam się uczyć w szkole baletowej w Chinach, a potem w Japonii, moja mama od razu zauważyła, że lepiej komunikuję się przez taniec. Pokochałam balet. O dziwo, najbardziej podobały mi się żmudne treningi. Codzienne rozciąganie przynosiło rezultat i mogłam coraz wyżej unosić nogi. Czułam, że coś mi się udaje.

Niezwykła motywacja jak na małą dziewczynkę. Przecież ćwiczenia przynoszą ból, zmęczenie.

To prawda, choć z czasem ciało się przyzwyczaja i staje odporne. Początki są bolesne, zdarzało mi się tracić paznokcie, ścierałam sobie skórę. To było normalne.

Kiedy zdała sobie pani sprawę, że chce tańczyć, ale tak na całe życie?

Dosyć późno. Miałam chwile zwątpienia i o mały włos rzuciłabym taniec. W liceum udawało mi się łączyć szkołę ogólnokształcącą z prywatnymi lekcjami baletu i szkołą tańca. Wśród rówieśników w liceum byłam więc „tą dziewczyną, która tańczy”. Dlatego odstawałam od grupy i czułam się samotna, tym bardziej że ćwiczenia wyłączały mnie z wielu szkolnych wydarzeń. Kiedy znajomi zdawali na uniwersytet, pierwszy raz stanęłam przed wyborem: szkoła albo taniec. Rodzice chcieli wysłać mnie na studia, bo w Japonii dobry uniwersytet gwarantuje dobrą pracę. Wtedy dotarło do mnie, że chcę sama zdecydować o swojej przyszłości, i wybrałam balet.

Mimo młodego wieku ma pani za sobą burzliwą historię. Podróż z Japonii do Chin, potem Kanada, Norwegia, Francja, Anglia, Stany Zjednoczone, Chorwacja… Wiele się wydarzyło, zanim znalazła się pani w Warszawie.

I niczego nie żałuję. Chociaż ciągle musiałam podejmować ważne decyzje prywatne i zawodowe. Dziesięć lat temu, kiedy szukałam pracy, miałam już dosyć ciągłych audycji, krótkich kontraktów i zaczynania w kolejnym zespole wszystkiego od nowa. Byłam wtedy w Norwegii, mój kontrakt wygasał i moja wiza też. Nie miałam planu, musiałam znaleźć szybko pracę. Mój dawny partner życiowy objął wtedy kierownictwo nad jednym z zespołów tańca i od razu zaproponował mi pozycję solistki. Zdecydowałam, że nie skorzystam z tej szansy. Wiedziałam, że będąc z nim, zawsze będę mogła tańczyć, ale wybrałam niezależność. Sama chciałam otwierać drzwi do kariery.

Skąd ma pani w sobie taką siłę?

Moja mama zajmowała się domem, mną i moim bratem. To było wielkie poświęcenie, ale dzięki niej zrozumiałam, że nie chcę takiego życia dla siebie, wolałam wolność i niezależność.

To już siódmy rok w Warszawie. Jak czuje się pani w zespole Polskiego Baletu Narodowego teraz i jak było na początku?

Na początku byłam tancerką, ale przede wszystkim Azjatką. W zespole mówiono po polsku, ewentualnie rosyjsku, więc nie było żadnej komunikacji. Zespół nie był przyjaźnie nastawiony, byłam obca. Myślałam, że może ludzie w Polsce są zamknięci, i tyle. Ale poza teatrem czułam się dobrze, jest tu tak dużo miejsc, w których kocha się japońską kulturę i sztukę, jest szkoła japońska, są galerie, restauracje. Z czasem w zespole wszystko się zmieniło. Teraz jest w nim wielu tancerzy z różnych krajów. Wszyscy mówią po angielsku i wreszcie mnie zaakceptowali, a nawet okazało się, że mogę być pierwszą solistką w zespole!

Edukacja baletowa obrosła już w mity o tym, jak bywa ciężko. Pani tego doświadczyła?

Tak, bo między tancerzami zawsze jest rywalizacja. Od tego się zaczyna, w końcu staje się obok innych w szeregu przed lustrem i nie można niczego w sobie zmienić. Dlatego skupiałam się na tym, by ćwiczyć więcej i lepiej. Wciąż najtrudniejsza jest dla mnie ciągła wewnętrzna walka, by uwierzyć w to, że zasługuję na najwyższą pozycję w zespole.

20 realistycznych zdjęć, które pokazują ciemną stronę baletu.

Tańczy pani różne role, porusza się świetnie w baletowym słowniku figur, w tańcu współczesnym też. Ale czy to prawda, że pani serce należy do baletu?

Balet jest dla mnie punktem wyjścia. To moje korzenie, bez niego nie mogłabym tańczyć ani neoklasycznych, ani współczesnych choreografii. I choć klasyczne role, jak w Jeziorze łabędzim czy Śpiącej królewnie, są dla mnie najtrudniejsze, bo mierzę się w nich ze swoim ciałem, jego ograniczeniami i negatywnym myśleniem, że nie dam rady, to one przynoszą mi największą radość.

Co to znaczy być dobrą tancerką?

Kiedy jestem na widowni i oglądam spektakl baletowy, czuję, gdy widzę dobrego tancerza. To ten, z którym nawiązuję nić porozumienia, jakby tańcem opowiadał o moim życiu. Wydaje mi się, że tak się dzieje, jeśli tancerz potrafi się odsłonić i przekazać coś prawdziwego. Jakąś esencję z życia, z którą można się zidentyfikować. Sama staram się po prostu być na scenie prawdziwa, wtedy spektakl otwiera się na publiczność i pojawia się ten szczególny rodzaj więzi.

Która z ról była spełnieniem marzeń?

Dama kameliowa i rola Małgorzaty w słynnym spektaklu w choreografii Johna Neumeiera. Musiałam się zmierzyć z jej życiem i w każdym spektaklu umierać wraz z nią. By wcielić się w tę rolę, przestudiowałam metodę Stanisławskiego i starałam się zrozumieć, na czym polega to słynne: nie graj, tylko bądź! Czułam więc, że naprawdę umieram. By kolejnego wieczoru znów wyjść na scenę, musiałam się odradzać. Po tak wymagającym spektaklu zwykle nie śpię do drugiej nad ranem i analizuję swój występ. Oceniam i myślę, co mogłabym zmienić. Dopiero poranek przynosi ulgę, zwłaszcza jeśli dostanę dobre opinie od przyjaciół i widzów.

Jakie ma pani artystyczne życzenia na kolejny rok?

Myślę o przyszłości i czasem dochodzę do wniosku, że nie będę długo tańczyć. Chociaż znam tancerzy, którzy kończą karierę po 45. roku życia. Ma to swoje zalety, bo można wtedy inaczej, dojrzalej wyrażać emocje w tańcu. Sama czuję, że dopiero teraz wiem, czego chcę, jestem spokojniejsza i mam więcej doświadczeń prywatnych, które pomagają w budowaniu ról. Nie jestem też dla siebie tak sroga jak kiedyś i wciąż wiem, że w tańcu mogę jeszcze wiele pokazać. 

Jeśli nie taniec do końca życia, jak w przypadku Mai Plisieckiej, co chciałaby pani robić?

Od lat ćwiczę pilates i ta technika trzyma mnie w dobrej formie. Zdobyłam nawet dyplom instruktorki, ale zobaczymy, co przyniesie życie.

Czego się boi pierwsza solistka?

Taniec to ryzykowna kariera, myślę, że najgorsze są kontuzje. Sama nigdy nie miałam poważnej operacji, ale łatwo o uraz, a wtedy tancerz jest wyłączony na kilka miesięcy z zawodu. Zawsze o tym myślę, bo dla ciała oznacza to zaczynanie wszystkiego od początku. Poza tym jest taki sen, który śnią tancerki – że spóźniają się na spektakl. Jeszcze nie mają na stopach puent, a słyszą muzykę, do której powinny już tańczyć na scenie. Koszmar.

Bohaterki romantycznych baletów to kobiety, które z miłości umierają, zmieniają się w ducha jak Giselle albo w łabędzia jak Odetta. Jak pani buduje takie role w świecie, który nie wierzy w miłość?

Staram się, by widzowie uwierzyli w to, co dzieje się na scenie. Nawet jeśli Giselle w drugim akcie baletu zmienia się w ducha. To trudne, bo przecież mam prawdziwe ciało. Choć tańczyłam tę rolę dawno, pamiętam, że robiłam wszystko, żeby nie było mnie słychać. Poruszanie się na puentach, piruety, wszystko trzeba wykonać delikatnie. Z taką techniką Giselle staje się zjawą.
Z kolei Odetta, która zmienia się w łabędzia, wymaga niesamowitej koncentracji. Może przez to, że zawsze myślę, że nie jestem wystarczająco dobra w technice tańca klasycznego, znajduję sposoby, by wyglądać jak łabędź. Inaczej układam ramiona, pochylam głowę i tych detali wymyślam sobie tak wiele, że staje się to dla mnie ogromnym ciężarem. Po każdym spektaklu schodzę ze sceny rozemocjonowana. Zatańczyć łabędzia to jakby chodzić po linie – to równie trudne i wymagające koncentracji. Kroki, pozy i gesty muszą być precyzyjne do tego stopnia, że każda sekunda ruchu przypomina nawlekanie igły na nitkę.

Za co kochamy romantyczne bohaterki baletów?

W klasycznych historiach baletowych – jak w Śpiącej królewnie – po stu latach snu pojawia się książę na koniu. W prawdziwym życiu to się nie zdarza, ale widownia oczekuje happy endu – tego, co w bajkach najpiękniejsze. W końcu książę musi się zjawić. Od premiery tej historii upłynęło już sto lat, ale my nie zmieniliśmy się aż tak bardzo. Wciąż chcemy mieć nadzieję i wciąż zdarza nam się marzyć.

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie