Rachel Weisz: Lubię być zła!
Kadr z filmu „Faworyta” / fot. materiały prasowe

Rachel Weisz: Lubię być zła!

Zdobywczyni Oscara Rachel Weisz brawurowo zagrała księżną Sarah w „Faworycie”.
10.03.2019

Mariola Wiktor: Rozmawiałyśmy kiedyś o złych wiedźmach, pamiętasz?

Rachel Weisz: (śmiech) No pewnie. To musiało być przy okazji filmu Oz: Wielki i Potężny, w którym zagrałam Evanorę.

Tak. Starałam się wyciągnąć od ciebie, dlaczego lubisz grać złe kobiety.

Evanora była kobietą do gruntu złą, w dodatku czerpała z tego radość. To prawdziwa diablica, notoryczna kłamczucha, narcyz w damskim wydaniu, megalomaniaczka, egoistka. Wcielenie się w taką bohaterkę sprawiło mi ogromnie wiele przyjemności. Naprawdę! Inspiracji szukałam w znakomitym aktorstwie Barbary Stanwyck, która specjalizowała się w graniu niegrzecznych dziewczynek w filmach noir. Barbara miała potem wiele następczyń, między innymi Lanę Turner w Listonosz zawsze dzwoni dwa razy, Faye Dunaway w Chinatown czy Anjelicę Huston w Naciągaczach.

Księżna Sarah Wilby z Faworyty Yorgosa Lanthimosa nie odbiega zbyt daleko od Evanory.

Oj, nie byłabym tego pewna… Tu nie wiadomo, kto kim manipuluje. Kto jest ofiarą, a kto oprawcą? Komu należy współczuć, a kogo potępić? Bohaterki, jak aktorzy w teatrze greckim, co chwila zakładają i zdejmują kolejne maski. Władza przechodzi z rąk do rąk, pożądanie okazuje się równie skutecznym narzędziem kontroli jak przemoc, czułość podszyta jest groźbą. Ów gąszcz dwuznaczności jest świetnym materiałem dla każdego aktora. Sarah jest cyniczną, bezwzględną graczką, która jednak przed mężem i królową Anną potrafi na moment odkryć wrażliwszą część natury. Faworytę można także czytać jako historię silnych kobiet walczących o prawo do samostanowienia w świecie, w którym niemal wszyscy mężczyźni przypominają rozkapryszone bobasy. To również przestroga przed demoralizującym wpływem władzy oraz uzależniającą, destrukcyjną siłą uczuć.

Zastanawiam się, czy radość grania mrocznych, cynicznych, bezwzględnych bohaterek nie wynika ze znużenia powtarzającymi się rolami kobiet silnych, odważnych, szlachetnych, ale nie dość skomplikowanych…

Dlaczego kiedy aktorka gra silne postaci kobiece, tak się to podkreśla, jakby było czymś nadzwyczajnym? A gdy George Clooney albo Michael Fassbender wcielają się w twardych facetów, jest okej? To jakaś dyskryminacja, seksizm. Ale wracając do twojego pytania, wydaje mi się, że moja kariera to jednak ewolucja, a nie powtarzanie tych samych schematycznych postaci. Owszem, nie grałam wcześniej kobiecych szwarccharakterów, choć Miranda z Ukrytych pragnień była prawdziwą suką i to właśnie Bertolucciemu zawdzięczam naukę, jak pokochać postać, której się nie lubi. Nie miałam potem jednak okazji, by to wykorzystać… Moje bohaterki, chociaż piękne i szlachetne, nie były wolne od wątpliwości i słabości. Greta z Kropli słońca, Petula z Pięknych istot albo Tania z Wroga u bram to kobiety tylko pozornie silne, a wewnętrznie słabe, zagubione, rozbite. Intrygowały mężczyzn, jednak to je unieszczęśliwiało. Dlatego zawsze, kiedy dotykał je kryzys, załamywały się, traciły pewność siebie. Lubię postaci pełne sprzeczności, bo jest w nich prawda.

Niedawno zagrałaś w Nieposłusznych Sebastiána Lelio. Co cię w nich zaintrygowało?

Gram kobietę z ortodoksyjnej żydowskiej rodziny, która po latach spotyka swoją pierwszą miłość, też kobietę i też Żydówkę, a na dodatek żonę rabina. Okazuje się, że ich młodzieńcze uczucie przetrwało, ale na drodze staje ortodoksyjna społeczność. To jest film o prawie do miłości, o kobietach, które nie mogą kochać, kogo chcą, ani być tym, kim chcą. Byłam producentką Nieposłusznych i poruszany w nich temat był mi bliski. Wspaniale jest grać w duecie z inną kobietą. Tak wiele mamy filmowych duetów męskich, a kobiecych wciąż za mało. Interesują mnie przyjaźnie kobiet, rywalizacja między nimi, nienawiść, ale i miłość, choć niekoniecznie od razu związki lesbijskie. Granie w takiej parze jest bardzo odświeżające. W filmach mężczyźni posiadają kobiety, a tutaj nie ma czegoś takiego jak posiadanie kogoś. Kiedy kobiety są razem, w ich relacji jest mnóstwo wolności.

Ile z ciebie jest w twoich bohaterkach?

(śmiech) Ja je wszystkie rozumiem i do końca ich bronię, ale prywatnie jestem kimś zupełnie innym. Wiem, czego w życiu chcę, potrafię o to walczyć, jestem zdeterminowana, nie brakuje mi odwagi, by dążyć do wyznaczonego celu. Nie przeżywam aż tylu rozterek co moje bohaterki. Na przykład rola Tessy w Wiernym ogrodniku to był rezultat mojej determinacji, wręcz walki. Kiedy się dowiedziałam, że Fernando Meirelles organizuje casting w Londynie i jest zainteresowany brytyjskimi aktorkami, bez wahania wsiadłam do samolotu w Los Angeles. Miałam dzień przerwy w zdjęciach i tylko godzinę, by spotkać się z reżyserem. Na casting przyszłam pierwsza. Następnego dnia, już z LA, napisałam do Fernanda list, że nie znajdzie lepszej ode mnie aktorki. Kiedy przeczytałam scenariusz, rozpłakałam się jak dziecko, bo to najpiękniejsza historia miłosna, z jaką się zetknęłam.

Lubisz adrenalinę na planie?

Na planie zawsze towarzyszą mi adrenalina i poczucie niepewności. To właśnie jest w moim zawodzie wspaniałe i podniecające. Każda rola to początek czegoś nowego, przygoda, odkrywanie nieznanego. Nowa opowieść, postać, nowe miejsce, czas, reżyser, ekipa, okoliczności. Podróż na inną planetę i próba odkrywania, jak to jest na niej żyć. Nigdy nie wiem, jaki obrót przybiorą sprawy na planie. Czy idą w dobrym, czy w złym kierunku? Najważniejsze to podążać za swoją intuicją. Rzeczy ważne zdarzają się wtedy, gdy porzucamy nasze wyobrażenia.

Słyszałam, że na planie wykłócasz się z reżyserami…

Inaczej się nie da… (śmiech) Lubię takich, z którymi mogę porozmawiać, podyskutować, coś zaproponować. Zwykle jednak reżyserzy nie mają na to czasu, chyba że biorę udział w produkcji niezależnej o niewielkim budżecie. Zawsze, przygotowując się do roli, wymyślam historie mojej bohaterki, zanim jej postać pojawi się w scenariuszu. Cofam czas i wyobrażam sobie jej dzieciństwo i rodzinę, która ją ukształtowała. To bardzo pomocne ćwiczenie, ale potrzebuję porozmawiać o tym z reżyserem. Fernando Meirelles lubił próby i dyskusje z aktorami, za to Darren Aronofsky miał totalnie inną metodę, do której musiałam się dostosować. I nie żałuję! Darren doprowadzał aktora do punktu, w którym tracił on świadomość tego, co gra, po to by wydobyć z niego autentyzm roli. Udaje mu się przy tym realizować zachwycające wizje filmowe. Źródło to film, który nie powstałby bez jego niesamowitej pasji, cierpliwości i determinacji.

Z Lanthimosem jest inaczej niż z innymi reżyserami?

On właściwie nie udziela aktorom żadnych wskazówek. Nie mówi na przykład: „powiedz to z kamienną twarzą” albo „powiedz to tak, aby zabrzmiało płasko, bez wyrazu, jakby od niechcenia”. Nie analizuje z nami motywacji bohaterów. Nie wiem, jak on to robi, ale nie reżyserując nas, jednocześnie reżyseruje film bardzo dokładnie. Paradoksalnie nie ma w tym sprzeczności.

Komunikuje się z aktorami pozawerbalnie?

Jeśli nie osiąga dokładnie tego, czego chce, każe nam powtarzać ujęcia czy sceny dopóty, dopóki nie będzie zadowolony. I tyle… (śmiech) Oczywiście nie jest tak, że przychodzimy na plan zupełnie nieprzygotowani. Znamy dobrze scenariusz i nasze dialogi. Przed zdjęciami mamy trzytygodniowe próby. Jeździmy konno, strzelamy, przymierzamy kostiumy, ćwiczymy swoje kwestie. Mówimy je bardzo szybko albo stojąc na rękach, albo wyrabiając ciasto na precle…

Słucham?

Tak, Lanthimos zaleca takie ćwiczenia. Nie żartuję! Dzięki nim dochodzimy do punktu, w którym odruchowo wszystko robimy w sposób przerysowany, śmieszny. Takiego efektu pewnie byśmy nie osiągnęli, gdybyśmy konwencjonalnie ćwiczyli w domu przed lustrem. Masz kawałki masła na twarzy i ręce w mące, a jednocześnie powtarzasz swoje kwestie dramatycznym tonem. W teatrze miałam podobne eksperymentalne próby, ale nigdy czegoś takiego nie doświadczyłam w kinie.

Zawsze kojarzyłaś mi się z aktorką dramatyczną, nie komediową.

Ja też tak siebie postrzegam, ale lubię taki rodzaj absurdalnej komedii, jaką serwuje Lanthimos. Tak naprawdę nasze życie jest pełne niedorzeczności. Ludzie często zachowują się nieracjonalnie, są śmieszni, paradoksalnie szczególnie wtedy, gdy próbują być poważni. Kiedy grasz w komedii, wcale nie starasz się być zabawny. Śmiesznie jest bowiem wtedy, gdy aktor gra postać serio.

Twój ojciec jest Węgrem, a matka Austriaczką. Czy dlatego nie przywiązujesz się do miejsc, lubisz podróże i odpowiada ci życie w wielokulturowym Nowym Jorku?

Pewnie coś w tym jest. Lubię się włóczyć po świecie. Uwielbiam zwłaszcza Maroko i cały kontynent afrykański oraz Japonię. Zanurzanie się w tamtejsze kultury to jak oddech świeżego powietrza, możliwość duchowego rozwoju. Zaczęłam stosować wschodnie metody leczenia i uprawiać jogę. Ciągle jednak z przyjemnością wracam do mojego mieszkania w Nowym Jorku. Kocham Nowy Jork, bo tutaj wszyscy są skądś. To miasto tygiel, świat w pigułce, mieszanka etniczna i narodowościowa, która daje wspaniałą energię. Lubię nowojorskie knajpki, galerie, księgarnie, chińską dzielnicę. Nie czuję się przy tym ani Amerykanką, ani Brytyjką, choć urodziłam się w Londynie, ani po moich przodkach Austriaczką czy Węgierką. Zawód aktorki daje mi swobodę podróżowania i doświadczania. Jest ponadnarodowy. Czuje się cząstką ludzkiej wspólnoty.

Twój ojciec nie chciał, byś została aktorką. Dlaczego?

Sądził, że nie dam sobie rady psychicznie. Czuł, że aktorstwo to bardzo niepewny sposób na życie, i bał się, że jeśli coś pójdzie nie tak – a jest to faktycznie kapryśne zajęcie – załamię się, nie wytrzymam. Dziś wiem, że kierowała nim troska. Poza tym jako Żyd uważał – i to jest, jak potem odkryłam, dość powszechne zjawisko w Hollywood – że dziewczęta z dobrych żydowskich domów nie powinny uprawiać tego zawodu. Był przekonany, że aktorstwo to forma sprzedawania za pieniądze siebie, swojego wizerunku, ciała i emocji, coś w rodzaju prostytucji. Chciał, żebym miała poważny zawód prawniczki lub lekarza.

No ale w końcu nie powinien cię aż tak potępiać, skoro studiowałaś literaturę w Cambridge. Niewiele aktorek może się pochwalić dyplomem tej uczelni.

A ty myślisz, że wykształcenie pomaga w aktorstwie?

Nie sądzę, by przeszkadzało.

(śmiech) Ja z kolei nie zaprzeczę, że czytanie poszerza horyzonty, uwrażliwia, wzbogaca, uczy niezależności i krytycznego myślenia. Jednak uniwersyteckie wykształcenie nie jest warunkiem koniecznym bycia dobrym aktorem. Co więcej, myślę, że lepiej, by aktor nie był intelektualistą. Ten zawód to intuicja i instynkt. W czystej postaci. Albo to masz albo nie. I studia nic do tego nie mają. Aktor musi otworzyć się na postać, dać się jej porwać. Kiedy jest na scenie lub w obiektywie kamery, musi zapomnieć o otaczającym go świecie.

Oscar za rolę w Wiernym ogrodniku zmienił twoją karierę?

Dał mi większą możliwość wyboru. Kiedy byłam młodsza, myślałam, że Oscar to więcej doświadczeń i pieniędzy. Wszystko prawda. Ale nie wiedziałam wtedy, że wybieranie kolejnych ról po tej nagrodzonej jest takie trudne. Staram się iść za pasją. Ludzie wierzą ci, kiedy dostajesz Oscara, bardziej ci ufają i chętnie w ciebie inwestują, ale właśnie dlatego spoczywa na tobie większa odpowiedzialność za wybory, jakich dokonujesz.

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie