Rozmawiamy z Léą Seydoux, najsłynniejszą obecnie gwiazdą francuskiej kinematografii
fot. Mathieu Cesar

Rozmawiamy z Léą Seydoux, najsłynniejszą obecnie gwiazdą francuskiej kinematografii

Muza projektantów i kina wysokiej próby nie boi się mówić prawdy prosto w oczy. I tej prawdy poszukuje w filmach.
24.03.2019

Kino ma zapisane w genach. Dziadek Léi Seydoux, Jérôme, producent filmowy, był prezesem legendarnej wytwórni filmowej Pathé. Rodzice natomiast dbali, żeby dorastała w towarzystwie artystów, między innymi Lou Reeda, Micka Jaggera i Christiana Louboutina. Dziś o 33-letnią Francuzkę, dziewczynę Bonda i twarz perfum Prady, walczą najwięksi w branży. Aktorka właśnie bierze udział w zdjęciach do filmów The French Dispatch Wesa Andersona oraz Roubaix, une lumière Arnauda Desplechina. Ostatnio oglądaliśmy ją w Kursku Thomasa Vinterberga, w którym wystąpiła u boku Colina Firtha. To zapis tragicznej historii rosyjskiego okrętu podwodnego, na którego pokładzie w 2000 roku doszło do eksplozji. W jej wyniku zginęło 118 członków załogi. Léa wcieliła się w Tanię Kalekow, wdowę po zmarłym marynarzu.


Anna Tatarska: Thomas Vinterberg jest współtwórcą manifestu Dogma 95 i jednym z bardziej uznanych duńskich reżyserów. Na planie Kurska spotkaliście się po raz pierwszy?

Léa Seydoux: Mijaliśmy się na festiwalach, ale nie było okazji porozmawiać. Perspektywa wspólnej pracy była ekscytująca, bo cenię jego kino. Szczególnie przemówiło do mnie Polowanie z magnetyczną rolą Madsa Mikkelsena. Thomas doskonale prowadzi aktorów i potrafi wydobyć człowieczeństwo swoich postaci, co dla aktora jest wspaniałym doświadczeniem.

Zanim ruszyły zdjęcia, miała pani styczność z wdowami po marynarzach z „Kurska”?

Nie spotkałam żadnej z nich, za to poznałam admirała, który uczestniczył w tamtej operacji i pomagał podczas zdjęć. Obejrzałam stosy fotografii i materiałów dokumentalnych z udziałem osoby, która zainspirowała moją postać. Na YouTube można znaleźć sceny, które zostały potem właściwie jeden do jednego przełożone do filmu, na przykład moment konferencji prasowej, gdy dochodzi do buntu matek. Jest jeszcze taki dokument, w którym jedna z żon opowiada o liście napisanym do niej przez znajdującego się na „Kursku” męża.

Fabuła oparta jest na faktach. To dla pani miało znaczenie?

Zawsze najbardziej interesują mnie filmy, które są nie tyle o rzeczywistości, ile o prawdzie. Bo to nie jest tożsame. W przypadku Kurska historia była prawdziwa, a całe wyzwanie polegało na tym, żebym i ja taka była.

Zagrała pani Tanię Kalekow, kobietę oczekującą drugiego dziecka, której mąż jest uwięziony na łodzi podwodnej. Dla młodej matki (Léa ma dwuletniego synka, przyp. red.) to musiało być mocne przeżycie.

Nie wierzę, że rolę się tylko gra. Że się przyjeżdża na plan, wciela w bohatera, a potem pa, pa i do domu. Na planie zawsze odgrywamy jakąś część siebie. Zdjęcia się zaczęły, gdy moje dziecko miało kilka miesięcy. Wiem, co znaczy być matką, więc empatia, jaką darzę tę kobietę, ma inny wymiar.

Szuka pani ról odległych od tego, kim jest na co dzień, czy woli znajdować z postaciami punkty wspólne?

Decyduję się na rolę, jeśli czuję, że będę miała możliwość ją zagrać, coś jej dać od siebie. Zdarza się, że myślę: nie dam rady. Wtedy rezygnuję. A jeżeli mówię „tak”, zawsze muszę próbować okiełznać siebie. Jako aktorka jestem trochę jak malarz przed płótnem albo pisarz przed białą kartką. Nigdy nie wiem, co z tego wszystkiego wyniknie, i nierzadko bywam autentycznie zaskoczona tym, co się na końcu pojawia.

Przez ostatnie lata pracuje pani niemal wyłącznie z międzynarodowymi ekipami. To trudniejsze niż francuski plan?

Nie. I naprawdę to lubię. Od dawna powtarzam w wywiadach, że nie lubię być wyłącznie Francuzką i francuską aktorką.

Francja wydaje się krajem bardziej wyemancypowanym niż patriarchalna Ameryka.

Może rzeczywiście coś w tym jest. Na pewno USA różni się od Francji. Panuje tam terror kapitalizmu. Efektywność jest bożkiem, ta amerykańska presja na wyrabianie planu jest niemal histeryczna. Na kobiety też się naciska, wywiera na nie presję. We Francji nie jest to tak odczuwalne.

Macie Isabelle Huppert, która skończyła 65 lat, a wciąż gra atrakcyjne kobiety mające życie seksualne. W Hollywood to wiek odpowiedni do odgrywania roli babci.

To kwestia kultury, ale jest w tym sprzeczność, bo jednocześnie w Stanach możesz stać się tym, kim chcesz. Jeśli jesteś inny, to nadaje się wartość twoim słabościom. Amerykańskie społeczeństwo, co widać na przykładzie prezydenta, tworzy kulturę ekstremów. We Francji kultura jest mniej kapitalistyczna, a bardziej socjalna.

Jakiś czas temu opowiedziała pani o swoich doświadczeniach z Harveyem Weinsteinem, który panią napastował. Wymagało to dużej odwagi?

Protest przeciwko takim praktykom nie powinien przebiegać wyłącznie na poziomie dyskursu, trzeba działać. Lubię kierować się instynktem, a że byłam naprawdę wściekła, zaczęłam stukać w klawiaturę. Powstał tekst. Tak jak wiele innych kobiet, które nie od razu zgłosiły sprawę policji czy opowiedziały o niej mediom, bałam się, że ludzie powiedzą: „Zwariowałaś, czemu nie mówiłaś nic wcześniej?”. Ale gdy tekst się już ukazał, przeważały opinie, że dobrze zrobiłam. Było to dla mnie ciekawe doświadczenie również dlatego, że pamiętam, jak zabrałam głos w czasie promocji filmu Kechiche’a Życie Adeli, za co zostałam ostro skrytykowana. A też chodziło o molestowanie.

Powiedziała pani wtedy, że czuła się na planie jak prostytutka. Reżyser groził pozwem.

„Przecież w Cannes go tak całowałaś”, słyszałam. Gdy w Cannes prezentowano film, musiałam utrzymywać ten fałszywy obrazek. Po tym, jak opowiedziałam o jego okropnym zachowaniu na planie, Kechiche bronił się, twierdząc, że mówię to, bo jestem rozpuszczoną bogaczką. Z rozmowy o molestowaniu zrobił kwestię klasową, ponieważ we Francji mamy na tym punkcie obsesję. To szaleństwo! Ale nawet gdybym była panienką z wyższych sfer, nie mogłabym powiedzieć, że mnie napastowano? Absurd, jednak niektórzy dziennikarze się w to włączyli. Zostałam fatalnie potraktowana przez prasę. Na szczęście z czasem wątpliwości co do mojej wersji wydarzeń zniknęły.

Czy sądzi pani, że ruch #MeToo doprowadzi do zmiany w sposobie traktowania kobiet w branży czy to kolejny slogan?

Tego nie wiem, ale nie dziwi mnie, że ta akcja miała początek w USA. Gdy jestem w Stanach, jako kobieta czuję się źle. W Hollywood musisz być idealna. Widać, że kobiety czują tę presję. Postawa Amerykanek jest w jakiś sposób dwuznaczna. Pragną równości, a jednocześnie robią sobie operacje. Do tego stopnia, że kiedy na ekranie widzę amerykańską aktorkę, często wydaje mi się, że nie mam do czynienia z prawdziwą ludzką istotą. Naprawdę nie musimy być takie… Najpierw powinnyśmy spróbować być nieco silniejsze i zaakceptować to, jakie jesteśmy.

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie