Rozmawiamy z Anną Mantzaris, autorką animacji, o których jest teraz głośno
Kadr z filmu „Enough” w reżyserii Anny Mantzaris / fot. materiały prasowe

Rozmawiamy z Anną Mantzaris, autorką animacji, o których jest teraz głośno

Swoją animacją „Enough” pokazała to, o czym w szarzyźnie dnia codziennego myślimy wszyscy.
07.04.2019

Animacje Anny Mantzaris fenomenem Internetu

Pierwsza myśl? Animacje są przecież dla dzieci. Otóż nie, czego dowodem są kolejne znakomite produkcje skierowane do dorosłych odbiorców. Do nich swoją pracę adresuje również Anna Mantzaris, pochodząca ze Sztokholmu reżyserka zajmująca się animacją poklatkową. Jej filmy zdobywają nagrody na najważniejszych festiwalach, współpracowała między innymi z Wesem Andersonem. Nam opowiada o tym, jak powstają kukiełki i jak ważna jest dziś animacja.

Maja Chitro: Jesteś cierpliwa?

Anna Mantzaris: (śmiech) Jestem!

Cierpliwość jest potrzebna, żeby spędzić pół roku na codziennej pracy nad niewiele ponaddwuminutowym filmem. Dlaczego to trwa tak długo?

Wiem, to brzmi niewiarygodnie, ale w końcu się do tego przyzwyczajasz. A dlaczego tak długo? Jest wiele powodów. Wszystko musi być stworzone, od laleczek po całe środowisko, w którym ożyją. Kukiełki też nie są zwyczajne – muszą mieć metalowy lub aluminiowy szkielet. To istotne, bo dzięki temu możesz upozować je tak, jak sobie życzysz, a one w tych pozach zostają. W animacji poklatkowej musisz poruszać każdą laleczką, zrobić jej zdjęcie, przesunąć, zrobić kolejne i tak dalej. Tak tworzysz ruch i odgrywasz cały scenariusz. Jedna sekunda animacji to 25 zdjęć.

Ile sekund dziennie udaje ci się zrobić?

Jeśli uda się zrobić 5 sekund, czyli 125 zdjęć, jestem zadowolona. Jednocześnie myślę o czasie, w jakim mają poruszać się laleczki. To ważne, bo nie da się filmować żadnych dodatkowych ujęć, jak to się robi w klasycznych filmach, żeby móc później ciąć odpowiednie sceny. Od początku trzeba wiedzieć dokładnie, jak ma wyglądać animacja, by nie tracić ani chwili – dlatego najpierw szkicuję każdą scenę.

Wymaga to pełnej koncentracji. Na pewno więc przychodzą chwile, gdy masz wszystkiego dość. Ale co musiało się stać, że zdecydowałaś się stworzyć wokół tego tematu całą animację, którą nazwałaś Enough (dość – tłum. red.)?

(śmiech) Nic strasznego. Po prostu interesują mnie ludzkie zachowania i reakcje, szczególnie w przestrzeni społecznej. Od dawna chodziła mi po głowie historia o kimś, kto się buntuje przeciwko prozie życia. Miałam kilka pomysłów, ale w końcu postanowiłam, że zamiast jednej historii stworzę animację złożoną z momentów pokazujących ludzi, którzy decydują się na desperackie posunięcia, do czego doprowadza ich życie. Chodzi o momenty utraty samokontroli, emocjonalnej anarchii. W Enough ważna jest także kolejność ujęć. Od umiarkowanie spokojnych, przez eskalację, aż po moment wyciszenia. Kiedy robiłam rozeznanie, pytałam ludzi, co byliby w stanie zrobić postawieni w podbramkowej sytuacji, przeglądałam też fora internetowe, gdzie odbywały się długie dyskusje, na przykład o wyskakiwaniu z jadącego auta w wyniku trudnej sytuacji…

fot. materiały prasowe

Gdy oglądałam Enough tuż po podróży autobusem miejskim, w którym jeden z pasażerów raczył innych nadzwyczaj głośną intymną rozmową telefoniczną, uśmiechałam się sama do siebie. Enough to jakby katharsis. Taki był cel?

Właśnie tak! Chciałam, żeby ludzie poczuli katharsis, ulgę. Miało być zabawnie, a jednocześnie dość mrocznie. I pomyśl, jak to działa – nie jesteś sama. Wszyscy mamy takie myśli!

Enough stworzyłaś po pierwszym roku studiów na londyńskim Royal College of Art. Dlaczego zdecydowałaś się na naukę właśnie tam?

Bardzo podobały mi się filmy studentów i absolwentów tej uczelni – ekscentryczne, inne niż wszystkie. Dlatego postanowiłam, że zrobię tam studia magisterskie. W Royal College of Art uczą nowego podejścia do filmu, do opowiadania historii, zachęcają do eksperymentów.

Przed Enough było But Milk Is Important (Lecz mleko jest ważne – tłum. red.). To twoja pierwsza ważna animacja?

Tak, to pierwszy film, jaki napisaliśmy i wyreżyserowaliśmy razem z kolegą, Eirikiem Grønmo Bjørnsenem. Był 2012 rok, robiłam właśnie licencjat. Ten projekt odniósł wielki sukces i otworzył wiele drzwi. To historia o człowieku, który boi się ludzi. Pewnego dnia w jego życiu pojawia się puchata istota, która chodzi za nim wszędzie, zachęcając go do uczestniczenia w różnych sytuacjach wymagających kontaktów społecznych.

Mówiąc o otwieraniu drzwi, masz na myśli współpracę z Wesem Andersonem nad Wyspą psów?

Tak. Pracowałam tam w departamencie animacji niemal cztery miesiące. Uwielbiam filmy Andersona, więc tym bardziej cenię sobie fakt, że mogłam doświadczyć na własnej skórze, jak wygląda wspólna praca. Choć nie było to łatwe zadanie. Oprócz głównego bohatera Atariego i czterech psów reszta kukiełek była tak mała, że musiałam animować je za pomocą pęsety.

A jak powstają twoi bohaterowie?

Uwielbiam takich, którzy wyglądają dziwnie, a jednocześnie bardzo ludzko. Są sympatyczni, ale niedoskonali. Żadnych superbohaterów, raczej postaci, które mają naprawdę zły dzień. Zaczynam od szkiców, dzięki czemu znam już ich rozmiar i kształt. Myślę nad osobowością i zachowaniem, które pasowałoby do historii. Kukiełki zazwyczaj robię sama, chyba że współpracuję z większym zespołem i kto inny jest za nie odpowiedzialny, jak w przypadku bożonarodzeniowego filmiku dla Greenpeace – wtedy moje szkice muszą być bardzo konkretne. Lalki zrobione są z pianki, która zapamiętuje kształt. Potem używam różnych materiałów, żeby zrobić skórę, włosy i ubrania. W stopy wkręcam śrubki, by kukiełki solidnie przytwierdzić do stołu.

Jesteś z nimi emocjonalnie związana? Gdzie trafiają po skończonym projekcie?

Trochę się do nich przywiązuję. Zwykle po zakończeniu zdjęć pozbywam się całego planu, zatrzymuję tylko kukiełki, które wciąż są w dobrej kondycji. Ale w Enough, gdzie jest wielu bohaterów, używałam wielokrotnie jednej kukiełki, która stawała się różnymi bohaterami, dodawałam tylko nowe włosy i ubrania. Przez to mocno się zużyły, więc po skończeniu filmu większość z nich rozpadła się na kawałki.

Specjalizujesz się w animacji poklatkowej, dlaczego wybrałaś właśnie tę technikę? Jest bardziej osobista?

Zawsze lubiłam budować, kleić. To o wiele ciekawsze niż spędzanie nieskończenie wielu godzin przed komputerem. Używasz rąk, pracujesz z materią. A potem całość ożywa!

Historia animacji sięga słynnego chińskiego teatru cieni. Jak ma się animacja dzisiaj?

Świetnie. Powstają wspaniałe produkcje, a animacja poklatkowa jest coraz bardziej popularna. Widać to w reklamie, teledyskach. To naturalny zwrot, bo gdy już wszystko można zrobić za pomocą komputera, zainteresowanie skupia się na czymś bardziej organicznym. Dzięki technologii mamy coraz więcej możliwości, jak druk 3D, laserowe wycinanie. Z drugiej strony animacja jest niedoinwestowana, niestety. Wielu wciąż myśli, że chodzi o produkcję dla dzieci…

Czego nigdy nie będziesz miała dość?

Uwielbiam tworzyć nowe światy i bohaterów. Mogę to robić w nieskończoność. Równie pociągająca jest zmienność, która temu towarzyszy. Powstaje tak wiele doskonałych filmów krótkometrażowych. Wciąż coś nowego do odkrycia. Tego nigdy nie będę miała dość! 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie