Rozmawiamy z Lukasem Dhontem, reżyserem filmu „Girl”, który właśnie w kinach
Lukas Dhont / fot. Kris De Witte

Rozmawiamy z Lukasem Dhontem, reżyserem filmu „Girl”, który właśnie w kinach

Debiutem 27-letniego reżysera zachwycają się wybitni twórcy kina.
06.04.2019

Jego film Girl o młodej tancerce, która urodziła się jako chłopiec, zdobywa kolejne nagrody i rozpoczyna ważną społecznie dyskusję.

 

Piotr Czerkawski: Opowiadana w Girl historia nastolatki uwięzionej w ciele chłopca opisuje sytuację radykalną, ale dotyka jednocześnie uniwersalnych dylematów wieku dojrzewania. A jakie są twoje wspomnienia z tamtego okresu?

Lukas Dhont: Mam 27 lat. Doskonale pamiętam swój okres dojrzewania i silne pragnienie akceptacji. Gdy 10 lat temu po raz pierwszy trafiłem w gazecie na historię Nory, 15-letniej tancerki baletowej, która urodziła się jako chłopiec, dotarło do mnie, że ma to, czego mnie samemu trochę brakowało – odwagę, by żyć w zgodzie ze sobą. Od tego momentu minęło sporo czasu, a Nora, która stała się pierwowzorem bohaterki filmu, Lary, wciąż stanowi dla mnie źródło inspiracji.

Lars Von Trier, jakiego nie znacie.

Jak Nora zareagowała na gotowy film?

Na szczęście bardzo jej się podobał. Brała zresztą aktywny udział w jego powstawaniu. Zaprzyjaźniliśmy się. Od początku wiedziałem, że Nora będzie najważniejszym widzem Girl, kiedy więc obejrzała film po raz pierwszy i powiedziała, że podczas seansu poczuła coś w rodzaju katharsis, wiedziałem, że to najpiękniejszy komplement z możliwych.

Na razie brzmi to wszystko jak sielanka. Czy miałeś jakieś trudności z realizacją tego filmu?

Było ich całe mnóstwo. Przede wszystkim realizacja pełnometrażowego debiutu okazała się jedną wielką huśtawką nastrojów. Ponieważ brak mi jeszcze doświadczenia i wynikającej z niego pewności siebie, momentami czułem się jak geniusz, by po chwili odnieść wrażenie, że jestem zupełnym beztalenciem.

Kadr z filmu „Girl” / fot. materiały prasowe

Co stanowiło dla ciebie największe wyzwanie na planie?

Praca z aktorami. Moment, gdy te wszystkie zdania, które napisałem, nabierają życia i zostają przez kogoś wypowiedziane na głos, był absolutnie kluczowy dla powodzenia filmu. Stresowałem się tą konfrontacją, bo gdybym uznał, że dialogi albo zaaranżowane przeze mnie sytuacje wypadają sztucznie, oznaczałoby to, że zmarnowałem kilka lat swojego życia, a film nadaje się do kosza.

To, że tak się nie stało, jest w dużej mierze zasługą odtwórcy głównej roli – tancerza Victora Polstera, który za rolę Lary zbiera zasłużone komplementy na całym świecie.

Gdy zobaczyłem Victora po raz pierwszy, pomyślałem, że będzie idealną Larą. Nie pomyliłem się, bo Victor dał bohaterce bardzo wiele siebie – wyposażył ją w swoją naturalną elegancję, która świetnie kontrastowała z wybuchowym charakterem tej postaci.

Widzowie będą w stanie zrozumieć i zaakceptować Larę?

Przede wszystkim mam nadzieję, że dostrzegą w niej bohaterkę z krwi i kości. Scena, w której Lara mówi: „Nie chcę być przykładem na cokolwiek, chcę po prostu być dziewczyną”, należy, moim zdaniem, do najważniejszych w filmie.

Choć Lara daje się lubić, ma też wady, takie jak gwałtowność czy brak cierpliwości.

To chyba uniwersalna cecha wieku dojrzewania. Gdy byliśmy nastolatkami, wszyscy woleliśmy wychodzić przed szereg, niż grzecznie stać w kolejce.

Nad Girl pracowałeś 10 lat. Czy w tym czasie twoje myślenie o filmie jakoś się zmieniało?

Napisałem aż 25 wersji scenariusza. To sporo, ale nie mogło być inaczej, bo przez dekadę zdobyłem sporo doświadczeń. Pierwsze wersje tekstu były przesiąknięte gniewem, jednak z biegiem czasu złagodniałem i ten gniew zmienił się w ciepło i wyrozumiałość. Przez cały ten czas pamiętałem też, że zależy mi na filmie, który okaże się czymś więcej niż tylko kolejną opowieścią o dojrzewaniu. Potem zacząłem coraz częściej myśleć o Girl jako o współczesnej baśni. Coraz ważniejsze stawało się dla mnie to, że historia rozgrywa się akurat w tak barwnych i skomplikowanych realiach jak świat baletu.

Co właściwie pociąga cię w tym świecie?

Złożony stosunek do ciała, które jest tu uwznioślane, stanowi źródło piękna i subtelności. A z drugiej strony, żeby osiągnąć ten efekt, tancerze muszą być dla siebie okrutni, ich dążenie do osiągnięcia perfekcji często jest okupione cierpieniem, wywołuje fizyczny ból.

Świat baletu poznałeś jeszcze przed rozpoczęciem pracy nad Girl?

Tak, i to dość dobrze. Poświęciłem baletowi dwa filmy krótkometrażowe, a w czasie studiów skorzystałem z możliwości odbycia stażu w szkole baletowej. Dzięki temu zachwyciłem się tańcem jako sposobem komunikacji, przekazywania znaczeń bez użycia słów.

Kadr z filmu „Girl” / fot. materiały prasowe

Myślisz, że taniec i kino mają ze sobą wiele wspólnego?

I w jednym, i w drugim chodzi przecież przede wszystkim o ruch. Uwielbiam na przykład sposób, w jaki kamera „tańczy” w filmach moich rodaków, braci Dardenne. Wszyscy patrzą na ich kino przez pryzmat jego społecznego zaangażowania i zapominają, że to świetni styliści. Gwałtowne, rozedrgane ruchy kamery w tych filmach mówią wszystko o chaosie i zagubieniu, z jakim zmagają się ich bohaterowie.

Lara w Girl również jest zagubiona, ale ma to szczęście, że może liczyć na kochającego, wyrozumiałego ojca.

Chciałem uniknąć klisz z wielu filmów o tematyce LGBT, zgodnie z którymi ojcowie takich postaci okazują się najczęściej nieczułymi, aroganckimi potworami. Tego typu sytuacje oczywiście się zdarzają, ale wcale nie muszą być regułą. Równie często ojcowie takich dzieci wspierają je i kochają bezwarunkowo. Do takich należy właśnie tato Nory. Taki jest też mój ojciec. Cieszę się, że coraz częściej tacy bohaterowie zaczynają pojawiać się w filmach. Wystarczy wspomnieć choćby postać ojca z Tamtych dni, tamtych nocy Luki Guadagnino. Monolog, który wygłasza pod koniec filmu, jest jedną z najlepszych scen, jakie widziałem w kinie w ciągu kilku ostatnich lat.

Zarówno Tamte dni, tamte noce, jak i Girl opowiadają historie uprzywilejowanych bohaterów mieszkających w liberalnych krajach Europy Zachodniej. Jestem pewien, że gdyby ktoś taki jak Lara urodził się w Polsce, miałby w życiu zdecydowanie trudniej.

Zapewne masz rację, uczciwość jednak wymagała, żebym pokazał na ekranie świat, który dobrze znam i w którym się wychowywałem. Zresztą naiwnością byłoby sądzić, że ludzie żyjący w liberalnym społeczeństwie i we względnym dobrobycie zawsze są szczęśliwi i nie miewają zmartwień. Wiem, co mówię, bo sam miałem spore kłopoty z akceptacją własnej seksualności. Co z tego, że ludzie wokół mi sprzyjali, jeśli problemy tkwiły we mnie, a nie w nich?

Sukces, który osiągnąłeś dzięki Girl, dodał ci pewności siebie?

Zdecydowanie. Kiedy zaczynałem pracę nad filmem, nie miałem pojęcia, że dzięki niemu pojadę na festiwal do Cannes i otrzymam nominację do Złotego Globu. Nie to jest jednak najważniejsze. Bardziej liczy się to, że sukces Girl utwierdził mnie w przekonaniu, że również w przyszłości nie trzeba będzie się spieszyć, że lepiej pozwolić projektom dojrzewać w swoim wnętrzu i robić filmy głęboko osobiste.

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie