W nawiązaniu do londyńskiej wystawy przypominamy kultowy film Stanleya Kubricka
Kadr z filmu „2001: Odyseja kosmiczna” / fot. Getty Images

W nawiązaniu do londyńskiej wystawy przypominamy kultowy film Stanleya Kubricka

Choć od premiery filmu „2001: Odyseja kosmiczna” minęło pół wieku, wciąż myślimy o znaczeniu czarnego monolitu.
26.04.2019

W Design Museum w Londynie 26 kwietnia rozpoczyna się wystawa poświęcona jednemu z najważniejszych współczesnych reżyserów: Stanley Kubrick: The Exhibition. Z tej okazji wspominamy jeden z jego najsłynniejszych filmów. 

Stanley Kubrick na planie Odysei kosmicznejStanley Kubrick na planie „Odysei...” / fot. Getty Images

 

2001: Odyseja kosmiczna – kultowy film Stanleya Kubricka

„Z jakiegokolwiek poziomu byśmy spoglądali, nigdy nie zobaczymy dookoła więcej, niż znajduje się w nas samych”, pisał Adam Wiśniewski-Snerg w książce Robot, wydanej dokładnie pięć lat po premierze 2001: Odysei kosmicznej. I trudno mi znaleźć trafniejszy cytat, który tak dobrze wprowadzałby widza w głąb tego obrazu człowieka, szkicowanego z przeszłości, teraźniejszości i przyszłości przez 2 godziny i 44 minuty.

Kino science fiction z lat 60. i 70. ma podobny schemat wykorzystania koloru i wydłużania scen. Zanim zobaczyłam Odyseję, raczyłam się kultowym, choć o wiele mniej znanym Światem na drucie w reżyserii Rainera Wernera Fassbindera. Dziś myślę, że to dobrze, że oglądałam oba filmy w tej kolejności. Przeciągniętymi, niemal niemymi scenami Fassbinder testował widza (przez 3 godziny i 25 minut), więc Kubrick nie mógł mnie już przestraszyć. Rozwleczona do granic możliwości narracja przestała się dłużyć. Poza tym uświadomiło mi to, że u Kubricka czas nie istnieje. Istnieją za to strach i zachwyt. I wysokie ambicje w każdej warstwie: muzycznej, wizualnej, aktorskiej, przy czym w wypadku tej ostatniej są ściśle związane z metodyką pracy reżysera. Na planie czerpał radość – a przede wszystkim inspirację – ze skłócania aktorów. Niemal każdego dnia doprowadzał do wybuchu emocji, często agresywnych i niekontrolowanych. To czuć. Wystarczy zwrócić uwagę na obecne we wszystkich filmach Kubricka sceny okrucieństwa i precyzję ich choreografii, z wydłużającą się niewygodą, odczuwaną nie tylko przez aktorów, ale też widzów.

2001: Odyseja kosmiczna to filozoficzna opowieść złożona z trzech aktów. W roku premiery Kubrick, pytany o swoją produkcję, tak bardzo trudną do zanalizowania, odpowiadał: „Macie prawo spekulować o filozoficznym i alegorycznym sensie filmu. Dlatego nie chcę podawać mapy dla 2001, według której każdy widz będzie czuł się zobligowany podążać, żeby niczego nie przegapić”. Twórca miał czas, żeby się nad Odyseją poważnie zastanowić. Kończył właśnie 40 lat, a Doktorem Strangelove, Lolitą czy Spartakusem dał się już poznać jako reżyser wymagający wobec widzów i wobec siebie. Jednak dopiero Odyseją wystrzelił nas w kosmos, w którym maszyny wirują w rytm walca Straussa Nad pięknym modrym Dunajem. Żadna to wzniosła metafora – scenie dokowania stacji obracającej się wokół własnej osi słynna klasyczna kompozycja towarzyszy dlatego, że moment ten skojarzył się Kubrickowi z tancerkami krążącymi po sali balowej. W ogóle muzyka ma w Odysei kluczowe znaczenie, tworzy wszystkie nastroje, a w trakcie oszczędnych dialogów wymownie głuchnie. To innowacyjne podejście do muzyki poważnej, która wpływa na odbiór opowieści.

Kadr z filmu 2011: Odyseja kosmicznaKadr z filmu „2001: Odyseja kosmiczna” / fot. Getty Images

Przez pierwszy miesiąc od premiery filmu, promowanego jako „rozrywka dla całej rodziny”, widzowie dopisywali, powiedzmy, umiarkowanie. Na szczęście rok 1968 był czasem rock’n’rolla i ruchów hipisowskich, z czym wiązała się skłonność do koloryzowania rzeczywistości używkami: marihuaną lub LSD. Jak się okazało, właśnie ta niespodziewana publiczność – odpowiednio zawczasu odurzona – zaczęła szturmować sale kinowe, ku zdumieniu wytwórni i samego Kubricka, który w wywiadzie udzielonym magazynowi Rolling Stone wyjaśniał: „Film nigdy nie miał być symbolem tripu po LSD”. Co z tego? David Bowie wspominał, że przed seansami częstował się marihuaną (zainspirowany obrazem, rok później wydał jeden z najważniejszych swoich albumów, Space Oddity), a John Lennon przyznał, że przez pewien czas nie było tygodnia, żeby nie oglądał Odysei. Podobnie wspominała ją Małgorzata Braunek, która zetknęła się z filmem po raz pierwszy na festiwalu w Rio. W wywiadzie rzece Jabłoń w ogrodzie, morze jest blisko przyznała, że Roman Polański powiedział jej, że „bez trawy nie powinno się tego filmu oglądać”. A przecież on „wiedział, jak należy oglądać filmy”. Skąd pomysł, żeby Odyseję oglądać na haju? Myślę, że wiem. Wystarczy przypomnieć sobie słynną dziewięciominutową psychodeliczną scenę przejścia głównego bohatera, Dave’a Bowmana, przez Gwiezdne Wrota w drodze na Jowisz, kiedy kolory zmieniają się jak w kalejdoskopie. Sama, oglądając ją z zupełnie trzeźwym umysłem, po pięciu minutach zaczęłam poważnie zastanawiać się nad tym, jak długo jeszcze mój mózg będzie się opierał halucynacjom?

Design w Odysei kosmicznej

W tej całej panoramie przeżyć nie można zapomnieć o designie – od eksperckiego podejścia do projektów samych statków kosmicznych (docenionego przez NASA), przez wyposażenie wnętrz, po stroje. Lata 60. to przecież rywalizacja między ZSRR i USA w podboju kosmosu i wyścig zbrojeń. A w popkulturze – mocny modernistyczny nurt space age w modzie i architekturze. Kubrick korzystał z niego chętnie, gromadząc na planie sztućce Arnego Jacobsena z 1957 roku czy perełkę modernizmu – krzesło Djinn autorstwa Oliviera Mourgue. Oba projekty można nie tylko wciąż oglądać na ekranie, ale także kupić, dziś cieszą się nie mniejszym powodzeniem wśród miłośników dobrego wzornictwa niż 51 temu.

Jest jeszcze jeden typ wzornictwa – technologiczne, które Kubrick ustanowił drugim bohaterem filmu. Chodzi o komputer pokładowy, robota o wdzięcznej nazwie HAL 9000, który okazuje się bardziej ludzki niż ludzie, przejmując również ich niebezpieczne cechy. Scena, w której Bowman w trosce o swoje życie wyłącza HAL-a, jest jedną z najsmutniejszych scen umierania w historii kina. „Przestań. Boję się. Tracę umysł. Czuję to”, mówi HAL. To czas szeroko dyskutowanego wątku etyki, bo i o tym traktuje Odyseja. Pamiętam doniesienia sprzed dwóch lat, gdy naukowcy w laboratorium Facebook Artificial Intelligence Research odkryli, że dwa negocjujące ze sobą chatboty nie tylko zaczęły blefować, żeby osiągnąć korzyści, ale też wykształciły język niezrozumiały dla człowieka i zaczęły się w nim porozumiewać. Zareagowano natychmiast, by nie utracić nad nimi kontroli. A robot Little Chubby, który zaatakował jednego z gości wystawy technologicznej China Hi-Tech Fair? Na Uniwersytecie Warszawskim są nawet zajęcia „Co wolno robotowi? Etyczne i prawne aspekty relacji ludzie – roboty” prowadzone przez dr. Sebastiana Szymańskiego. Czy ktoś w 1968 roku spodziewał się, że Kubrick w swojej poetyczno-symbolicznej Odysei ukrył realne wydarzenia z przyszłości?

Kubrick film połączył tajemnicą: czarnym monolitem przypominającym domino, zwiastującym trudne zmiany, przełomy, zawsze połączone ze śmiercią. Początek, a jednocześnie koniec, z którymi ludzkość musi się mierzyć od tysiącleci. Monolit pojawia się trzykrotnie: w pierwszym, prehistorycznym akcie, kiedy przodkowie uczą się korzystać z narzędzi. I mordują. Kolejny raz pod powierzchnią księżycową, odbijając sygnał w kierunku Jowisza. Ostatni raz widzimy go, kiedy Dave Bowman leży na łożu, a ludzką inteligencję zastępuje nowa forma życia. „Każdy odrębny świat stwarza się w ten sposób, że się przemilcza istnienie innych”, pisał we wspomnianym na początku Robocie Adam Wiśniewski -Snerg. Myślę, że to najlepsze Odysei podsumowanie. Każdy zamknąć tę historię powinien jednak po swojemu. 2001: Odyseja kosmiczna to otwarte drzwi do próby dotknięcia tajemnicy uniwersum i istnienia. Dlatego nikogo nie zdziwił widz, który w 1968 roku, w trakcie seansu w jednym z kin w Los Angeles, wstał i zaczął krzyczeć: „Jest to Bóg! To Bóg!”.

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie