Magdalena Lankosz: Szczęście, kino i... cała reszta
Magdalena Lankosz / fot. Sebastian Ciuliński

Magdalena Lankosz: Szczęście, kino i... cała reszta

O swoim małżeństwie Magdalena Lankosz mówi, że są z Borysem trochę jak dwójka nieodpowiedzialnych dzieci. Ona potrafi w nocy kupić bilety do Meksyku na pojutrze, on mówi na to: Świetnie, jedziemy. Pracując razem – ostatnio nad „Ciemno, prawie noc” – też dają sobie dużo wolności.
03.05.2019

Magdalena Lankosz w rozmowie z BAZAAR: O kinie, małżeństwie i... całej reszcie

Patrycja Pustkowiak: Do pracy w filmie zmusił cię mąż, Borys Lankosz.

Magdalena Lankosz: Tak! Nic w tym dziwnego. Każdy twórca chciałby pracować w wolności i komforcie. Robić to, co chce, opowiadać o tym swoim językiem. Tymczasem w filmie to trudne – to kosztowna sztuka, skomplikowana machina. Staram się mu w tym pomóc. Kiedy pracuje ze mną, robi to, co chce, i promuje to tak, jak ma ochotę.

To wtedy, gdy produkujesz jego filmy. A kiedy pisaliście razem scenariusz do filmu Ciemno, prawie noc, też mu dawałaś wolną rękę?

Tu jest inaczej, bo oboje jesteśmy twórcami. Każdy ma równoważny głos. Ja jestem dobra w dialogach, kondensowaniu akcji, on jest świetny w dramaturgii scen, rytmie opowiadania. Początki były bardzo trudne. Stoczyliśmy walkę o to, kto jest alfą, i mam wrażenie, że zakończyła się remisem. Teraz pracujemy razem nad następną rzeczą, jako współscenarzyści, i idzie nam bardzo harmonijnie. Znaleźliśmy metodę.

Film na podstawie powieści Joanny Bator, który wyreżyserował twój mąż, oglądać można w kinach. To ty mu podsunęłaś książkę?

Tak, powiedziałam mu, że przeczytałam świetną powieść. Też po nią sięgnął i zapytał, czy nie myślę, że to mógłby być dobry pomysł na film.

Co was zainteresowało w tej powieści?

Bator opowiada nam dziwną baśń o świecie, w którym zawsze musisz wybierać między dobrem a złem, decydować, czy idziesz w jedną, czy w drugą stronę, to jest codzienny wybór każdego z nas. Przecież żyjemy w czasach strasznej nienawiści. Z obojętności na nią rodzi się straszne zło. Bohaterka Bator chce alarmować świat, mówi, że nie można się na to zgadzać, ustąpić ani kawałeczka. Ciemno, prawie noc podobało mi się dlatego, że dawno nikt nie zaproponował mi bajki dla dorosłych. Czegoś, co oswoi lęki, a na końcu zaoferuje rodzaj morału, oczyszczenia.

Joanna Bator nie chciała sama napisać scenariusza?

Nie, od początku dała nam wolną rękę.

Czemu wam tak zaufała?

No nie wiem, może to nasz urok osobisty! Poznaliśmy się na gruncie towarzyskim długo przed produkcją filmu. Byłam wtedy dziennikarką i pierwszy raz w życiu nadużyłam swojej pozycji zawodowej, bo trochę ją okłamałam, że chcę z nią zrobić wywiad, a tak naprawdę nie wiedziałam, czy go opublikuję. Po prostu bardzo chciałam ją poznać. Szybko się zaprzyjaźniłyśmy. Potem pojechaliśmy wszyscy razem do Wałbrzycha, nocowaliśmy na zamku Książ, piliśmy wino, a Borys nam grał na fortepianie. Siedzieliśmy do nocy i gadaliśmy o tym, że w sferze naszych marzeń jest film na podstawie jej powieści. Z Joanną łatwo złapać kontakt – jest inteligentna i dowcipna, stoją za nią wspaniałe książki.

I nie bałaś się pisać tego scenariusza? Wiesz, że jak film jest zły, to mówią, że wina scenarzysty.

E tam, zawsze można powiedzieć, że to pisarka tak źle napisała! (śmiech)

Swojego męża poznałaś przy okazji promocji jego debiutu filmowego, Rewersu.

Tak. Byłam wtedy dziennikarką filmową, on zrobił swój głośny pierwszy film. Spotkaliśmy się na festiwalu filmowym w Gdyni i od razu zaskoczyło. Chociaż nie było to wszystko takie proste, właśnie się rozwodziłam, miałam syna. No ale zaczęliśmy się spotykać i zaraz byliśmy już małżeństwem. Jeszcze przed ślubem wyjechaliśmy razem do Stanów.

Czemu?

Borys dostał kontrakt dla filmowców, miał napisać scenariusz z potencjałem na reżyserowanie go tam, gdyby ten film się sprzedał. Nie chciał jechać sam. No to załatwiłam sobie wizę dziennikarską do USA, rzuciłam pracę w Polsce, wzięłam syna i z nim pojechałam.

Ryzykowne.

Tak, ale byliśmy w sobie strasznie zakochani,. Gdybym go poprosiła, żebyśmy wyjechali razem na Polinezję Francuską i zostali rybakami, on też by się zgodził. Ale to on był wtedy na fali wznoszącej po sukcesie debiutu i dostał taką propozycję.

Magdalena LankoszMagdalena Lankosz / fot. Sebastian Ciuliński

A gdyby zaraz się rozmyślił co do związku?

Nie mógł, bo miałam pierścionek zaręczynowy na palcu.

Pobraliście się w Stanach?

Tak, po półtora roku bycia razem.

I jak wyglądało wasze życie w USA?

Pięknie. Spełniło się moje marzenie o związku, który polega na byciu ze sobą cały czas. Dużo nam to dało, zrzuciliśmy z siebie polski bagaż i w izolacji stworzyliśmy taką szklarnię naszego związku. Nie było źle – świeciło słońce, w dali był ocean, a obok miałam drugiego człowieka, w którym się zakochałam.

Nie baliście się o pieniądze?

Borys miał kontrakt, ja perspektywy na współpracę z polskimi mediami. Zobaczyłam tam mnóstwo kina od kuchni, może dlatego potem gładko sobie poradziłam w branży filmowej. Stany były dla mnie szkołą filmu, poznałam od zaplecza pracę przy dużych produkcjach, takich jak serial True Blood, który był wtedy na topie. Robiłam relacje z planów filmowych, wywiady. Do pracy podjeżdżałam kabrioletem, wprawdzie starym i rozwalonym, ale trudno nazwać to ciężką harówą. To było przyjemne. Okazało się też, że tam poświęca się dziennikarzom dużo czasu. Kiedy umawiałam się z jakimś pisarzem czy pisarką, ci mieli dla mnie cały dzień. Zapraszali mnie do domu, piliśmy herbatę, spacerowaliśmy po ogrodzie. Jeśli już zdecydowali się na rozmowę, pozwalali mi podejść blisko.

Pracowałaś też dla telewizji.

Pamiętna dla mnie gala rozdania Oscarów w 2012 roku. Agnieszka Holland była wtedy nominowana za W ciemności. Telewizja polska transmitowała noc oscarową i zdecydowała się na wejście na żywo, ale nie miała miejsca na czerwonym dywanie, tylko takie obok, z widokiem na napis „Hollywood”. Postawiono mnie na skrzynce, żeby to lepiej wyglądało, miałam bardzo wysokie szpilki, kadrowali mnie od kolan, więc nie było widać, że się chwieje, a za mną jest mała barierka i wielka przepaść, w którą jak wpadnę, to koniec. Myślałam tylko o tym, że nie mam ubezpieczenia zdrowotnego. Podobno wypadło nieźle, może dlatego, że cały czas się uśmiechałam – pobyt w USA zrobił swoje.

Ile czasu tam spędziliście?

Dwa lata. Wróciliśmy w 2012 roku. Bardzo się cieszę, że tam byliśmy, emigracja jest formującym doświadczeniem. Przyjazd do Stanów jest jak lądowanie na Marsie. Jak tam sobie poradzisz, dasz sobie radę już wszędzie.

A widziałaś też tę drugą, ciemną stronę USA?

Oczywiście. To też kraina wielkiego rozczarowania, wszędzie jest mnóstwo wariatów chodzących po ulicach w jednym ubraniu, w którym kiedyś byli na castingu. Całe dzielnice nieszczęścia. I hipokryzji. Z jednej strony panuje wielka poprawność polityczna, z drugiej – wszyscy wszystkich molestują za zamkniętymi drzwiami. To miejsce jest jak magnes przyciągający ludzi, którzy chcą zostać „kimś”. Wielu zaciska zęby i myśli: „Wytrzymam jeszcze rok, porozwożę nielegalnie pizzę albo zatrudnię się w uberze i zdarzy się wielki sukces”. Nam było tam dobrze. To tam po raz pierwszy pomyśleliśmy, że możemy pracować razem.

I zabraliście się do Ziarna prawdy na podstawie powieści Zygmunta Miłoszewskiego.

Borys chciał zrobić kryminał. Wiedział, że bardzo się interesuję tym gatunkiem i kiedyś pisałam z niego doktorat, którego ostatecznie nie napisałam. Powiedziałam mu: może Miłoszewski.

Znałaś go?

Nie, tylko jego książki. Zdobyłam jego numer telefonu i pociągnęłam sprawę. Borys złapał dobrą energię z Zygmuntem. Ze Stanów wróciliśmy z gotowym scenariuszem, który Zygmunt i Borys napisali razem. Ja byłam więc tylko pomysłodawcą. Niebawem jednak wymyśliłam, że założę firmę producencką, choć nie miałam o tym zielonego pojęcia.

Jak to?

W zasadzie trochę mąż mnie zmusił. Po powrocie do Polski prowadził rozmowy o tym, by zrobić film o Lemie (w 2016 roku powstał biograficzny dokument Autor Solaris, przyp. red.), wrócił do domu i powiedział mi: „Kochanie, załatwiłem ci świetną pracę, będziesz producentką filmu o Lemie”. No to nią zostałam. To był ciężki kawałek chleba.

Dlaczego?

Trzeba mieć umiejętności księgowego, być świetnym organizatorem, nieustannie minimalizować ryzyko. Trzeba wróżyć z fusów, żeby przewidzieć, co się może wydarzyć. Wieczne napięcie.

A kobietom w świecie filmu jest trudniej niż mężczyznom czy to mity?

Zaletą bycia żoną reżysera jest to, że on jest moją tarczą. Dzięki temu łatwiej mi załatwić różne sprawy. Kobietom jest generalnie w życiu trudniej, bo nie mają wyrobionych pewnych nawyków, wstydzą się i boją rzeczy, które mężczyznom przychodzą bez trudu. Choćby negocjowanie stawek – kobiety nie potrafią tego robić. Mężczyźni mówią: pracuję za tyle i tyle, o tej porze będę musiał skończyć pracę, i tak dalej.

Po Lemie wyprodukowałaś kolejny film Borysa – Kobro / Strzemiński. Opowieść fantastyczna. Znów o artystach. Czemu akurat o nich?

Przypadkiem! Ojciec polskiego filmu Jerzy Stefan Stawiński mówił, że w filmie wszystko się dzieje przypadkiem. Taki tytuł ma jego biografia: Do filmu trafiłem przypadkiem. Ja też. I tak trafili do nas Kobro i Lem. Instytut Adama Mickiewicza zaproponował nam film, który byłby spotkaniem współczesnego twórcy z awangardzistami pierwszej połowy XX wieku. Powstał bardzo oryginalny, eksperymentalny tekst Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk. Niby biograficzny, a wchodzący w polemikę z biografizmem jako sposobem opowiadania o artystach. Co tam się nie dzieje! Współczesny kurator ucina sobie pogawędkę z Leninem o sztuce, tytułowi bohaterowie mieszkają pod wodą. Agata Buzek i Łukasz Simlat zgodzili się grać sceny w lodowatym zbiorniku wodnym służącym na co dzień do ćwiczeń nurkowych. Na planie było genialnie, świetna energia i poczucie, że robimy najdziwniejszy film w naszym życiu. Będzie go można zobaczyć w maju na festiwalu Millennium Docs Against Gravity, a potem w telewizji. Ale organizacyjnie ta produkcja mnie wykończyła. Coraz trudniej się odnajduję jako urzędnik.

Może dlatego, że sama zajęłaś się sztuką? Napisałaś scenariusz do komiksu Anastazja, opowieści o Hollywood lat 20. i 30., do którego ilustracje zrobiła malarka Joanna Karpowicz. Jak to się stało? Tylko nie mów, że zmusił cię mąż.

Ale trochę tak było! (śmiech) Zawsze mówił: „Czemu piszesz takie krótkie teksty? Napisz coś długiego”. Przekonywałam go, że nie umiem. On się upierał, żebym spróbowała. Napisałam więc cykl tekstów o ofiarach Hollywood, między innymi o Natalie Wood, którą matka wepchnęła w tę upiorną gwiazdorską machinę. Publikowałam je w Wysokich Obcasach. Karpowicz była ich czytelniczką. Skontaktowała się ze mną i zapytała, czy nie spróbowałabym napisać utrzymanego w tej poetyce scenariusza, który ona by zilustrowała. Borys bardzo mnie wspierał, więc się zgodziłam. Napisałam historię o Anastazji, wzorowaną trochę na historii Wood i jej matki – toksycznej relacji dziecka z rodzicem. Fascynowało mnie to.

Ciekawe czemu… Może zapytam o to twojego syna?

Koniecznie! Na pewno nie powie o mnie nic dobrego, ma 15 lat i jest na takim etapie, w którym się myśli, że nikt nas nie rozumie. Ale mamy sztamę, to świetny młody człowiek, nadal uwielbiam, kiedy jesteśmy tylko we dwoje. Jest idealnym kompanem w podróży, do wspólnego oglądania seriali, nie mam na co narzekać. Do dzieci nie ma instrukcji obsługi, nie da się jeden do jednego przełożyć doświadczeń z własnymi rodzicami. Ostatnio kombinowałam, jak zmusić współczesnego nastolatka do współpracy, i zagroziłam, że doprowadzę do publicznego upokorzenia go w mediach społecznościowych za bałagan w pokoju. Oczywiście żartowałam, w życiu bym tego nie zrobiła, ale podziałało! Grunt to znaleźć właściwy język komunikacji z drugim człowiekiem. (śmiech)

Wszystko jasne. A dla męża jesteś lepszą żoną czy współpracowniczką?

Odpowiedź na to pytanie najlepiej ilustruje anegdota. Pół roku temu byliśmy w Japonii z tym filmem o Stanisławie Lemie, który Borys kręcił, a ja produkowałam. Japończyków zainteresowało to, że małżeństwo pracuje razem, nie spotykają często tej formy współpracy. Borys powiedział, że przy tym filmie miał najwięcej wolności. Odpowiedziałam, że to czyni ze mnie dobrą żonę, ale złą producentkę. Nikt na sali nawet się nie uśmiechnął. Japończycy chyba mają inne poczucie humoru.

Ponoć życie u boku artysty to dramat. Nie wygląda to tak z twoich opowieści.

Moim zdaniem nie, to jakieś legendy. Nie trzeba być stukniętym, żeby być artystą. Nie trzeba przeżywać okropnych rzeczy, żeby tworzyć trudne historie, przecież to też kwestia wyobraźni.

Tej wam chyba nie brakuje, również w życiu codziennym.

Jesteśmy trochę dwójką nieodpowiedzialnych dzieci. Pewnego dnia siedziałam w nocy przed komputerem i nie wiem, jak to się stało, że kupiłam trzy bilety do Meksyku. Wydałam na to ostatnie pieniądze. Obudziłam Borysa o drugiej w nocy i powiedziałam: „Ja cię strasznie przepraszam, ale my na pojutrze mamy bilety do Meksyku”. Odpowiedział: „Co? A, to świetnie”. Innym razem na Islandii, gdzie Borys wykładał, postanowiliśmy zrobić sobie wycieczkę. Wypożyczyliśmy auto, zdezelowany wrak. Urywała się guma, uderzała w szybę, jakby ją chłostała. Wypadały drzwi, śmierdziało, nie dopinały się pasy. Kiedy wyjeżdżaliśmy z Reykjavíku, usłyszeliśmy komunikat: tylko nie wyjeżdżajcie dziś z Reykjavíku, bo jest taka pogoda, że nawet ciężarówki będą się przewracały na drodze. A my w tym gracie stulecia zjechaliśmy tego dnia całą wyspę. Z Borysem fajne jest to, że nie musisz wciąż mieć poczucia wielkiej odpowiedzialności, planować każdego dnia. Ma dużo luzu. Bardzo łatwo podpuścić go do zrobienia czegoś głupiego.

A powiedział ci ktoś kiedyś, że jesteś żoną swojego męża?

Jeśli tak, mam to gdzieś. No jestem jego żoną i jest mi z tym dobrze. Poza tym ciągle robię swoje. 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie