Tajemnica wyspy Jersey
Jersey / fot. Getty Images

Tajemnica wyspy Jersey

O brutalnym morderstwie popełnionym na rajskiej wyspie przez Polaka, cenie emigracji i tajnikach pracy reportera opowiadają autorzy książki „Głosy. Co się zdarzyło na wyspie Jersey”.
02.06.2019

Autorzy książki Głosy. Co się zdarzyło na wyspie Jersey w rozmowie z Patrycją Pustkowiak.

Patrycja Pustkowiak: Co się zdarzyło na wyspie Jersey?

Dionisios Sturis: Właśnie próbowaliśmy to ustalić.

Zacznijmy od ustalenia faktów.

Dionisios: W upalną sierpniową niedzielę 2011 roku polski imigrant z Nowego Sącza, Damian Rzeszowski, chwycił nóż i zabił żonę, dwoje dzieci, teścia, przyjaciółkę rodziny i jej córkę. W niecały kwadrans zginęło sześć osób. Sobie sprawca zadał blisko trzydzieści ciosów. Miał podcięte żyły i zapadnięte płuco, ale przeżył, lekarzom udało się go uratować.

Od razu wiedzieliście, że to temat dla was?

Ewa Winnicka: Nie odpuszczam tematu, który mnie zajmuje. Od lat piszę o emigracji, bo mam wrażenie, że to wielki temat, w polskiej przestrzeni niedoceniany. Sprawa Rzeszowskiego była kolejnym etapem mojej pracy: niewytłumaczalna, niespodziewana, nie do zaakceptowania.

Czyli to pani wpadła na pomysł napisania książki?

Ewa: Tak. Sprawa wybuchła, kiedy akurat podróżowałam po Wielkiej Brytanii, żeby napisać Angoli. Od razu pomyślałam, że trzeba się nią zająć, ale lepiej odczekać, aż z pola widzenia zejdą tabloidy i szybkie media. Dwa lata później pojechałam do St. Helier. I od razu zorientowałam się, że Jersey to inna bajka.

Czemu?

Ewa: Zamknięta społeczność, inaczej działające sądownictwo, dziwne układy. Wtedy przypomniałam sobie o książce Dionisa o wyspie Man (Gdziekolwiek mnie rzucisz, przyp. red.). Pomyślałam, że Dionis, który był emigrantem na podobnej wyspie, czyli brytyjskiej dependencji, pomoże mi wyrobić koleiny, którymi łatwiej się będzie poruszać. No i zgodził się zostać współautorem.

Dionisios: Znałem system polityczny obu wysp, orientowałem się w kwestiach prawnych, co okazało się dość pomocne, poza tym już wcześniej zajmowałem się emigracją. Byłem dumny, że Ewa, której książki znałem i ceniłem, akurat do mnie przyszła z propozycją wspólnego pisania. Poza tym uznałem, że temat jest bardzo ciekawy – zarówno wątek kryminalny, masowe morderstwo na rajskiej wyspie, jak i jego społeczne, emigranckie tło.

Książka nosi tytuł Głosy. Rzeszowski ponoć słyszał głosy, które kazały mu zabić. Co ostatecznie udało się ustalić śledczym i biegłym na temat jego stanu ducha?

Dionisios: Ilu ekspertów, tyle opinii. To była dla nas spora niespodzianka – słuchać zeznań biegłych psychiatrów, którzy prezentowali w sądzie wykluczające się opinie. Jedni twierdzili, że Damian Rzeszowski cierpiał na bardzo silną depresję, że jego próba samobójcza była poważna, że mógł słyszeć głosy. Inni diagnozowali jedynie stres i utrzymywali, że Polak żadnych głosów słyszeć nie mógł, a wcześniej próbę samobójczą, przez połknięcie tabletek, podjął po to, żeby zwrócić uwagę żony. Miał problemy z agresją i przemocą czy nie miał? Nadużywał alkoholu czy nie?

Jak odpowiedziano na te pytania?

Dionisios: W zasadzie wcale. Ocenę ostatecznie utrudnił sam oskarżony, który w czasie śledztwa odpowiadał policjantom „bez komentarza”, a w trakcie procesu postanowił nie zeznawać. Dziennikarze pisali, że miał kamienną twarz, która nawet podczas ogłaszania wyroku nie wyrażała żadnych emocji.

Sugerujecie, że jedną z przyczyn tego morderstwa była sama emigracja. Na czym właściwie polega jej podstawowy problem?

Ewa: Emigracja to amputacja. Kiedy wyjeżdżasz, coś bezpowrotnie tracisz, ale i coś zyskujesz. Ważne, żeby to, co zyskujesz, było dla ciebie ważniejsze niż to, co straciłaś.

Dionisios: Dodam, że zwykle jest to także ucieczka. Przed bezrobociem, biedą, brakiem perspektyw i innymi problemami. One jednak nie zostają w Polsce, chowamy je do walizki i zabieramy w nowe miejsce.

I bywa, że one wielokrotnieją.

Dionisios: Tak, bo do starych trudności dochodzą nowe: bariera językowa i kulturowa, nierozpoznawanie kodów, stopniowa utrata kontaktu z przyjaciółmi i rodziną, a więc podstawowym systemem wsparcia, ciężka praca, często poniżej kwalifikacji, ambicji i oczekiwań, presja na sukces ze strony tych, którzy zostali.

A są jakieś trudności związane ściśle z Jersey?

Dionisios: Choćby takie, że jeśli człowiek przenosi się na taką małą wyspę, musi sobie poradzić z geograficzną izolacją i problemami logistycznymi: dwa samoloty do domu, a nie jeden, drożyzna, lokalne układy, ksenofobia… To wszystko są wielkie wyzwania.

Jak sobie z nimi radził Rzeszowski?

Dionisios: Zwierzył się przyjacielowi z dzieciństwa, że emigracja jest nie dla niego. Uważał, że Polaków traktuje się za granicą jak zwierzęta. Marzył o szybkim zarobku i powrocie do Polski. Jego żona, Iza, miała inne plany, życie na Jersey jej się podobało i wolała nie wracać.

Do tego doszła zdrada. Wątek osobisty mógł być najważniejszym motywem zbrodni?

Dionisios: Policyjni śledczy oraz biegli mieli problem z ustaleniem głównego motywu. Tłumaczyli, że powodów, jak zwykle przy podobnych zbrodniach, jest wiele. Z kolei sam Rzeszowski, jeśli rozumiał, dlaczego zabił, nigdy o tym nie powiedział.

Jersey to spokojna wyspa. Jaki klimat panował tam po morderstwie?

Dionisios: Pierwszą reakcją był szok. Ludzie nie mogli uwierzyć, że na ich małej wyspie doszło do masowego morderstwa, o którym nagle mówi cały świat. Wyspiarze nie dowierzali – gdzie indziej takie zbrodnie, owszem, ale nie u nas. Władze szybko zapewniły pomoc psychologiczną dla rodziców i dzieci, ale także dla policjantów i personelu szpitala. Na kilka dni społeczność się zjednoczyła.

Ewa: Dla mieszkańców było to coś zupełnie niewytłumaczalnego. Ta wyspa jest rajem podatkowym, przyciąga wielki kapitał, władze starają się dbać o dobrą atmosferę. I święty spokój. A tu pewnego dnia stała się centrum zainteresowania mediów z całego świata. Szef policji Jersey na konferencji powtarzał jak mantrę: „Proszę pamiętać, że na naszej wyspie takie rzeczy się nie zdarzają”.

A co z Polakami mieszkającymi na Jersey? Zmieniło się nastawienie do nich?

Ewa: Zdarzały się przypadki agresji słownej. Życzono nam szybkiego wyjazdu i mówiono, byśmy pakowali walizki. Ale władze i oficjalna prasa studziły emocje, podkreślając, że zginęli ludzie, zabił człowiek. To raczej my, Polacy, bardziej baliśmy się, że poniesiemy odpowiedzialność zbiorową. Większość z nas zajmuje jednak niższe szczeble drabiny społecznej.

Dionisios: Jersejczycy składali kondolencje znajomym Polakom, mówili, jak bardzo im przykro, wzięli udział w ekumenicznej mszy żałobnej i w zbiórce pieniędzy na kremację i transport ciał. Tylko nieliczni okazywali polskim sąsiadom wrogość – antypolski czy antyimigrancki hejt stanowił margines. Jedna z naszych bohaterek usłyszała, że wszystkich Polaków trzeba by wsadzić na statek i odesłać, skąd przyszli.

Czemu emigracja tak was fascynuje jako autorów? Oboje napisaliście już o niej swoje wcześniejsze książki.

Ewa: Nie mówi się wiele o kosztach emigracji. Nie materialnych, ale emocjonalnych. O tym, że trzeba mieć pewne predyspozycje i samozaparcie, żeby się przystosować do innych kodów kulturowych. Milczy się o tym, bo bardzo silna jest presja, żeby w kraju postrzegano emigranta jako człowieka sukcesu. Więc on racjonalizuje sobie decyzje, jakie podjął. Dyskomfort wrzuca w koszty. Tyle że czasem wybucha.

Dionisios: Jeden z powodów to moje własne doświadczenie emigracyjne. Mieszkałem i pracowałem na wyspie Man, która pod różnymi względami jest podobna do Jersey. Byłem częścią potężnej emigracyjnej fali, która wylała się z Polski tuż po przystąpieniu do Unii Europejskiej. Wyjeżdżałem na trzy miesiące, a zostałem prawie trzy lata – zarobiłem w ten sposób na studia, nauczyłem się języka, nieźle poznałem kulturę brytyjską, ale doświadczyłem też samotności, wyobcowania, rozdarcia.

I dlatego pan wrócił?

Dionisios: Chyba głównie dlatego, że nie chciałem żyć w rozkroku. Nabrałem też dystansu do tych, którzy postanowili zostać. W mojej poprzedniej książce Gdziekolwiek mnie rzucisz sprawdzałem, jak po dekadzie od wyjazdu radzą sobie ci, którzy nadal mieszkają na wyspie Man. A w Głosach perspektywa czasowa jest jeszcze obszerniejsza, bo pierwsi Polacy zaczęli pracować przy wyspiarskich ziemniakach prawie dwadzieścia lat temu. Pisanie o emigracji daje mi wyobrażenie o tym, jak mogłoby wyglądać moje własne życie, gdybym kiedyś podjął inne decyzje.

No i emigracja to fundamentalne doświadczenie pana rodziny.

Dionisios: Tak. Jedni dziadkowie, jako polityczni uchodźcy, przybyli do Polski z Grecji, drudzy za pracą przenieśli się na Dolny Śląsk z Podkarpacia. Te emigracyjne i uchodźcze geny czasami się odzywają.

Jak się pracuje we dwójkę? Musieliście się jakoś dzielić pracą?

Ewa: Pisze się inaczej, raczej nie wystawia się pawiego ogona. Trzeba dużo ze sobą rozmawiać i przede wszystkim zaufać drugiej osobie. Interesowały nas w tej sprawie różne aspekty. Mnie głównie to, co się z tą rodziną działo w Polsce i na emigracji. Jak przeżywali zmiany? Czy potrafili się do nich dostosować? Natomiast Dionis śledził uważnie proces i zmagania najlepszych brytyjskich i miejscowych psychiatrów.

A trzeba się lubić, żeby razem pracować nad książką?

Dionisios: Nie wiem, czy trzeba, ale my akurat się lubimy. Zakumplowaliśmy się podczas wspólnych wyjazdów na Jersey i zbierania materiałów. Tam też obmyślaliśmy strukturę książki i dzieliliśmy się obowiązkami. Wszędzie chodziliśmy pieszo, więc mieliśmy czas na długie dyskusje. Później Ewa wróciła do Polski, a ja akurat mieszkałem w Waszyngtonie i kontakt przeniósł się do internetu. Maile z kolejnymi rozdziałami krążyły przez Atlantyk – ze skreśleniami, uwagami, dopowiedzeniami. Ewa twierdzi, że mam problem z przymiotnikami, zbyt je lubię.

Ma rację?

Dionisios: Może trochę. Ale ucieranie kompromisu co do ostatecznej wersji książki było łatwiejsze, niż przypuszczałem. Szybko się zgraliśmy. Dla mnie to ciekawe doświadczenie i mamy z Ewą plan, żeby je powtórzyć.

A co ma pan pani Ewie do zarzucenia?

Dionisios: Ewa twierdzi, że jest najbardziej kreatywna za pięć dwunasta, a ja wolę mieć spokój już na kilka tygodni przed dwunastą, wtedy stawiam ostatnią kropkę.

Pani Ewo, trzeba się lubić?

Ewa: Nie mam doświadczenia pisania z kimś, kogo nie lubię, więc nie wiem.

No tak, pisanie wcześniejszej książki z mężem, Cezarym Łazarewiczem, chyba też nie było takim doświadczeniem.

Ewa: Ono było innej natury i gra szła o większą stawkę, bo mogliśmy się na przykład rozwieść przy pisaniu. Ale do tego nie doszło. Mieliśmy mało czasu i musieliśmy stać się dobrze naoliwioną maszyną, żeby sprostać zadaniu. Okazało się, że możemy zupełnie się nie kłócić, chociaż wszyscy, którzy nas znają, wiedzą, że funkcjonujemy w dość dynamicznej równowadze. W kwestii zawodowej ufamy sobie bezwzględnie.

Zrozumieliście historię Damiana i tego morderstwa? W pracy reportera chodzi o to, żeby zrozumieć czy tylko przekazać?

Dionisios: Mam poczucie, że rozumiem znacznie więcej niż w momencie, gdy zabierałem się do pracy nad książką. Bo poznałem cały skomplikowany kontekst: przeszłość Damiana w Polsce, życie na Jersey, przebieg zbrodni, proces, odsiadkę w więzieniu i sam koniec. Ta historia szybko przestała być dla mnie tylko tabloidową opowieścią. Okazało się, że możemy ją opowiedzieć także jako parabolę, jako niemal przewodnik po emigracyjnych trudnościach. Ale wraz z kolejnymi wyjazdami na Jersey, z poznawaniem kolejnych szczegółów sprawy pytań nie ubywało. Wręcz przeciwnie, pojawiła się cała masa nowych. Czy Rzeszowski był poczytalny? Czy wiedział, co robi? Czy faktycznie słyszał głosy? Co kryło się za jego kamienną twarzą podczas procesu? Na szczęście my, reporterzy, nie musimy niczego rozstrzygać.

Ewa: Próbowaliśmy zrozumieć to, co się stało. I opowiedzieliśmy o tym, jak najlepiej potrafiliśmy.

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie