Po nitce do jazzu
Nina Simone / fot. Getty Images

Po nitce do jazzu

Zadymione kluby nocne, rozmowy przy dźwiękach trąbki i saksofonu, szklaneczka whisky pozostawiona na klapie fortepianu… I moda, która miała zerwać pęta segregacji rasowej.
07.06.2019

Krótka historia jazzu

Z tą szklaneczką whisky bywało różnie. Głównego bohatera Green Booka na przykład irytowała.
A właśnie od tego filmu dziś zaczniemy. Gdy w 2007 roku poetka Elizabeth Sargent opuszczała (wówczas) 116-letnie apartamenty nad Carnegie Hall, była ostatnia. Niedługo przed nią wyprowadził się słynny fotograf Bill Cunningham, a jeszcze wcześniej Donald Shirley, którego fortepian, przez ponad 50 lat stojący w tym samym miejscu apartamentu na dwunastym piętrze, trzeba było przetransportować potężnym dźwigiem. To idealnie odwzorowane, bogato zdobione mieszkanie można dziś obejrzeć w nagradzanym Green Booku. Film, w którym w Dona oscarowo wciela się Mahershala Ali, opowiada prawdziwą historię Shirleya, który wybiera się w trasę koncertową po zatopionym w rasizmie południu Stanów Zjednoczonych roku 1962. Towarzyszy mu Tony Lip, pracownik klubu nocnego z Małej Italii.

Don Shirley był muzykiem klasycznym, ze względu na kolor skóry zachęcanym do skupienia się na jazzie i bluesie. Nie lubił chodzić na kompromisy, ale w tym wypadku na nie przystawał, wykorzystując w repertuarze między innymi dzieła Strawińskiego, znanego
z wyraźnych jazzowych inspiracji. Mimo to nie obracał się w kręgach jazzmanów, choć z zaciekawieniem obserwował Duke’a Ellingtona (występował z nim w Carnegie Hall), Nat King Cole’a, Ninę Simone czy Herbiego Hancocka. Zwracał uwagę nie tylko na graną przez nich muzykę, ale przede wszystkim na ich styl. Dandysi XX wieku? Można ich tak określić. Jazzmanki zostawiały ważny ślad w świadomości projektantów, jednak modą w tym kręgu z większą swobodą żonglowali mężczyźni. Sam Shirley nosił się bogato, zarzucając na idealnie skrojone garnitury stroje dashiki inspirowane kulturą afrykańską. W Green Booku za garderobę odpowiedzialna była kostiumografka Betsy Heimann. Ubrania Shirleya miały być deklaracją, zdobną zbroją. Jakby mówił: „Nie obchodzi mnie, co sądzicie o czarnoskórych, spójrzcie na mnie, jestem wykształcony i mam gust”.

Jak ubierali się muzycy jazzowi na przestrzeni lat

Jazz zwierciadłem czasów

Czarne golfy, marynarki z dużymi klapami, rozpięte na kilka guzików koszule i fedory. Do tego elementy vintage, krata, musztardowe żółcie, khaki w towarzystwie czarnych i szarych garniturów. To wszystko znajdowało się w szafach muzyków jazzowych, a dziś również na kobiecych i męskich tygodniach mody. W końcu od momentu narodzin gatunku projektanci wciąż inspirują się stylem gwiazd jazzu.

Jazz narodził się pod koniec XIX wieku, szczyt popularności osiągnął w czasach, gdy segregacja rasowa była dla białych czymś zupełnie naturalnym. Zalążkiem nurtu było południe Stanów, a konkretnie dzielnica prostytutek w Nowym Orleanie (stąd pochodził Louis Armstrong). Jazz – czarna muzyka – łączył rytmy zachodnioafrykańskie, negro spirituals (religijne pieśni niewolników na plantacjach) z bluesem, ragtime’em i popularną muzyką europejską. Cechy charakterystyczne? Mocny rytm, improwizacja i zmiana dynamiki. Wraz z popularyzacją jazzu muzycy powoli odkrywali, że siłę na koncertach dają im nie tylko instrumenty i talent, ale także to, w co są ubrani. Szybko więc, jako pierwsi, zaczęli kształtować nową modę i estetykę, które można określić dialogiem z kulturą afroamerykańską albo specyficznym kodem kulturowym. Ten kod rozpracowuje w książce Fashion and Jazz: Dress, Identity and Subcultural Improvisation Alphonso McClendon. Jego zdaniem jazz był odpowiedzią na społeczno-polityczne wydarzenia: ciężką powojenną rzeczywistość czy lata prosperity lat 50. Opisuje, jak elegancja Louisa Armstronga kształtowała modę ulicy, jak Duke Ellington wpływał
na swingujący glamour lat 30. i jak świetnie Chet Baker nosił w latach 50. białe T-shirty i kurtki bejsbolówki…

fot. Getty Images

Solowa improwizacja

Jazzmani czarowali więc nie tylko muzyką, ale i wyglądem. Na kim najchętniej wzorowali się młodzi? Na trębaczu jazzowym Milesie Davisie, jednym z najbardziej wpływowych muzyków wszech czasów. Jego kompozycje określa się mianem przełomowych, a So What czy All Blues znamy wszyscy. Jazzowe standardy Davisa wryły się w powszechną pamięć i stały olejem napędowym kultury popularnej. Przy tym wszystkim muzyk zachwycał idealnie wykończonymi odważnymi stylizacjami. Jego ubiór się zmieniał, na początku kariery lubił garnitury podkreślające jego szczupłą sylwetkę, z krawatem śledziem i białą koszulą. Szyte z różnych tkanin miały jedną wspólną cechę charakterystyczną: były zapinane tylko na jeden guzik. Wraz z odwagą, jakiej Davis nabierał w grze, jego styl stawał się bardziej wyrazisty, na co wpływ miały także zmiany epok jazzowych – od występów z Charliem Parkerem w latach 40., przez cool jazz lat 50., po eklektyzm lat 60. i 70. Ogromne okulary, futra ciągnące się po ziemi, krzykliwe kolory (najchętniej od Issey Miyake), tank topy, garnitury (ulubione od braci Brooks), szyte na miarę dzwony, jedwabne szale oplatające napiętą od długich godzin dęcia w trąbkę szyję – to wszystko zapełniało jego garderoby w apartamencie przy nowojorskiej West 77th Street. Garderoby, które przeszły do historii dzięki relacjom dziennikarzy – szczęśliwców mających szansę przekroczyć próg jego domu. Miles zdobił ubrania, nigdy odwrotnie. To, jak innowacyjnie potrafił zestawiać dźwięki z modą, można zobaczyć w filmie Miles Davis i ja, z Donem Cheadle’em i Ewanem McGregorem w rolach głównych.

Poza tym Davis był gwiazdorem. Wiedział, że ludzie nie mogą oderwać od niego wzroku. Warto podkreślić, że mówimy wciąż o czasach segregacji rasowej, gdy czarnoskóry muzyk walczył o uwagę, powagę i udowadniał, że jest „kimś”, nie tylko maskotką korzystającą po koncercie z windy dla służby i jedzącą kolację w innym pomieszczeniu niż biała publiczność, najlepiej na zapleczu. Skalę tej żenującej i smutnej sytuacji, która była normą jeszcze niedawno, bo pięćdziesiąt lat temu, obrazuje wspomniany już Green Book.

Moda była więc Davisowi potrzebna do walki o respekt i obalenie stereotypu niewykształconego Afroamerykanina. Sam pochodził z rodziny inteligenckiej, o czym często wspominał, szczególnie w trakcie rozmów o stylu. W tym wypadku wielką rolę odegrała matka, nauczycielka muzyki. „Chadzała w norkach i obwieszała się diamentami, podobnie jak jej przyjaciółki”, pisał Miles w autobiografii. „Była ideałem. Moje wyczucie stylu to jej zasługa”. Ponadto jego stylizacje dyktował nocny, klubowy, zakrapiany alkoholem, narkotyczny tryb życia. Przyszli rock’n’rollowcy, których kult miał nadejść pod koniec lat 60., zdawali sobie sprawę, że nie są pionierami szalonego lifestyle’u. Kilkanaście lat wcześniej działo się to w światku jazzowym. Davis drażnił policjantów, przed którymi potem, rozbawiony, uciekał swoim szybkim jaguarem, bawił się do nieprzytomności, uzależnił od heroiny. Doświadczył wszystkiego, jeszcze zanim zaczęło nas to szokować.

Miles Davis na festiwalu w Montreux, 1973 r. / fot. Getty Images

Fortepian, marynarka, trąbka, T-shirt

„Kiedy dołączyłem do zespołu Milesa, od razu zrozumiałem, że powinienem nosić coś wystrzałowego, żeby dobrze prezentować się obok niego”, wspominał w rozmowie z New York Timesem Herbie Hancock. „Miles był najmodniejszym gościem. To, jak się ruszał, chodził, jaką pozę przyjmował w trakcie gry, to, co wypływało z jego trąbki, samochody, którymi jeździł – wszystko było bardzo stylowe. Cały on”, opowiadał. Obecnie 79-letni pianista pod względem stylu nie ustępował Milesowi. Przedstawiciel modern jazzu najbardziej kolorowe kreacje pokazał światu w latach 70. i 80. Charakterystyczne afro korespondowało z eklektycznymi marynarkami, celowo rozchełstanymi
jedwabnymi koszulami, złotymi łańcuchami… Dziś nadal nie rezygnuje z kolorowych okularów przeciwsłonecznych, choć w dojrzałym wieku uzupełniają one już głównie czerń i biel.

Biel w jazzie kojarzona jest za to „od zawsze” z innym wybitnym artystą, pochodzącym z Zachodniego Wybrzeża Chetem Bakerem. Jazz bez Cheta nie byłby dziś tym, czym jest. Podobnie jak moda uliczna. I jeden szczególny element garderoby.

Tak było: dziewczęta piszczały wniebogłosy widząc zbuntowanego bez powodu Jamesa Deana w białym podkoszulku. Ale na jeszcze wyższe tony wchodziły, kiedy Chet – również w dopasowanym białym T-shircie – sączył pierwsze nuty ballady My Funny Valentine. Z Deanem, oprócz białej koszulki, łączyło go coś jeszcze: depresyjna osobowość. Chet był samoukiem, grał ze słuchu – genialnie! Jego muzyka była słodka i w nieprzeciętny sposób skonstruowana. Stylowość zdawała się tu tylko wisienką na torcie. Nonszalancka, niby od niechcenia (podobnie jak „od niechcenia” określano jego podejście do pracy). Kiedy w latach 50. przyszła popularność, był ledwie dwudziestolatkiem, modnym i uzależnionym, tak jak Billie Holiday, Charlie Parker i inni wielcy. Był przystojny, strzelisty, szczupły, włosy zaczesywał na brylantynę. Zaczynał od modnych obszernych marynarek i zwężanych spodni, ale szybko zrozumiał, co działa na kobiety: buty typu chelsea, dżinsy oraz luźne swetry. Najsłynniejsze ujęcia Cheta to jednak te, na których jest w białej koszulce marki Hanes uzupełnionej chinosami i prostym płaszczem. Minimalizm w modzie? Nikt go tak nie czuł jak Baker.

Również Polska stała jazzem i nadal stoi – w końcu jeden z dziesięciu najlepszych w Europie klubów jazzowych Harris Piano Jazz Bar znajduje się w Krakowie. Krzysztof Komeda, Tomasz Stańko, Jan „Ptaszyn” Wróblewski, w kraju nazywani kolorowymi ptakami, na Zachodzie wpisywali się w modny trend. I tam odnosili największe sukcesy. Komeda uwielbiał golfy, Stańko szyte na miarę buty. Wróblewski pozostaje elegancki w swoich czarnych garniturach i w czapce z daszkiem. Nowe pokolenie też wyjątkowo szanuje modę, wystarczy spojrzeć na stylizacje Wojtka Mazolewskiego czy Leszka Możdżera.

Kobiecość postawiona na głowie

Co z kobietami? Tu, ku zaskoczeniu, dużo do powiedzenia miała Coco Chanel, która wprowadziła do wyższych sfer wygodne spodnie i luźne swetry zwieńczone sznurami pereł. Jazz, modny w latach 20. i 30. wśród bywalców eleganckich undergroundowych klubów, jak Cotton, znalazł odbicie w projektach Francuzki. Pomogły stylizacje Billie Holiday, nazywanej Lady Day. Ta kochała przepych, a za narkotyki do więzienia trafiła w specjalnie wybranej na tę okazję kreacji i w turbanie, jakby szła na bal. We włosy wplatała gardenie, a suknie akceptowała tylko satynowe. Miała naturalne wyczucie stylu, wiedziała kiedy opuścić ramiączko sukni, jak łączyć złotą biżuterię ze srebrem wtedy, gdy zasady surowo tego zabraniały. I tej elegantce Lady Day, w rasistowskiej Ameryce, odmawiano sypiania i jedzenia w dobrych hotelach i restauracjach.

Suknie kochała też Nina Simone, której styl równie mocno rezonował na kulturę popularną jak w przypadku Lady Day. Odważna w łączeniu kolorów, wzorów, kilogramów biżuterii, często nawiązywała do afrykańskich korzeni, wypracowała swój styl, polegając właściwie wyłącznie na intuicji. „Jestem buntownikiem z wyboru”, mawiała. Najsłynniejsze? Jej nakrycia głowy – nimi inspirowała kolejne pokolenia muzyków, słuchaczy, designerów, między innymi Alessandra Michelego z Gucci, który ku jej czci projektuje opaski, chusty, turbany zdobione biżuterią.

Muzyczny manifest

Nie ma wątpliwości, jak ogromną rolę w kształtowaniu współczesnej mody odegrał jazz. Do lat 60. był wyzwolicielem młodego buntu. Od lat 70. – specyficznym popisem muzyków. Wszystko to później trafiało na największe wybiegi, między innymi Yves’a Saint Laurenta (w 1988 roku powstał nawet zapach domu mody nazwany Jazz).

Muzyka i moda w jazzie są nierozłączne, umożliwiając słuchaczom kompletne doświadczenie epoki. Po wojnie jazzu słuchali nie tylko chłopcy, ale także dziewczyny, które chciały zerwać z tradycyjnym postrzeganiem kobiecości. Chodziło o ruch, o wolność, o ucieczkę od rzeczywistości karmiącej się podziałami rasowymi – to wszystko obiecywał nieprzyzwoity jazz. Moda w tym wypadku była jak linia melodyczna podbijająca siłę sprzeciwu. Brzmieć i wyglądać – dawali sygnał artyści. A publiczność chłonęła każdy dźwięk, każdą nutę, każde słowo, ubrana w lewisy 501, spoglądając zza czarnych okularów Persol czy Ray-Ban na cuda dziejące się na scenie. „Wygrasz, jedynie eksponując swoją godność”, mówił w Green Book Don Shirley. Miał rację. Mieli rację. 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie