Konwiccy spod znaku raka. O nowej książce o rodzinie rozmawiamy z jej autorką, Marią Konwicką
Maria Konwicka / fot. archiwum prywatne

Konwiccy spod znaku raka. O nowej książce o rodzinie rozmawiamy z jej autorką, Marią Konwicką

„Myśmy się tak troszkę telepatycznie porozumiewali. Bo my oboje jesteśmy czerwcowi” – wspomina córka Tadeusza Konwickiego.
06.07.2019

Umówiłyśmy się w kawiarni Literackiej, na placu Zamkowym, porozmawiać o książce Byli sobie raz, w której Maria Konwicka opisała losy swojej rodziny: Konwickich po ojcu i Leniców po mamie. Przyszłam trochę wcześniej. Przed południem w lokalu nie było nikogo oprócz mnie i kilku kelnerów. Marię poznałam od progu. Ona mnie też. „Przecież my się znamy z Facebooka”, rzuciła w moją stronę. „Teraz to od razu wiadomo, jak kto wygląda, nie trzeba się umawiać, że ktoś będzie czekał z gazetą w ręku czy z czerwoną różą”. Gdy tylko weszła, kawiarnia się zapełniła, jakby nagle przybyło kilkunastu gości. Choć widziałyśmy się na żywo po raz pierwszy w życiu, miałam wrażenie, że znam ją od dawna. Tak często jest z osobami, których książki czytam przed spotkaniem, ale z nią to uczucie było silniejsze niż zazwyczaj.

Rozmawia: Ludwika Włodek

Maria Konwicka z ojcem TadeuszemTadeusz Konwicki z małą Marysią w Kazimierzu / fot. dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak

 

Maria Konwicka, autorka książki Byli sobie raz, córka Tadeusza Konwickiego, w rozmowie z Bazaar

Maria Konwicka: Mówmy sobie na ty, w końcu jesteśmy rodziną.

Ludwika Włodek: No tak, jesteśmy spokrewnione przez kota Iwana.

To twoja babcia Maria Iwaszkiewicz podarowała Iwana moim rodzicom. Może następna książka, którą wydam, to będzie jego biografia? Byłoby dużo ilustracji, bo moja mama wszystkie kocie rysunki robiła zainspirowana Iwanem. Książkę Byli sobie raz też napisałam do gotowych już ilustracji, zainspirowana zdjęciami z rodzinnego archiwum. Pokażę ci kilka. (Maria Konwicka włącza laptop) Popatrz, tu ojciec czeka na zmianę warty. Zrobiłam to zdjęcie z ukrycia. Chciałam nam zrobić selfie, ale się nie udało. Ojciec nienawidził, jak go fotografowałam. Zawsze robił taką minę, że zdjęcie do niczego się nie nadawało. Ale gdy przyszedł zawodowy fotograf, to co innego, jak gwiazda pozował.

A to twoja babcia?

Tak, moja babcia Lenicowa, mama mamy. Piękna była. A to jest matka ojca – Kieżunowa. Kiedy mój ojciec miał trzy latka, jego tata zmarł i mama musiała iść do pracy. Zostawiała syna samego w domu, aż dostał straszliwej klaustrofobii, bo tyle godzin musiał czekać w zamknięciu. Zaczęli więc szukać po rodzinie, kto mógłby się nim zajmować. Tamtejsze rodziny były ogromne – kuzyni, wujkowie, ciotki – ale nikt z ojcem długo nie wytrzymał, bo on, jak sam twierdził, miał ADHD. W końcu trafił na ciotecznych dziadków Blinstrubów. Zawsze powtarzał, że wszystko im zawdzięcza. Powiedział mi pod koniec życia, że żałuje, bo za mało o nich napisał. Niedawno, już po jego śmierci, odwiedziłam Kolonię Wileńską, gdzie mieszkali. Poszłam na ich grób, którym opiekuje się miejscowa szkoła.

Zaczęłaś pisać od razu po śmierci ojca?

Gdy zmarł, zaczęłam grzebać w mieszkaniu rodziców, wyciągać tak zwane archiwum. A im więcej wyciągasz, tym więcej zostaje. Niekończące się ilości listów, notatek, pamiątek, zdjęć. Byłam pewna, że się do mnie różne instytucje zwrócą po jego archiwa, a tu nikt. Kiedy jeszcze ojciec żył, zgodził się oddać jedenaście rękopisów do Biblioteki Narodowej. Jak umarł, zapanowała cisza i sama musiałam sobie radzić z porządkowaniem całej reszty papierów po nim, nawet ciekawszej chyba dla badaczy niż rękopisy książek. Takie rękopisy są trochę dla fetyszystów, każdy przecież może sobie przeczytać wydrukowaną książkę. A ja miałam to, czego w druku nie ma: listy, legitymacje, zdjęcia rodzinne, scenopisy, scenariusze, nagrody, notatniki. Oddałam to w końcu, większość do Biblioteki Narodowej, resztę do Muzeum Literatury i Muzeum Kinematografii w Łodzi.

A to twoja mama?

Tak, na Akademii (Sztuk Pięknych w Warszawie, przyp. red.). Jej kolega ze studiów mówił, że wyglądała jak Matka Boska od Wita Stwosza. Rzeczywiście. I te loczki… A tu mama w Paryżu. Uwielbiała Paryż, zazdrościła swojemu bratu, Janowi Lenicy, że tam mieszkał. A on zazdrościł moim rodzicom, bo go podczas pobytu we Francji wymeldowano z warszawskiego mieszkania i nie miał dokąd wrócić, a bardzo tęsknił. Moja książka na początku miała być tylko o rodzinie, ale ponieważ całe dorosłe życie spędziłam w Nowym Jorku i Los Angeles, to siłą rzeczy musiało tam też być i o Nowym Jorku, i o Los Angeles.

Dlaczego wyjechałaś do Stanów?

Gdy poszłam studiować na Akademię Sztuk Pięknych, wszyscy tam ciągle mnie pytali o rodzinę. Zatrzymywał mnie jakiś profesor i zagadywał, co u dziadka Alfreda Lenicy, co u wujka Jana, a jak się miewa mama, jak ojciec. Miałam dosyć bycia tylko ciągle czyjąś wnuczką albo córką. Wyjechałam po to, by wreszcie poczuć się sobą. Ale tak naprawdę chyba sobą się poczuję dopiero teraz, wydałam tę książkę i może wreszcie będzie spokój. Nie masz pojęcia, ile czasu mi zajęło porządkowanie tego archiwum. To nie były tylko rzeczy po rodzicach, także po Lenicach. Wszystko skanowałam, kopiowałam. Przeniosłam różne rzeczy z mieszkania ojca do mojego, do dziś cała moja sypialnia jest tym zagracona, wejść nie można. Musiałam to zrobić, bo po trzech latach zdecydowałam, że sprzedam jego mieszkanie.

Tak, pamiętam tę aferę z mieszkaniem.

Jesteśmy gotowe, żeby porozmawiać o Iwanie?

A jaki kot ma z tym związek?

Iwan miał magiczne moce. Jeszcze za PRL-u, jak usiadł na druczkach paszportowych, to paszport dostawaliśmy, a jak nie usiadł, była odmowa. Kiedy wybuchł stan wojenny – byłam akurat w Polsce – fakt, że dostałam paszport i mogłam wrócić do Stanów, to był cud. Żartowaliśmy, że Iwan mi to załatwił, bo wtedy też usiadł na moim wniosku.

Ale co z tym mieszkaniem?

Trzy lata w nim buszowałam, porządkując papiery. Miałam nawet pomysł, by tam zamieszkać. Trochę je zdewastowałam, bo ktoś mi powiedział, że łazienkę można powiększyć, ale w końcu zrezygnowałam. Uznałam, że to bez sensu, przecież nie będę mieszkać w mieszkaniu, w którym się wychowałam i z którego mam tyle wspomnień. Po trzydziestu latach życia w Ameryce miałabym się nagle znów budzić tam, gdzie się bawiłam na podwórku? Wydało mi się to jakieś dziwne. Jakbym znów była małym dzieckiem. Zbyt schizofreniczne.

Postanowiłaś więc to mieszkanie na Górskiego sprzedać.

Tak. Chciałam to zrobić anonimowo, ktoś mi polecił agenta. I tak zaczął się łańcuch zdarzeń, które nie powinny mieć miejsca. Agent przyszedł obejrzeć mieszkanie z kolegą. Na drugi dzień ten kolega dzwoni, że już dał ogłoszenie, ze zdjęciami. Okazało się, że zrobił zdjęcia tego bałaganu, pudeł z papierami rodziców, przygotowanych do przeprowadzki, tej dziury w łazience. I wszystko dał do internetu, jeszcze opatrzone zdjęciem ojca. Ktoś to wrzucił na Facebooka…

Przyjęcie u Dudków. Przy stole siedzą Dziewońscy, Łapiccy i Konwiccy / fot. dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak

No i się zaczęło…

Byłam przerażona! Po pierwsze dlatego, że te zdjęcia pokazują okropny bałagan, a ojciec był wyjątkowo porządny, u niego nic nie mogło leżeć inaczej, niż powinno. Po drugie, to było pogwałcenie naszej prywatności. I jeszcze czytelnicy-wielbiciele pisali do Ministerstwa Kultury, że nie może tak być, żeby mieszkanie poszło w prywatne ręce. Media zaczęły się do mnie dobijać, telewizja chciała reportaż robić, pojawiło się kilkanaście artykułów w gazetach i w internecie. Ostatecznie Instytut Książki się zgłosił, że oni to kupią i urządzą lokum dla zagranicznych tłumaczy z języka polskiego.

To był, zdaje się, pomysł Jacka Dehnela?

Tak. On mnie uratował. Inni chcieli, żeby tam było muzeum. Nie wiem, jak by to miało wyglądać. Miałabym tam siedzieć i przyjmować wycieczki?

A gdzie nasz Iwan w tym wszystkim?

Po tej serii wydarzeń, jak już emocje opadły, pomyślałam sobie, że w tym musi być jakaś metafizyka. Może tak ojciec chciał, myślę sobie. Ale nie, mój ojciec nie był taki, żeby się pchać, lansować. To jakoś do niego nie pasuje. A tylko dwie osoby w naszej rodzinie były zachwycone tym mieszkaniem: ojciec i Iwan. Dla Iwana to był cały wszechświat. Wychodził najdalej na balkon, nigdzie indziej. Wszystko stało się jasne, gdy Instytut zaczął to mieszkanie urządzać. Wymyślili, że w najbardziej eksponowanym miejscu powieszą „zdjęcie ojca na tle Pałacu Kultury”, zrobione przez Chrisa Niedenthala. A tymczasem to tak naprawdę nie jest zdjęcie ojca, to zdjęcie Iwana, a ojciec robi za podstawkę, po prostu trzyma kota, który jest głównym bohaterem kadru. W tym momencie domyśliłam się, że to robota Iwana. Ale dobra, robi się cały wywiad o Iwanie, a miało być też o ojcu…

Miałaś opowiedzieć, jak chodził do Czytelnika. To nasza druga koneksja, bo kawiarnię w siedzibie wydawnictwa na Wiejskiej wymyśliła i zakładała moja babcia, która wcześniej pracowała tam jako redaktorka. A potem, latami, za barem w tej kawiarni stała trzecia żona mojego dziadka, Jadzia Włodek.

Ojciec po śmierci mamy zawsze wpadał tam na wczesny obiad. Żeby nie musiał stać w kolejce, w Czytelniku specjalnie oddelegowali jedną z pracujących tam dziewcząt, Justysię, żeby ojca obsługiwała. Jak tylko się zjawiał, Justysia brała zamówienie i przynosiła mu od razu jedzenie do stolika.

Co zwykle zamawiał?

Zupkę brał, właściwie pół zupki, a na drugie to jakieś pierogi czy inne mączne dania. A z Justysią ojciec bardzo się zakolegował. Na pół roku przed chorobą przestał już chodzić do Czytelnika, bo nie miał sił – on wszędzie chodził na piechotę, nie uznawał autobusów. Zaczął jadać u Bliklego, gdzie miał bliżej. A w weekendy w Krokieciku. I tam właśnie kiedyś przyszła do niego Justynka. Wiedziała dokładnie, o której ma być, żeby go zastać, bo ojciec był bardzo punktualny. Zawsze wiadomo było, gdzie i o której będzie. Czekała na niego, chciała się z nim pożegnać. Ojciec mi potem opowiadał, że był tak zaskoczony, że nie wiedział, jak się zachować. Żałował, że nie porozmawiał z nią dłużej. Miał nadzieję jeszcze do niej zadzwonić, ale już nie zdążył. Z samym Czytelnikiem też się pożegnał. Wracaliśmy od okulisty, zapytał, czy możemy na chwilę stanąć na Wiejskiej. I poszedł tam sam, czekałam w taksówce. To tak wisiało w powietrzu, że on odchodzi. Nie rozmawialiśmy o tym wprost, ale oboje wiedzieliśmy, że on już odchodzi.

Jak się odnaleźliście po tylu latach twojej nieobecności? Wróciłaś do Polski dla niego, w 2010 roku. Po śmierci twojej mamy i siostry nie chciałaś, żeby był sam.

Wbrew jego woli przyjechałam.

Miałaś wrażenie, że odkrywasz nowego człowieka czy że to jest ten sam ojciec?

Nieee, no jaki nowy człowiek…

Czyli było tak, jakbyście nigdy się nie rozstawali?

Oczywiście. Tyle że ojciec się bał, że będziemy się kłócić, bo jeszcze jak mama żyła, ja i on często popadaliśmy w konflikty. Dlatego nie zamieszkałam u niego, tylko na Starówce, w dawnej pracowni Leniców. Ojciec założył, że będzie się we wszystkim ze mną zgadzał. Po tylu latach w Ameryce, po tych wszystkich moich lekturach, po studiowaniu starożytnego Egiptu wyobrażałam sobie, że będę mu miała do przekazania jakieś złote myśli, że on przestanie nade mną dominować. Miałam taką ambicję. Jak chodziliśmy na te wspólne spacery, to co on otworzył usta, natychmiast mu przerywałam i wygłaszałam jakieś swoje przemyślenia. Często bywało tak, że ja coś opowiadam podekscytowana, a ojciec się zamyśla i mówi: „Pisałem o tym 40 lat temu”. Moja ambicja nie została więc spełniona. Ale dostarczałam mu lektury, z księgarni Dedalusa na Chmielnej głównie. Tam mają książki nie tylko tanie, ale i ciekawe.

Jaki był wasz ostatni kontakt? Możesz opowiedzieć?

Ojciec się zabrał w trzy tygodnie. Byłam zdziwiona, że w gazetach pisali: „zmarł po długiej i ciężkiej chorobie”. Jakiej długiej? Trzy tygodnie? Każdemu życzę, ludzie się męczą latami. Pod koniec życia on tak dawkował swoją energię, jakby wiedział, że już mu jej mało zostało. Mniej chodził, był coraz mniej aktywny, ale normalnie funkcjonował. I w pewnym momencie zbadali mu krew, zobaczyli, że infekcja. Wzięli go do szpitala. Tam jednak strasznie źle się czuł. Zabrałam go do domu, byliśmy sami. Tylko na ostatnie cztery dni Maja Komorowska załatwiła mi pomoc, bo ojciec już nie chodził. Dla niego to, że nie mógł chodzić, było okropne. Całe życie chodził cztery razy dziennie na długie spacery.

Czy te wasze ostatnie rozmowy były bardziej uroczyste? Mówiliście o takich rzeczach, o których wcześniej nie mówiliście?

Nie, nie. Na dzień przed odejściem powiedział mi, że miał wizje metafizyczne, które mi się spodobają, ale opowie później. Już nie zdążył. Pod koniec miał problemy z mówieniem. Myśmy się tak troszkę telepatycznie porozumiewali. Bo my oboje jesteśmy czerwcowi. I Iwan też z czerwca.

Ale zaraz, w jednym z listów ojca, które cytujesz w książce, on pisze, że 12 lipca świętowali urodziny Iwana.

Ach, rzeczywiście! Przepraszam cię, Iwanie! (wznosi oczy ku górze, jak w modlitwie) Wiesz, boję się, żeby znów czegoś nie zrobił obrażony, po tej aferze z mieszkaniem już nie chcę mu się narazić. Pomieszało mi się, chodziło o to, że Iwan był Rak, a nie że z czerwca. My z ojcem też Raki. Oboje jesteśmy urodzeni 22 czerwca, mama się tak postarała. To przesilenie letnie, dla Słowian noc kupały, bardzo ważna data. Ojciec nawet należał do jakiegoś klubu urodzonych 22 czerwca, który założyła, zdaje się, żona brata Czesława Miłosza. My byliśmy z ojcem w każdym razie bardzo z tej daty dumni.

Ty byłaś córeczką tatusia, a siostra mamusi?

Byłam fizycznie bardzo do ojca podobna. Moja siostra Ania, o siedem lat młodsza, była zupełnie inna. Ja nie lubiłam, żeby mnie brali na kolana, całowali. A ona odwrotnie – potrzebowała, by ją przytulić, zająć się nią. Mama musiała ją usypiać po kilka godzin. Ania strasznie potrzebowała ciepła, może już przeczuwała, że jej życie będzie takie kruche. Od samego początku była chorowita, gdy miała trzy lata, dostała zapalenia opon mózgowych, a umarła w wieku czterdziestu dziewięciu, na białaczkę.

Piszesz, że książki ojca przeczytałaś dopiero po latach.

Ale nawet wtedy nie wszystkie. Ojciec mnie przygniatał swoją osobowością. Lenicowie mnie nie przygniatali, a ojciec jakoś tak. Między innymi dlatego nie chciałam zamieszkać na Górskiego, bo tam jest za dużo tej jego energii.

A kiedy już zaczęłaś ojca czytać, jakie miałaś odczucia?

Zachwyciłam się. Bezczelnie powrzucałam do mojego wspomnienia mnóstwo cytatów z ojca. W normalnych czasach to byłoby nadużycie. Jak chcesz zacząć pisać, to pisz, a nie cytuj tatusia. No ale my nie żyjemy w normalnych czasach. Mało kto sięga do książek sprzed lat. Mnie po śmierci ojca różni wydawcy i eksperci od literatury prorokowali, że nikt już ojca nie będzie czytał. A ja im prorokuję, że się mylą. 

Książka Byli sobie raz Marii Konwickiej

Książka Marii Konwickiej Byli sobie raz ukazała się nakładem wydawnictwa Znak.

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie