Rozmowa z Sansą Stark
Plakat promujący 6. sezon „Gry o tron” / fot. materiały prasowe HBO

Rozmowa z Sansą Stark

Nowy sezon „Gry o tron” zbliża się wielkimi krokami. Do premiery pierwszego odcinka pozostał już tylko tydzień. Wielkie święto fanów serialu zacznie się dokładnie 25 kwietnia o godzinie 20.10. Oczywiście w stacji HBO.
18.04.2016

Gra o tron nie zna żadnych reguł. W najnowszym 6. sezonie miła i cicha dziewczyna to już mroczna postać. W ramach przygotowań do tego spotkania przypominamy wywiad, jakiego serialowa Sansa, czyli aktorka Sophie Turner, udzieliła Harper's Bazaar Polska.

 

ANNA TATARSKA: Kiedy zaczęła się Gra o tron, byłaś czternastolatką. Dziś masz dziewiętnaście lat. Kolejne sezony serialu mogą ci posłużyć za wideopamiętnik.

SOPHIE TURNER: Tak, całe moje dzieciństwo jest skrupulatnie udokumentowane. To przedziwne i onieśmielające doświadczenie. Kiedy patrzę na siebie w pierwszym sezonie, łapię się za głowę: „Matko, czy ja naprawdę tak źle wyglądałam? Jak mogłam tak fatalnie zagrać? Co za wstyd!”. Ja, Maisie (Williams, gra siostrę Sansy, Aryę – przyp. red.) i Isaac (Hempstead-Wright, wciela się w Brana Starka – przyp. red.) byliśmy dzieciakami, kiedy nas zaangażowano. Dorastaliśmy na oczach milionów ludzi, dzięki serialowi szybciej dojrzałam. Nie zamieniłabym tego życiowego scenariusza na żaden inny.

 

Rodzice już się przyzwyczaili, że mają w domu gwiazdę?

Mama czasami chodzi ze mną na premiery, ale nie robi z tego wielkiego „halo”. Cieszę się, że nie jest jedną z tych opętanych matek menedżerek, które pchają się przed obiektyw paparazzi i nachalnie promują swoje dzieci. Rodzice niespecjalnie się ekscytują moją „karierą”. Oglądają serial, ale zawsze wysyłam ich do innego pokoju. Są rzeczy, których nie chcesz oglądać wspólnie z rodzicami...

 

Gra o tron zdobyła ogromną popularność. Masz jeszcze szansę być anonimowa?

Kilka razy dziennie ktoś zaczepia mnie na ulicy, ale wciąż mogę spokojnie poruszać się po mieście. Na szczęście serial zdobywał popularność stopniowo, dzięki temu mieliśmy czas, żeby powoli dostosowywać się do nowej sytuacji. Bywało dziwacznie, jak wtedy, gdy przy okazji premiery trzeciego sezonu HBO zorganizowało pierwszą imprezę promocyjną Gry... Przywieziono nas na czerwony dywan limuzynami. Wysiadamy, a tam tłum rozkrzyczanych fanów z transparentami i aparatami. To była pierwsza tak namacalna konfrontacja z fanami, ich entuzjazmem. Chyba dopiero wtedy dotarło do nas, że także prywatnie jesteśmy pod ciągłą obserwacją, że może lepiej się troszkę pilnować i nie robić głupot.

 

Łatwo mogła uderzyć ci do głowy woda sodowa. Jak godzisz pracę na planie ze szkołą?

Teraz to już naturalny rytm. Ale miałam szczęście, bo weszłam w ten świat łagodnie. Pierwszy sezon nagrywałam w czasie wakacji, potem grzecznie wróciłam do szkoły. Za każdym razem udawało mi się szybko uzupełniać braki.

 

Udział w serialu przeorganizował także twoje życie prywatne, szczególnie ważne dla dorastającej nastolatki.

Tak to już jest, jesteśmy własnością HBO i musimy się stawić na planie w określonym terminie, czy się to nam podoba, czy nie. Na szczęście mnie się podoba (śmiech). Poza tym wiedzieć, że ma się stałą pracę, to miła świadomość. Szczególnie dla nastolatki!

 

Pora porozmawiać o serialu! Wiem, że wam, aktorom, nie wolno zdradzać szczegółów fabuły nowego sezonu. Ale uwielbiam słuchać, jak próbujecie opowiadać o tym ogólnikami. Zatem: co czeka nas w nowym sezonie?

No tak, miło było, to ja już sobie pójdę! Do zobaczenia! (śmiech) No dobrze, spróbuję wyjść z tej sytuacji dyplomatycznie. Sansa przeszła ogromną przemianę. Nie jest już dziewczynką. Teraz to „Darth Sansa” (śmiech). W nadchodzącym sezonie czeka ją wiele wyzwań i trudności – chyba nikogo to nie dziwi, w końcu to Gra o tron! – ale teraz inaczej będzie sobie z nimi radzić. Odkąd została rozdzielona z rodziną, marzy o tym, by do nich wrócić. Niestety, już prawie nie ma do kogo wracać... Jej nadrzędnym celem jest przetrwanie, bo daje nadzieję, że zobaczy jeszcze bliskich.

 

Czy ta wzrastająca samoświadomość nie zmieni dobrej, czystej jak łza Sansy w cyniczną larwę?

W Grze...nie ma bohaterów dobrych i złych, wszystkie postaci są niejednoznaczne i wielowymiarowe. Sansa to szlachetna dziewczyna, pochodzi z rodu Starków. Starkowie zwykle stawiali na uczciwość i prawdę, więc i ona ma silny moralny kręgosłup. Ale powoli zaczyna rozumieć siłę manipulacji. Widzi, że aby dostać to, czego chce, musi zacząć wykorzystywać swoją seksualność, atrakcyjność. Podkreśla to zmiana stylu, uczesania. Cele wciąż są szczytne, tylko metody nieco brudniejsze. Ona po prostu jest pragmatyczką! Wiem, że niektórych Sansa wkurza – ale nie zapominajmy, że to zaledwie piętnastolatka. A czy w tym wieku wszystkie dziewczyny nie są wkurzające? Mnie doprowadzają do wrzenia! (śmiech)

 

Jesteś podobna do swojej bohaterki?

Nigdy nie musiałam stosować jej metod, udawać, że kocham pastwiącego się nade mną narzeczonego... Podziwiam jej siłę, ale na szczęście mamy niewiele wspólnego.

 

Prawdziwa jest plotka mówiąca, że adoptowałaś swojego wilkora po tym, jak został uśmiercony w serialu?

Sunia nie jest zbyt dobrą aktorką. Wszystkie inne psy były posłuszne i grały doskonale, a ona nigdy nie robiła tego, co należało. I pewnie dlatego scenarzyści dość szybko ją uśmiercili… Kiedy przestała być potrzebna w Grze..., firma Birds and Animals, która dostarcza zwierzęta na plany filmowe, postanowiła się jej pozbyć. Uniosłam się honorem i ją adoptowałam. Wabi się Zoonie.

 

fot. materiały prasowe

 

W serialu jest wiele bardzo aktywnych bohaterek, ale nie twoja. Nie chciałabyś wreszcie pomachać trochę mieczem, trochę się pobrudzić?

Na początku strasznie żałowałam, że Sansa nie ma takich zadań. Wszyscy dokoła się nieustannie bili, a ona tylko siedziała i płakała. Właściwie płakała przez cały czas... Ale potem dotarło do mnie, że to jest jej metoda na przetrwanie. Gdyby w kilku sytuacjach, zamiast siedzieć i chlipać, dostała cholery i chwyciła za miecz, na jej grobie dawno rosłyby już kwiatki. Wróć, to nie ten serial: jej kości schłyby samotnie na jakimś zboczu... Ona potrafi się świetnie dopasować do sytuacji. Milczeć, kiedy trzeba, zwodzić świat maską niewinnej, wrażliwej dziewczynki. Ale nie ukrywam, że miło byłoby wykonać parę kaskaderskich trików.

 

Sansa ma specyficzny gust w kwestii mężczyzn. Najpierw Joffrey, potem Tyrion, teraz Littlefinger...

Związki Sansy to chyba nie do końca wynik jej gustu, a raczej wynik rozmaitych towarzyskich umów, w których jest stroną lub walutą. Ale masz rację, Sansa nie ma najlepszej intuicji w tych sprawach. Przecież podkochiwała się w Lorasie, który był gejem. Nie ma szczęścia w miłości.

 

A gdybyś ty mogła wybrać jej partnera ze wszystkich serialowych mężczyzn?

A mogę wybierać też z tych już uśmierconych? Ned Stark!

 

Sophie, Ned był twoim filmowym ojcem, chyba skręcamy w niebezpieczną stronę!

Nie? To nie tego typu serial? A mnie się wydawało, że jak najbardziej (śmiech). Myślę, że jedynym jak dotąd bohaterem w Grze o tron, który był szlachetny, uczciwy, a do tego inteligentny i jeszcze świetnie wyglądał, był brat Sansy, Rob Stark. Czyli znowu kazirodczy wybór! Nie sądzę, żeby cokolwiek z tego wyszło, co za pech... (śmiech) Tak sobie myślę, że Jaime Lannister przeszedł niesamowitą przemianę z potwora w całkiem dobrego faceta. Oczywiście ta deklaracja nie przychodzi mi łatwo, w końcu Lannisterowie wyrządzili Starkom okrutne krzywdy. Ale wizualnie jest „dziesiątką”!

 

W Grze... jest więcej silnych kobiecych postaci niż w innych telewizyjnych produkcjach.

Zdecydowanie. Na ekranie mocno wyczuwalna jest inspiracja średniowieczem. Ale wtedy kobiety nie miały zbyt wiele do powiedzenia. Wpuszczenie w tę rzeczywistość bohaterek, które są nieustraszone i twardą ręką rozdają karty, liderek, które wygłaszają inspirujące przemówienia, władają smokami i wyzwalają niewolników – to na pewno podoba się młodym dziewczynom.

 

Ekranowa przemoc osiąga u was wyżyny finezji.

Mam wrażenie, że z sezonu na sezon jest jej coraz więcej. Ale nie sądzę, żeby w Grze... były jakiekolwiek nieprzekraczalne granice. I to też jest zaleta naszego serialu. Zamiast przestrzegać granic, wyznaczamy je. I przesuwamy.

 

Nie wkurza cię, że mimo dużej dawki seksu i liberalnego podejścia do damskiej nagości Gra... pokazuje stosunkowo mało nagich mężczyzn? Gdzie tu równość?

Bądźmy szczerzy – w porównaniu z każdym innym serialem u nas mamy całe morze wacków. Wydaje mi się, że dysproporcja, o której mówisz, wynika bardziej z natury czasów, w których rozgrywa się akcja. Są postaci takie jak Daenerys czy Brienne – mocne wojowniczki – ale większość serialowych dam nie ma pozycji, która pozwalałaby im na jakiekolwiek działanie. Jedynym narzędziem, jakiego mogą używać do manipulacji światem, jest ciało. Seksualność to ich klucz do władzy. I one sobie zdają z tego sprawę.

 

To trochę tak jak w Hollywood!

Tak mówią. Na szczęście sama nigdy tego nie doświadczyłam.

 

Czemu jeszcze przypisywałabyś tak ogromny sukces Gry…?

Scenariuszowi Davida Benioffa i Daniela B. Weissa, opartemu na bestsellerze George’a R. R. Martina. Jest w nim idealna równowaga między światem fantasy a czymś rzeczywistym, z czym widz może się utożsamić. Wiele seriali całkowicie odpływa w wyimaginowany świat, staje się czystą fantazją. My mamy smoki, ale i piękne przyjaźnie – na przykład relacja Jona Snowa i Sama Tarly – związki, które widz zna i rozumie, których sam doświadczył. Kolejna wartość to warstwa metafory społeczno-politycznej. Dynamikę napędza tytułowa walka o tron, pęd do władzy. Kiedy rozejrzymy się dokoła lub spojrzymy w telewizor, zobaczymy, że otaczają nas ludzie, których głód władzy popycha do kłamstwa i zbrodni. W serialu na takich gagatków można przynajmniej zionąć ogniem – to nasza niewątpliwa przewaga. W życiu trzeba się z nimi męczyć.

 

My nie możemy się już doczekać, co zrobi Sansa w 10 odcinkach nowego sezonu. Czy wykorzysta swoją szansę? A Wy?

 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie