Jak twórcy światowych metropolii zaprojektowali naszą przyszłość?
fot. Getty Images

Jak twórcy światowych metropolii zaprojektowali naszą przyszłość?

Anna Zaleska rozmawia z Pauliną Wilk, autorką książki „Pojutrze. O miastach przyszłości”
11.03.2018

Miasta przyszłości

Skoro już ponad połowa ludzkości żyje w miastach, a twórcy światowych metropolii zaprojektowali naszą przyszłość, pisarka i podróżniczka Paulina Wilk sprawdza, jaki świat dla nas przygotowali. Na ile ważne jest szczęście ludzi? I jak dobre życie wyobrażono sobie w Singapurze czy Songdo, a jak w Kopenhadze?

Rozmawiała Anna Zaleska

 


Dlaczego akurat teraz uznała pani, że pora wybrać się w podróż do przyszłości?

Kilka lat temu spędziłam trochę czasu w Hongkongu. To było moje pierwsze zderzenie ze zrealizowaną futurystyczną wizją. Hongkong został zbudowany w miejscu niemożliwym, wieżowce wzniesiono na skałach. Ma dużo cech przyszłości: myślenie gospodarcze i cały sens istnienia są globalne, a nie lokalne, gromadzi wielu ekspatów, jest wysoce stechnologizowany, bardzo smart.

Czułam się tam jak w grze komputerowej. Taka Azja zrobiła na mnie wrażenie. Pomyślałam, że Europa jest jednak silnie zanurzona w swojej przeszłości. W Warszawie cenimy każdy stary budynek, który przetrwał. W Azji liczy się wyłącznie to, co będzie, nikt nie ma sentymentu wobec tego, co jest. Szanghaj niszczy i przebudowuje swoją starówkę, bo uważa, że zbudowana od nowa będzie lepsza. Rzecz nie w tym, że przeżyłam zachwyt, ja po prostu wpadłam w zdumienie i chciałam pójść za tym tropem.

Czego – zdaniem twórców takich futurystycznych miast – człowiek potrzebuje do dobrego życia? Czy szczęście w ogóle jest w ich polu widzenia?

Obawiam się, że rzadko. Podróż do miast przyszłości była dla mnie często niepokojąca. Koreańskie Songdo zostało zaprojektowane przez urbanistów co do centymetra właściwie bez pytania ludzi, czy aby na pewno chcą tak żyć. Zbudowano je z powodów czysto ekonomicznych 60 km od Seulu, blisko granicy z Koreą Północną, prawdopodobnie z myślą o upadku reżimu i zagospodarowaniu otchłani, która się wtedy odsłoni.

W Songdo jest trochę z Le Corbusiera, ogromne bloki maszyny, wieżowce iście nowojorskie, ale są też dosyć duże obszary zielone. Ktoś pamiętał o Ebenezerze Howardzie, twórcy koncepcji miasta-ogrodu, wyraźnie też wyciągnięto lekcję z Seulu, który jest w całości zabetonowany, trudno tam o ptaka czy o krzak.

Chodzenie po Songdo nie jest dotkliwe, między blokami stworzone są na przykład przestrzenie sprzyjające relacjom społecznym, zabawie, relaksowi. Ale wydaje się mało prawdopodobne, by ludzie z tego korzystali. Mnie towarzyszyło tam poczucie głębokiego osamotnienia. Jak od czasu do czasu przejechał samochód, robiło się na chwilę raźniej, ale generalnie przez wiele dni podróżowałam między olbrzymimi blokami, w których były wprawdzie ślady życia, ale generalnie ludzie całe dnie spędzali w pracy w Seulu. Tu wracali późno, tylko po to, żeby spać. A śpią mało.

W miastach przyszłości nie będziemy tracić czasu na sen?

Pracuje się już nad specjalnymi pigułkami. Songdo, Seul czy Singapur to przykłady miast, które zbliżają nas do życia 24 godziny na dobę, w ciągłym ruchu, bez ustanku. W Korei już śpi się około pięciu godzin na dobę. Ludzie albo pracują, albo kupują, albo doświadczają innych rodzajów rozrywki. W takim układzie dom staje się mało istotnym miejscem.

W miastach przyszłości nastawiono się chyba na to, że człowiek będzie singlem?

Rzeczywiście coś takiego się dzieje w wielkich miastach azjatyckich, szczególnie na północy, że ludzie spędzają dużo czasu poza rodziną, poza domem. Dlatego nie przeszkadza im, że mają tak niewielkie mieszkania. Ich hiperaktywność jest widoczna w mieście, na ulicach, w restauracjach.

Stacje metra żyją 24 godziny na dobę. Centra handlowe nigdy się nie zamykają. Kina wyświetlają filmy o trzeciej nad ranem i są pełne, na 800-osobową salę nie można dostać biletu. To znaczy, że ludzie wolą już na tym etapie coś innego niż rodzinę.

Nie chcą spędzać czasu w domu? Nie mają takiej potrzeby?

Mówiąc brutalnie: a po co? Internet jest wszędzie, w metrze, na ulicach, można więc być ciągle skomunikowanym ze wszystkimi. To jaka jest funkcja domu? W odosobnionych ciasnych mieszkaniach, w betonowych blokach, które przypominają trupie czaszki, nie dzieje się nic ciekawego, a na ulicach jest ruch, zgiełk, są inni.

Miasto w ten sposób magnetyzuje i zmienia całkowicie podstawy życia, poczucie tego, co jest najważniejsze. Nie wiem, czy taki był plan.

W Singapurze nowi obywatele ślubują, że bez względu na rasę, język czy religię pomogą osiągnąć cel, jakim jest szczęście, pomyślność i postęp „naszego narodu”. Co rozumie się przez „naród”, jeśli co czwarty mieszkaniec tam się nie urodził?

To nie jest typowo rozumiany naród, raczej wieloetniczne społeczeństwo. Singapur i Dubaj to dwa przykłady tego, jak dzisiaj tworzy się nową kategorię zbiorowości. Z jednej strony zapraszają tych, którzy chcą przyjeżdżać i współtworzyć dobrobyt tych miejsc, a przy okazji własny, ale przybysze muszą przyjąć ściśle określone zasady. Singapur wydaje się w tym względzie bardziej elitarny, stawia wysokie wymagania. Tam są mile widziani ludzie z odpowiednim wykształceniem czy z doświadczeniem zawodowym, którzy mogą przynieść miastu prosperity.

Kiedy w 1819 roku przypłynął tam brytyjski urzędnik Stamford Raffles, zastał niewielu lokalnych mieszkańców, którzy szybko się rozpierzchli. Przyszłość została zainstalowana na niewielkiej wyspie położonej na styku Morza Południowochińskiego i Oceanu Indyjskiego, w fenomenalnym z handlowego punktu widzenia miejscu. Dzięki geografii Singapur tak rozkwitł.

Nie mając żadnych własnych bogactw naturalnych.

Właściwie tak, służąc jako serwisant. Singapur zarabia na rafinowaniu ropy, której sam nie ma, i na usługach sektora finansowego. Jest wspaniałym przykładem przyszłości zrealizowanej w dobie, gdy komunikacja czy przepływ pieniądza są istotniejsze niż jakakolwiek faktyczna produkcja. To jest przyszłość wymyślona, zaplanowana z góry i z sukcesem wdrożona. Odsetek milionerów jest tu większy niż gdziekolwiek.

Dobrze się tam pani czuła?

Ja tam doświadczyłam wielu skonflikowanych uczuć. Singapur ma społeczeństwo wytworzone według pewnego konceptu. Jest wobec niego hojny, oferuje bogatą infrastrukturę, piękne widoki, publiczne plaże i szkoły, zadbane ogrody, szerokie chodniki, czystą wodę, czyste powietrze, a budownictwo mieszkaniowe jest co prawda betonowe i niezbyt piękne, ale wygodne i udostępniane ludziom na tanich kredytach. Nikogo się tam nie dyskryminuje, do obywateli mówi się w czterech językach urzędowych. Wszystko to doceniam.

Tam się udało się w ciągu półwiecza stworzyć społeczeństwo, które umówiło się ze sobą na konkretne reguły gry. Z drugiej strony ceną za dobrobyt jest brak swobody i bezdyskusyjne posłuszeństwo. Media są kontrolowane, opozycja jest w parlamencie dla dobrego wrażenia. Przestrzeganie reguł jest przez rządzących technokratów bardzo pilnowane.

A co z gumą do żucia? Naprawdę jest tam zakazana?

Nie do końca. Nie wolno gumami handlować, sprzedaje się je w aptekach i tylko takie, które dają jakiś efekt medyczny. Ale ja myślę sobie: co w tym złego, że państwo dba o zdrowe zęby swoich obywateli i potem nie płaci za usługi stomatologiczne? Poza tym w Singapurze powszechnie szanuje się infrastrukturę. Nam w Warszawie nie przychodzi do głowy szanować schody ruchome do metra, a tam – w takim klimacie i w takim miejscu, gdzie zieleń mogłaby pochłonąć to miasto w kilka lat, gdyby nie było pilnowane – sprawa nabiera innego wymiaru.

Zakaz żucia gumy i wypluwania jej na schody ruchome ma więc sens. Przyroda jest tam zresztą też wyjątkowo szanowana, projektowana z czułością i wyobraźnią. Czułam się tam dobrze, bo to miasto zostało stworzone także z myślą o dobrobycie mieszkańców.

A czego zabrakło w Masdarze, pierwszym na świecie w pełni ekologicznym mieście, że ludzie nie chcą tam mieszkać? Jaki błąd tam został popełniony?

Masdar miał być pierwszym na świecie miastem nieprodukującym w ogóle dwutlenku węgla, które wręcz wytwarza więcej energii niż potrzebuje. Gdy tam pojechałam, zafascynowała mnie skromna, niewysoka architektura mocno powiązana z tradycją arabskiego budownictwa. I proste, a genialne i inspirujące rozwiązania, na przykład to, że fasady są pofalowane, co wzmaga obieg wiatru i chłodzi budynki. Ale ludzie nie chcą tam mieszkać, bo chyba czują sztuczność tego miejsca.

Masdar nie jest miastem dla idealistów, tylko embrionem nowej gałęzi biznesu. Szejkowie arabscy wiedzą, że ropa jest dobrem wyczerpywalnym, mają dość precyzyjne wyobrażenie na temat tego, kiedy ona się skończy, w związku z tym szukają nowych rozwiązań ekologicznych, które można sprzedawać na całym świecie. Przyszłość urządzana jest tu w imię interesów i zarobku. To zresztą niepokojące, że nauka pozostaje w służbie biznesu.

Naukowcy sprawdzają przyszłość, jaka może się opłacić, na tym się skupiają, być może przeoczając inne rozwiązania. Masdar rośnie, ale już nigdy nie będzie spektakularny, już nie pochwyci naszej wyobraźni. To się nie uda.

A gdzie się udało?

Paradoksalnie wydaje mi się, że udaje się to dzielnicom biedy.

Czytając o Kampali, jakoś nie poczułam optymizmu. Opis stolicy Ugandy w pani książce wydał mi się wyjątkowo przygnębiający.

Kampala ma półtora miliona mieszkańców, ale nie stała się przez to miastem. Nie wytworzyła miejskiej kultury. Jest jednak przepowiednią przyszłości, bo 80 procent wzrostu urbanizacji dokona się na tzw. globalnym południu, w znacznej mierze w Afryce, gdzie nie ma miast, a są bardzo potrzebne. Dzisiaj każdy, kto nie mieszka w mieście, ma prawo czuć się sfrustrowany, bo tam są szanse, jest edukacja, nadzieja, wyobraźnia.

Poza tym w Afryce ludzi ze wsi wypędza głód. Zmiany klimatyczne kompletnie zaburzają przewidywalność upraw i rytm plonów. To, że co minutę 130 osób sprowadza się do jakiegoś miasta na świecie, często nie jest kwestią wyboru, tylko przetrwania.

Ale czy te afrykańskie miasta nie-miasta spełniają nadzieje, jakie ludzie w nich pokładają?

Tak naprawdę nie wiemy, na ile one dają im szansę poprawy losu. Trudno tam wypatrzyć ducha postępu. Czy są podstawy do nadziei na lepszą przyszłość? W Afryce to wszystko dzieje się za szybko, wydaje się, że mieszkańcy tych miast nie mają wzorców ani kulturowych, ani urbanistycznych, właściwie budują spotęgowane, spotworniałe wsie zamiast miast.

Państwa afrykańskie szybciej się urbanizują niż industrializują. Omijają pewną fazę. W naszym świecie było tak: ktoś postawił fabrykę, ściągał robotników ze wsi, tworzyło się miasto. A tam jeszcze nie ma fabryki, drogi, elektryczności ani wody, a już są ludzie.

I żyją na przykład z handlu.

Z handlu i z prostych aktywności. Kampala przypomina ogromne targowisko, na którym tworzy się miliony interesów. Bardzo dużo produktów i dóbr jest wywożonych do Kenii, Mombasy, stamtąd do Europy. Niestety również surowców naturalnych – lasy deszczowe wycinane są do pnia, nawet piasek do budowy eksportuje się za granicę. W Kampali obowiązuje hasło „wszystko na sprzedaż”. Wyczułam tam konieczność: nie ma wyboru, trzeba coś robić, bo nie możesz być pewien, czy dożyjesz jutra.

O Limie mówi pani, że tam przyszłość zjawiła się nieproszona. Co to właściwie znaczy?

Lima urosła do wielomilionowej populacji, ponieważ bieda i terroryzm wygnały ludzi ze wsi i z dżungli. Ich przybycie nazywa się inwazją. Miasto nie było w stanie przygotować się na zjawisko o takiej skali. Ale choć władze Peru są w dzielnicach biedy praktycznie nieobecne i nie pomagają, to też jednak nie przeszkadzają.

Lima czy Stambuł mają prawo, które pozwala szybko zalegalizowć pobyt na danej działce. Jeśli ktoś zajmie teren, to po 24 czy 48 godzinach nabywa do niego podstawowe prawo. Dla ludzi ubogich to jest kluczowe, by mogli zacząć myśleć: tu mam przyszłość, tu zostanę, tu zacznę budować. Co piąty człowiek w miastach żyje na terenie tego typu dzielnic. Wprowadzają się tam ludzie przedsiębiorczy, zdolni do ryzyka, walczący o poprawę swojego losu.

I ich los jest rzeczywiście lepszy niż to, co za sobą zostawili opuszczając wsie?

Dużo lepszy. Mają dostęp do wiedzy, do edukacji – formalnej lub nieformalnej, do kontaktów handlowych, mają większą szansę na pracę, dostęp do lepszej żywności etc. Są takie dzielnice, które 20 lat temu były nazywane inwazjami, a dzisiaj są pełnoprawną częścią miasta i, co ciekawe, tworzą PKB większe niż niejeden kraj.

W slumsach Bombaju nie ma bezrobocia, tam wszyscy pracują. Jedni sprzątają miasto ze śmieci – i w Bombaju są niezbędni do biologicznego przetrwania, bo nie ma śmietników ani prawdziwej kanalizacji, inni prowadzą  warsztaty, manufaktury. Jeśli Bombaj wytwarza jedną szóstą PKB całych Indii, to w dużej mierze dzięki tym ludziom. Nie mówię niczego nowego. Badacze miast już dawno uznali dzielnice nieformalne za niesłychanie ważne ekonomicznie. Natomiast wciąż nie doceniamy tego, że tam tworzą się dobre społeczności.

Gdy pracowałam nad książką o Indiach, codziennie w Bombaju przechodziłam przez miejsce, w którym kilka rodzin kolejno gotowało wspólnie kolację w garze. Czy my nie tęsknimy za taką osiedlową wspólnotowością? Za tym, żeby zostawić dzieci sąsiadom i się o nie nie martwić? Za światem, w którym dzieci bawią się na ulicach i uważają miasto za własne? Myśmy na drodze do komfortu życiowego utracili wiele społecznych wartości, które oni wciąż mają. A przy tym chcą mieć dobrze zbudowany dom, dążą do lepszego życia, własnym sumptem podciągają prąd, zdobywają internet… Te dzielnice wymuszają na swoich mieszkańcach ogromną samodzielność. Dlatego Google szuka tam wielkich umysłów, geniuszy, bo ci ludzie nie myślą w sposób sformatowany, nikt im nie pomaga, wszystko muszą zrobić sami. I robią.

W pani osobistym rankingu miast przyszłości bezapelacyjnie wygrywa

Kopenhaga, od lat zajmująca też czołowe miejsca na listach najszczęśliwszych miast na świecie.

Dla mnie to wspaniały przykład miasta, w którym ci, którzy przyszłość planują, najwyraźniej pomyśleli o tym, czego chcą ludzie. O ich zdrowiu, szczęściu i codziennym zadowoleniu. Już w 1962 roku władze Kopenhagi zdecydowały o tym, by wyłączyć z ruchu samochodowego część pięknego starego śródmieścia. Pomysł został świetnie przyjęty przez mieszkańców. Powstała strefa zarezerwowana dla ludzi, rowerów, wózków, psów, która potem zaczęła się poszerzać.

Dziś miasto ma czyste powietrze i czystą wodę, w miejskich kanałach można się kąpać, śródmieście jest wolne od ruchu samochodowego, autobusy są elektryczne, a dla rowerzystów stworzono bajkową infrastrukturę. Ktoś pomyślał na przykład o tym, że najlepiej się jeździ we dwoje rozmawiając, więc ścieżki są szerokie. Gdy spadnie śnieg, natychmiast zostają odśnieżone. Tam jest tak, jakby ktoś myślał o pani czy moim pojedynczym życiu. Dba się o to, by z każdego miejsca w ciągu pięciu minut każdy mógł dojść do terenu zielonego, do sklepu, do metra. Przez to ludzie są zdrowsi, żyją dłużej, ale też są bardziej twórczy, ponieważ mają w mieście przestrzeń, żeby się spotykać, spędzać ze sobą czas i marzyć. Najważniejsza jest tu czułość na potrzeby człowieka, a nie gigantyczne plany, jak zrobić wrażenie na elitach biznesowych świata.


Paulina Wilk jest autorką książki „Pojutrze. O miastach przyszłości”, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Literackiego.

Oryginalnie tekst pojawił się w numerze 01-2 (51) magazynu Harper's Bazaar Polska

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie