Przez wieki mieszały się tu zwyczaje, wierzenia, smaki i zapachy
fot. Getty Images

Lifestyle

Przez wieki mieszały się tu zwyczaje, wierzenia, smaki i zapachy

Beata Lewandowska-Kaftan opowiada o zmysłowym Zanzibarze
17.03.2018

Zmysłowy Zanzibar

Przez wieki mieszały się tu zwyczaje, wierzenia, smaki i zapachy. Tak powstała nowa kultura Suahili, łącząca Afrykę z Orientem, Indiami, Persją, daleką Azją. Jedyna taka na świecie.


Tekst Beata Lewandowska-Kaftan

 

Zaczyna się od zachwytu… Oczy chłoną błękity i turkusy oceanu, oślepiającą biel piasku i słoneczne kolory kobiecych kang. Uszy chwytają dźwięczne słowa w języku suahili. Nos zanurza się w mieszaninie woni: egzotycznych przypraw, kadzideł i rybich odpadków. Wiatr pieści skórę, a fale nagie stopy. Smakujemy pilau, kawę z kardamonem, mango i ananasy. Sycimy zmysły – łapczywie i zachłannie. A gdy zaspokoimy pierwszy głód tego świata, zaczynamy rozglądać się i wsłuchiwać. Wtedy pojawia się zadziwienie…

Zobacz…

Twarze, które mijamy w uliczkach Stone Town, bywają afrykańskie, arabskie, hinduskie. Kobiety w kolorowych kangach i zawojach na głowie wymieniają uprzejme habari z innymi – spowitymi w czarne buibui i chusty zawiązane na muzułmańską modłę. Tutejsze kobiety poruszają się z niezwykłą gracją, powolnym, krągłym gestem poprawiają szal, a ich biodra, gdy idą, kreślą delikatne łuki. Wolno przymykają, a potem otwierają oczy. Nie ma w tym zalotności, raczej świadomość własnej urody. To prawdziwe mrembo, co w języku suahili znaczy „piękność”. Wyprostowane, z  wysoko uniesioną głową, patrzą prosto w oczy. Pełne wdzięku Zanzibarki łączą siłę i witalność Afrykanek z tajemniczym czarem Arabek i urokiem Hindusek. Podobnie jak słynne zanzibarskie rzeźbione drzwi… To od nich zaczyna się budowę domu, to one strzegą tajemnic mieszkańców. Wiele mówią o mieszkających tu ludziach: kim są, czym się zajmują, w co wierzą. Drzwi arabskie mają kwadratowe nadproża z wersetami z Koranu. Na półkolistym nadprożu drzwi hinduskich wije się drzewo życia, framugi naśladują kolumny pałaców radżów, a skrzydła drzwi zdobią mosiężne bolce wzorowane na tych, które dawniej w Indiach broniły miejskich bram przed atakami słoni bojowych.

Poczuj…

Dobrze jest zagubić się w krętych uliczkach Stone Town i dać prowadzić zapachom. Rano miasto pachnie morską bryzą i kawą z kardamonem. Uliczni sprzedawcy gotują ją na kamiennych ławach baraza, ciągnących się wzdłuż ścian domów, i podają w maleńkich czarkach. Koniecznie z kardamonem albo masalą – specjalną mieszanką przypraw. Zanzibar kocha się w korzennych smakach. Gdy poczujemy zapachy goździków, cynamonu, kardamonu, wanilii, pieprzu, gałki muszkatołowej, trawy cytrynowej, to znak, że zbliżamy się do słynnego bazaru Darajani. Kupcy zapraszają do swoich stoisk, podtykają pod nos torebki z przyprawami, zachwalają towar. Tu, na bazarze, wypada się trochę potargować, ale nie spodziewajmy się tak długich i zaciętych dysput jak w krajach arabskich. Zbijać cenę warto także w miejscach, w których sprzedaje się pamiątki. Ale w małych sklepikach i na straganach z owocami – nie wypada. Tam obowiązują ceny lokalne, dla nas i tak bardzo niskie. 

W grudniu cała wyspa pachnie niczym świąteczny piernik – to czas zbioru goździków, najbardziej zanzibarskiej z przypraw. Zerwane suszą się w słońcu, rozsypane na płachtach między domami i wzdłuż dróg. Smużki kadzidlanych woni wymykają się zza drzwi sklepów, a te z pachnidłami i balsamami to istna kakofonia zapachów. Jednak najbardziej intrygująco pachną stoiska z koszami wypełnionymi drewienkami w rozmaitych kolorach. To oudi – specjalność Zanzibaru.

Małe kawałki drewna gotuje się w syropie z cukru z dodatkiem żywic z tutejszych drzew i pachnących esencji. Każdy z kupców ma tajemne receptury, ale zawsze dominuje nuta oudi, cennej esencji wytwarzanej z drewna agarowego. Jej zapach docenili słynni perfumiarze z Europy, jako pierwszy – Yves Saint Laurent. Oudi układa się w naczynkach na żarzącym się węglu drzewnym. Wonny dym wypełnia mieszkania przed przybyciem gości i sypialnie. Okadza się nim ciało i ubrania. Stroje pachną przez wiele dni, ich woń snuje się po uliczkach Stone Town. Nie tylko kobiety, ale też mężczyźni chętnie używają perfum i balsamów, zwłaszcza gdy w białych sukniach kanzu i haftowanych kofijach na głowach udają się do meczetu.

Dotknij…

A raczej pozwól się dotknąć, bo dotyk to ważny element kultury Suahili. Rankiem matki głaszczą ciałka dzieci, siostra gładzi siostrę, wieczorem mąż i żona masują się nawzajem w sypialni. Na plażach kobiety w kolorowych sukniach proponują przyjezdnym masaż olejem kokosowym z dodatkiem pachnących esencji. To wielka przyjemność położyć się  na materacu i patrząc na błękit oceanu, poddać ich wprawnym dłoniom.

Ale najlepszym miejscem, by poznać dotyk Zanzibaru, jest Mrembo Spa w Stone Town. W zabytkowym domu pełnym starych mebli i luster Stefanie Shoetz, pół Niemka, pół Holenderka mieszkająca od kilkunastu lat na Zanzibarze, urządziła suahilijskie spa. Używa się tu tylko naturalnych kosmetyków: balsamów, kremów, maseczek i olejów produkowanych przez małe rodzinne firmy i kobiece spółdzielnie wyłącznie ze składników pochodzących z Zanzibaru. Jedynie olej z baobabu i drzewa moringa oraz masło shea sprowadzają z Tanzanii i Ghany. Kosmetyki pachną przyprawami, trawą cytrynową, jaśminem, różą i kwiatami ylang-ylang albo oudi. Można tu zamówić słynny zabieg singo – peeling i masaż, który wykonuje się co najmniej przez siedem kolejnych dni przed ślubem, by ciało panny młodej było miękkie i lśniące jak jedwab. Warto spróbować, by poczuć się jak mrembo. 

 


fot. Getty Images

Rozsmakuj się…

Suahilijska kuchnia zadowoli każdego. Persowie i Arabowie, Hindusi i przybysze z Wysp Korzennych, a nawet z Chin, przywozili tu nie tylko przyprawy, owoce i warzywa, ale również potrawy. Gdy wymieszały się ze smakami Afryki, powstała jedyna w swoim rodzaju kuchnia Suahili. Afryka podarowała niezliczone odmiany bananów: od maleńkich żółtych, słodkich jak miód, po wielkie zielone do gotowania i pieczenia. A także fasole, zboża i yam. Portugalczycy przywieźli bataty i maniok, kukurydzę, awokado i ananasy. Z Azji przywędrował ryż, bez którego nie byłoby kulinarnej wizytówki Zanzibaru. Bliskowschodni pilaw połączył się tu z miejscowymi warzywami, rybami, ośmiornicami i kalmarami, a po dodaniu przypraw zmienił w pilau. Przypraw używa się tu szczodrze, miesza się je z warzywami, dodaje do sosów i mocnej kahawy, czyli kawy. Miażdży się je w moździerzu i dodaje do potraw podczas gotowania. Pachną i smakują o wiele mocniej niż te sproszkowane i miesiącami transportowane do Europy.

Sosy to tutejsza specjalność. Podstawą jest warzywny, do którego dodaje się ryby, kalmary, ośmiornice, mięczaki albo mięso. Tajemnica smaku tkwi w świeżo przygotowanym mleku kokosowym. Kokos rozbija się maczetą, a miąższ ściera na mbuzi. To niski stołek z bolcem zakończonym tarką. Kolistymi ruchami ściera się miąższ, dolewa odrobinę wody i wyciska przez sitko. Trzy razy i mleko gotowe – pachnące, gładkie, o wiele mniej tłuste niż z puszki. Pyszne! Sos na nim przygotowany smakuje wybornie. A skoro smakowało, wypada podziękować: chakula kitamu!

Posłuchaj…

Pierwsze, co słyszymy, to melodyjny i dźwięczny język suahili. Zanzibar to jego ojczyzna, tu mówią najczystszym kiswahili. Zanzibarczycy lubią rozmawiać. Już samo powitanie – a wypada pozdrowić każdego przechodnia – to krótka rozmowa. Nieobeznanych z tutejszymi zwyczajami turystów wita się krótkim jambo (cześć). Ale sprawimy wielką przyjemność, jeśli będziemy umieli przywitać się jak należy. Najpierw wypada powiedzieć hujambo, w odpowiedzi padnie sijambo. Potem zapytajmy habari yako (co u ciebie), by usłyszeć nzuri sana albo salama (wszystko w porządku). Wtedy grzecznie dziękujemy asante sana. Gdy rodowici Zanzibarczycy wymieniają pozdrowienia, wypytują o rodzinę, dom, pracę i połowy, a rozmawiają tak długo, jak długo się słyszą. Nie zatrzymują się, idą każdy w swoją stronę albo płyną łodziami, bo i na morzu wypada pogadać. Uśmiechy będą nas tu często otaczać.

Kultura Suahili powstała z połączenia wielu tradycji. Dlatego Zanzibarczycy są tak otwarci i ciekawi przybyszów. Skorzy do rozmowy, do żartów, zawsze chętnie pomogą. Gdy trzeba, wskażą drogę. Wybaczą nam wiele, ale i my postarajmy się stosować do tutejszych zwyczajów. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni nie powinni odsłaniać ramion, brzucha czy ud. Także wybierając się na spacer plażą, warto zawiązać pareo albo włożyć lekką sukienkę. Bo plaża to również droga, miejsce pracy rybaków i zabaw dzieci. Nie wprawiajmy ich w zakłopotanie.

O zmierzchu i wieczorami często słychać muzykę. Rytm afrykańskich bębnów niesie się daleko, często mieszając się z dźwiękami perskiej liry kanun, bliskowschodniej mandoliny i skrzypiec. To taarab, tradycyjna muzyka. Czasem grają duże orkiestry, które akompaniują śpiewakom. Rzewnym, romantycznym pieśniom o miłości, tęsknocie i morzu towarzyszą zwykle pełne emocji gesty pieśniarek i pieśniarzy. Zupełnie inną zanzibarską muzykę grają tutejsze łodzie dhow i ngalawa. Ich trójkątne żagle widać na oceanie o każdej porze dnia i nocy. Rybacy wypływają z odpływem i wracają z przypływem. Nie ma większej przyjemności, niż frunąć w błękicie na wąziutkiej ngalawie, która ślizga się po oceanie i wtula w mocne podmuchy. Dla mnie szum wiatru i fal to najpiękniejsza muzyka Zanzibaru.

Więcej o Zanzibarze przeczytacie w książce Beaty Lewandowskiej-Kaftan Zanzibar. Wyspa skarbów. Opowieści ze świata Suahili.

Artykuł oryginalnie pojawił się w numerze 01/02 (51) magazynu Harper's Bazaar Polska.

Komentarze

Polecane dla Ciebie

Polecane wideo