„Ryzyko jest wpisane w mój zawód”. Rozmawiamy z reżyserką Eweliną Marciniak
fot. Bart Barczyk

„Ryzyko jest wpisane w mój zawód”. Rozmawiamy z reżyserką Eweliną Marciniak

Po spektaklu „Śmierć i dziewczyna” zyskała miano kontrowersyjnej, ale podchodzi do tego z dystansem. Wyrazista, pracowita jak tytan, radykalna. Właśnie wyreżyserowała kolejną sztukę.
13.05.2018

Małgorzata Fiejdasz-Kaczyńska: Jesteś nieobliczalna?

Ewelina Marciniak: Tak, jestem nieobliczalna, ponieważ kiedy pracuję, to się zapominam. Przygotowując podczas prób jakąś scenę, wchodzę w nią mocno, widzę ją, czuję, i tak bardzo chciałabym już ją mieć, że gonię za nią. Bardzo szybko wówczas mówię, irytuję się, kiedy nie dostaję tego, czego chcę, jestem w dużych emocjach.

Aktorzy się ciebie nie boją? 

Jeśli kogoś krytykuję, to nie za to, jaką jest osobą, tylko za podejście do roli, za to, czy i jak się. Nauczyłam się komunikować swoje oczekiwania, co powoduje przejrzystość w naszych relacjach. Staram się być dobrze przygotowana i wydaje mi się, że to w jakiś sposób uwodzi aktorów. Wiedzą, że czasem bezwzględnie muszą coś zrobić po raz kolejny, ale że może ich to zaprowadzić w ciekawe miejsce, jeżeli mi zaufają. Muszę wyczuć, kiedy ich lęk jest uzasadniony, a kiedy jest lękiem przed spektaklem, i to ode mnie zależy decyzja: ryzykujemy. 

Trudno być tą, która mówi: ryzykujemy?

Tylko ktoś, komu wydaje się, że siedzę na krześle z notesikiem i nic nie robię, może uważać, że łatwo. Jeśli ma się w sobie dużo empatii, to bardzo boli, kiedy widać czyjś strach. Nakłanianie innych do ryzyka jest zawsze wyzwaniem. Odys, którego teraz wystawiam w Teatrze Polskim w Poznaniu, też jest przełomowym doświadczeniem, bo rozmawiając o tekście sztuki, pracujemy na tematach rodzinnych i każdy konfrontuje się ze swoimi sprawami. To niełatwy proces.

Kim jest Odys w twojej sztuce? 

To Odys w czasach transformacji. Przybywa z Zachodu z pomysłami, które zakładają szybkie osiągnięcie sukcesu, do Polski wczesnego kapitalizmu. Autor tekstu, Marcin Cecko, jest poetą, więc opowiada o tym językiem nieoczywistym, poruszającym, ma się poczucie, że dialogi są wydrapane z dna serca. Sztuka powstała na podstawie Odysei Homera i Powrotu Odysa Stanisława Wyspiańskiego. Kiedy był wystawiany w 1917 roku, istotną rolę odgrywał kontekst wojenny. Teraz chcemy zapytać o lekcję demokracji, która nie do końca została odrobiona.

Dlaczego?

W moim odczuciu kapitalizm też wyprodukował ofiary: ludzi wykluczonych z powodu biedy, nienadążających za tym, co nowe. To są dla mnie współczesne ofiary wojny pod Troją. Traktuję ten temat osobiście, ponieważ pochodzę z małego miasteczka, Kudowy-Zdroju, gdzie były warsztaty tkackie. Do tej pory pamiętam – a byłam wtedy dzieckiem, stałam z mamą na balkonie – jak przez centrum miasta szedł pochód byłych już pracowników fabryki. Chcieli pokazać, że Kudowa umiera, i nieśli trumnę z napisem „Kudowa-Zdrój”. Było to bardzo teatralne. Trudny czas w moim domu rodzinnym, dużo zmian, starszy o 18 lat brat, fantastyczny muzyk, nie mógł znaleźć zatrudnienia i musiał wyjechać za granicę, pracował w cyrku w Barcelonie. Było to dla niego upokarzające. Pamiętam z tamtego czasu biedę w naszym domu. Mama prosiła, żebym zostawała dłużej u pewnej koleżanki, którą średnio lubiłam, ale za to jej rodzice nie stracili pracy i mogłam tam jeść szynkę. Paradoksalnie, od czasu mojej pierwszej podróży do Indii w ogóle nie jem mięsa. 

Tak dobrze pamiętasz początek lat 90.? Miałaś przecież wtedy nieco ponad sześć lat.

Byłam specyficznym dzieckiem przez to, że późnym. Moi rodzice tworzyli parę, która bardzo się kochała, mieli swoje rytuały, tworzyli osobny świat, do którego czasem byłam zapraszana, na przykład w czwartki chodziliśmy razem do Empiku w parku Zdrojowym czytać gazety. Stały tam wielkie fotele w miodowym kolorze, w których oni siadywali, a ja potwornie się nudziłam. Kiedy nie mogłam już pić trzeciej oranżady, rodzice wskazali mi przegródkę z gazetami dla dzieci: albo nauczysz się czytać, albo nudzisz się dalej. Wybrałam czytanie. Byłam traktowana poważnie, bez upupiania, otrzymałam dużo czułości i serdeczności. Gdy mój tata wyjeżdżał, brat nagrywał dla niego kasety, na których kazał mi śpiewać piosenki. To był piękny świat i mam poczucie, że każdy z nas jest w stanie taki wykreować, że rodzina może być gniazdem, w którym nie tylko wspólnie organizujemy posiłki, ale też wspieramy się nawzajem.

Małgorzata Szumowska po raz pierwszy wyreżyserowała sesję mody. I to dla Bazaar!

Zaskakujące, że tak ciepło mówisz o rodzinie, biorąc pod uwagę tematykę twoich spektakli… 

Moi rodzice byli kochającym się małżeństwem, ale w pewnym momencie się rozstali. 

…które są ostre, dotyczą przemocy – dwukrotnie wystawiałaś teksty Elfriede Jelinek.

W „Amatorkach” Jelinek bohaterki z małego miasteczka nie mają innego planu, jak wyjść za mąż i wykreować swoje małe królestwo pod tytułem Domek. Nie zostały zasilone żadnym innym marzeniem – o rozwoju, decydowaniu niezależnym od wzorców, które zostały im wtłoczone do głowy. A drugie spotkanie z Jelinek, czyli „Śmierć i dziewczyna” (przedstawienie w Teatrze Polskim we Wrocławiu oparte m.in. na „Pianistce”, przyp. red.), było bardzo intymne. Tata był wymagającym muzykiem, ja na szczęście nie grałam, ale brat był zamykany na klucz i cierpiał przy pianinie przez kilka godzin dziennie, podczas gdy inni chłopcy ganiali za piłką. Bezwzględne to bardzo było, zazdrościł mi, że miałam więcej wolności. 

Ciekawsza jest dla ciebie perspektywa kata czy ofiary?

Obie te perspektywy są dla mnie intrygujące, one wciąż się mieszają. Każdy, kto jest ofiarą, jest jednocześnie katem. Fascynuje mnie ten moment, kiedy odnajdujemy pocieszenie w sztuce, a zanurzenie się na chwilę w Schumannie czy w Schubercie potrafi zrekompensować największe katusze. 

W twoich spektaklach kontrowersje wzbudza nagie ciało. Nie masz oporów, żeby rozbierać aktorów, tak jak w „Śmierci i dziewczynie”. Zdziwiła cię skala oburzenia, protesty pod teatrem?

To przykre, bo pokazuje lęk przed ciałem i uzmysławia, jak wiele pracy jest jeszcze do wykonania. Sceny w moich spektaklach z użyciem nagości w ogóle nie mają na celu prowokacji. Ciało jest dla mnie przestrzenią zastanawiania się nad tym, kto na nas patrzy, jak my na siebie patrzymy, na co sobie pozwalamy, co nas determinuje. Dzięki temu, że praktykuję jogę, traktuję ciało jak bramę do podróży wewnętrznej, to jak naczynia połączone.

Aktorzy nie mają nic przeciwko temu, że wymagasz od nich tak ekstremalnego zaangażowania?

Staram się być uczciwa. Uważam, że każdy ma prawo być takim artystą, jakim chce, więc jeżeli ktoś chce grać tylko w kostiumie i robić poprawne rzeczy, to proszę, ale nie musimy wtedy pracować nad jednym przedstawieniem. Kiedy przyszłam do Teatru Polskiego we Wrocławiu, powiedziałam: „Proszę państwa, w tym spektaklu wszystkie osoby występują nago w jednym układzie choreograficznym, będziemy też pracować z aktorami porno. Jeżeli ktoś ma z tym problem, nie musi w tym uczestniczyć”. 

Ktoś zrezygnował?

Nie. Była jedna aktorka, która czuła, że dla niej to duże wyzwanie, i poprosiła, żeby mogła zacząć od grania w bieliźnie. A potem sama przyznała, że otworzyły się dla niej nowe przestrzenie i jest to jej ulubiony spektakl. We Freiburgu, gdzie wystawiałam „Sen nocy letniej” Szekspira, miałam bardzo trudne zadanie, ponieważ konfrontacja Tytanii z Osłem nie jest według mnie konfrontacją z ciemnym pożądaniem, jak pisał Jan Kott, tylko z przyjemnością, na którą sobie ktoś nie pozwala; ze światem pełnym czułości i empatii. Dyrektorzy we Freiburgu powiedzieli, że mam wolną rękę, ale nie ukrywali, że ta scena jest dla nich wyzwaniem. Aktorzy chodzili nago pomiędzy widzami, przyglądali się im, a do tego mieli zadanie, żeby w konfrontacji wzrokowej sprawić przyjemność drugiej osobie. Wszyscy się tego bali, bo średnia na widowni była 60 plus, a okazało się, że jest niezwykła atmosfera. To taka scena marzeń, która się udała. W „Odysie” też mam scenę marzeń – nie chodzi o nagość, ale nie mogę zdradzić, o co. Ciekawe, że na nasze próby są zapraszani widzowie. Pierwszy raz coś takiego robię, zawsze boję się zderzenia z widzem, a na trzeciej generalnej płaczę.

Naprawdę płaczesz? 

Tak, mam w sobie dużo lęku i choć wiem, że premiera musi się wydarzyć, że teatr polega na spotkaniu, to traktuję spektakl jak superważną randkę, do której chciałabym być jak najlepiej przygotowana.

Wracając do Freiburga, tam też protestowano przeciw nagości?

Tam jest się rozliczanym z pracy, a nie z tego, jaki poziom ekscesu się wyprodukuje. Nagość nie jest moim znakiem firmowym. Znakiem firmowym stała się nowa interpretacja komedii Szekspira. Cieszę się, że wrócę do nich w nowym sezonie, bo to cudowne miejsce, duży teatr. 

Wiadomo już, z jakim przedstawieniem wrócisz?

Dostałam od Szczepana Twardocha prawa do wystawienia „Króla” za granicą, ale zastanawiam się jeszcze, co byłoby najlepsze dla tamtego zespołu aktorskiego. Mam marzenie, żeby „Króla” zrealizować na rynku niemieckim, bo Niemcy kupują więcej Twardocha niż Polacy, jestem po rozmowach w Berlinie i Hamburgu.

Powiedziałaś kiedyś, że jedną z osób, od których złapałaś bakcyla choroby teatralnej, był Krystian Lupa. Czym ta choroba się objawiała i kiedy na nią zapadłaś?

Zaczęło się od warsztatów antropologiczno-teatralnych organizowanych w Kudowie-Zdroju. Jeździliśmy po wioskach, zbieraliśmy różne historie. Bycie w jakimś procesie, poszukiwanie, stwarzanie wypowiedzi dla widza wydało mi się interesujące. Czułam, że na scenie dzieje się coś ważnego. Jeszcze w liceum obejrzałam „Mistrza i Małgorzatę” Krystiana Lupy. Spotkanie go potem w roli profesora w szkole nie byłoby jednak tak twórcze, gdyby nie koleżanki i koledzy z roku. Nie mogę powiedzieć, że Krystian Lupa jest bogiem, bo w moim odczuciu jego boskość była możliwa tylko dzięki pracy i energii, jaką wytwarzała nasza grupa. Gdyby nie ona, nie wiem, czy spotkanie byłoby równie intrygujące. 

Byłaś już wtedy po europeistyce. 

I po wiedzy o teatrze. Jasno mówiłam na studiach, czego chcę, a czego nie, więc jeżeli przychodził ktoś na zajęcia z filozofii – a wiedziałam, że wcześniej prowadził je ksiądz Tischner – i kazał nam czytać W co grają ludzie, co już znałam, mówiłam: „Wychodzę, bo to mnie obraża”.

I wychodziłaś?

Oczywiście, że tak. Mówiłam, że mogę przyjść, żeby przeczytać coś bardziej interesującego, ale nie będę uczestniczyła w czczych dyskusjach, bo ta grupa ma wyższy poziom. Krytykowano mnie, że jestem roszczeniowa. Nie mieliśmy zajęć z Krzysztofem Globiszem, ale wpychałam się na jego próby z aktorami, żeby zobaczyć, co on też z nimi tam robi. Byłam po teoretycznych studiach, dużo przeczytałam, ale spotkanie z aktorem stanowiło dla mnie zagadkę. Jak to się dzieje, że oni tam siedzą, a potem to mówią i grają? Nie lubiano mnie przez to i trudno mi było znaleźć pracę po studiach, bo nie zostałam polecona do żadnego teatru. Pierwszą szansę dostałam w Bielsku-Białej. 

Gdzie zadebiutowałaś „Nowym wyzwoleniem” Witkiewicza. To było osiem lat temu. Od tamtej pory reżyserowałaś w Chorzowie, Wrocławiu, Warszawie, Wałbrzychu, teraz w Poznaniu… Za każdym razem w innym miejscu. Metoda twórcza czy przypadek? 

Los, na który się zgadzamy, kiedy wybieramy taki kierunek studiów. Teraz jest czas, kiedy poszukuję intensywnie, ale z czasem to się pewnie zmieni. Chciałabym mieć więcej przestrzeni na pracę z ciałem, praktykowanie jogi. Dlatego zarządzam sobie przerwę na wakacje, planuję podróż z dwiema najlepszymi joginkami w Polsce: Ewą Wardzałą i Nataszą Moszkowicz. Marzy mi się, żeby dojechać z nimi do Ladakhu na północy Indii, oczyścić się i zasilić energią. Praca też jest dla mnie podróżą, w której staram się upajać możliwościami, jakie daje sztuka, byciem w niej radykalnie, na sto procent. 

Jaka jest cena za życie rozproszone po teatrach całej Polski poza tym, że nie masz czasu kupić krzeseł do swojego mieszkania w Warszawie?

Cena jest taka, że jak mój syn chrzestny Staś zachorował, to dostał ode mnie paczkę z fajną książką, podczas gdy bycie z kimś bliskim oznacza spędzanie razem czasu. Potrzeba rozwoju jest we mnie jednak tak silna, że nie chcę się zatrzymywać. Nie teraz. Miłość i przyjaźń to wysoka cena, ale też test: kto kocha, ten zostaje. 

 

Wywiad premierowo ukazał się na łamach kwietniowego (04/53) wydania Harper's Bazaar Polska 2018.

 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie