Galicia  na końcu świata
fot. Getty Images

Galicia na końcu świata

Ten najbardziej malowniczy region Hiszpanii kryje w sobie tyle tajemnic, ile najfantastyczniejsza powieść przygodowa.
09.11.2018

Kiedy wieją tu wiatry, zawsze niosą ze sobą pieśni mew, które widziały niejeden wrak statku roztrzaskanego o zdradliwe skały Costa da Morte. Skrzypienie drzew gęstych i srogich lasów przypomina szepty celtyckich druidów. A szum oceanu jakby recytował historie rybaków, którzy codziennie o świcie wybierają się na połów stu gatunków ryb.

Galicia, region położony na ostatnim skrawku Hiszpanii, tuż nad Portugalią – z impetem wdziera się w Ocean Atlantycki. Gdy po raz pierwszy trafiłam tam ponad 10 lat temu, miejscem, które chciałam zobaczyć natychmiast, był stromy klif przylądka Fisterre, czyli Końca Świata, najbardziej wysuniętego na zachód punktu Hiszpanii. Niedaleko stąd rozciąga się koszmarnie skaliste wybrzeże, wspomniana Costa da Morte – Wybrzeże Śmierci. Skąd nazwa? Istnieje na ten temat kilka teorii. Pierwsza odnosi się do siły morza uderzającego w skały bez zmiłowania dla statków i ludzi. U stóp potwornego wybrzeża od wieków leżą wraki, które poszły na dno razem z marynarzami, piratami i ich łupami. Według innej koncepcji nazwa nawiązuje do końca świata, za jaki uznawano te tereny. A jeśli koniec świata, to i granica ze śmiercią. Jest jeszcze interpretacja związana z Drogą Gwiezdną, dziś zwaną Szlakiem Świętego Jakuba, którym do grobu apostoła w Santiago de Compostela wędrują tłumnie pielgrzymi. Kiedyś, z całej Europy, drogę tę przemierzali Celtowie, aby zatrzymać się w punkcie, w którym każdego dnia umierało słońce, by móc nazajutrz narodzić się ponownie.

Wakacje ludzi mody: Marcin Tyszka

„Galicia słynie z tomów zapisanych romantycznymi legendami, starych kościołów i klasztorów. Wiele z nich przerabia się dziś na hotele, więc można spędzić kilka nocy w klasztorze z X wieku, co jest dość niepowtarzalną atrakcją”, mówi mi Jordan Nanin, który prowadzi w Galicii agencję turystyki regionalnej Verdant Experiences. Obok takich perełek region kryje wiele tajemnic. Początkowo zamieszkiwali go Celtowie, którzy długo opierali się inwazji Rzymian. Nadal czuć tu ich obecność – w podaniach ludowych czy muzyce regionalnej (dudy!). A nawet w słynnych hórreos – spichlerzach na kurzych łapkach, w których od wieków przechowuje się kaszę jaglaną, rośliny i zioła. Po Rzymianach zostały za to najstarsza na świecie rzymska latarnia morska Torre de Hércules (Wieża Herkulesa) w uroczym mieście La Coruña i mur obronny w niedalekim Lugo. Jednak Galicia to także współczesne legendy, o których powstają filmy i powieści.

fot. Getty Images

Szum morza, szum śmierci

„Siedemset kilogramów kokainy na pokładzie statku!”, „Dlaczego Galicia otworzyła europejskie drzwi baronom narkotykowym?”. Po wpisaniu w wyszukiwarkę nazwy regionu takich nagłówków pojawiają się setki. W latach 70. i 80. dość uboga Galicia, której dumni mieszkańcy utrzymywali się głównie z połowu ryb i owoców morza, stała się rajem dla kolumbijskich grup przemytniczych. Kartele nawiązały bliski kontakt z czterema potężnymi rodzinami mafijnymi, na czele których stali Sito Miñanco, Marcial Dorado, Laureano Oubiña i Manuel Charlín. Każdy z nich przemycił tony kokainy i haszyszu. Na bazie tej kryminalnej historii powstał serial Kokainowe wybrzeże, który od sierpnia można oglądać na Netfliksie. Obok profesjonalnych aktorów, w tym ulubieńca nastolatek Javiera Reya (Galisyjczyka z pochodzenia), w produkcji zatrudniono sporo naturszczyków, którzy dodali filmowi większej wiarygodności. Serial stał się hitem – w końcu scenariusz opiera się na historii, którą Hiszpania żyje nadal.

O przemycie narkotyków do Galicii mówi się też w serialu Narcos, a wiele książek temu procederowi poświęcił najpopularniejszy galisyjski pisarz i publicysta El País Manuel Rivas. Jego powieść Todo es silencio (Wszystko jest milczeniem) to opowieść o tym, jak handel narkotykami niszczył galisyjską społeczność od lat 60. do końca 80. Pisarza można często spotkać na spacerze z jamnikiem w La Coruñi, nieopodal Plaza de Humor na starówce.

Poznaj najbardziej popularne kierunki dla kobiet podróżujących solo.

fot. Marcos Rodriguez Velo

Miejskie gry

La Coruña to 250-tysięczne miasto, które po prostu trzeba zobaczyć. Jego stara część leży na półwyspie oblanym morzem i oferuje wypoczynek, jakiego nigdy nie zazna się w popularnych kurortach na Costa del Sol czy Costa Brava – przede wszystkim ze względu na znikomą liczbę turystów. Jest tu ciągnąca się kilometrami wygodna piaszczysta plaża miejska, wzdłuż której prowadzi deptak. Można nim obejść cały półwysep, mijając między innymi Torre de Hércules, stadion klubu futbolowego Deportivo, romantyczną marinę, XIV-wieczne mury obronne i ogród San Carlos. W samym centrum warto wspiąć się stromymi schodami do mieszkania Pabla Picassa przy ulicy Payo Gómez numer 14, które zajmował w latach 1891-1895. Coruña to również butiki z portfolio firmy Inditex. W końcu w tym mieście w latach 70. swój pierwszy sklep otworzył Amancio Ortega, dziś jeden z najbogatszych ludzi na świecie, właściciel modowego giganta.

Innym miastem, którego nie wolno przeoczyć, jest Ourense – trzecie co do wielkości miasto regionu, zbudowane przez Rzymian. Na starówce, w maleńkich, pełnych tubylców barach – najlepiej  z widokiem na katedrę – serwują wyśmienite tapas. Ale największą atrakcją Ourense są termy. Miasto otacza kilka gorących źródeł, w których lokalsi i turyści znajdują ukojenie.

„Nie można też zapomnieć o Combarro – jednej z najpiękniejszych wiosek rybackich na świecie. Tu zobaczysz prawdziwą wiejską galisyjską architekturę”, poleca Jordan. A mnie przypomina się od razu doskonała książka Normana Lewisa Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii, której autor wraz z mieszkańcami maleńkiej, ukrytej przed światem mieściny dostosowuje się do życia dyktowanego przypływami i odpływami. „W Combarro jest lepiej niż w książce Lewisa”, przekonuje mnie znajomy przewodnik.

fot. Marcos Rodriguez Velo

Naturalny dar bogów

Kiedy chciałam być jeszcze bliżej natury, pewien galisyjski fotograf Marcos polecił mi wyspy nazwane przez dziennikarzy The Guardian Karaibami Europy. To Islas Cíes – archipelag przy wybrzeżu Rías Baixas, do którego dopłynąć można promem z Vigo. Jest to jednocześnie park narodowy, dlatego liczbę zwiedzających ściśle się ogranicza. Naturalne laguny, piaszczyste, białe plaże pokryte muszlami, krystalicznie czysta woda, potężne mewy z dziką przyjemnością kradnące turystom jedzenie (na wyspach żyje ich ponad 10 tysięcy par) – to wszystko oferują Cíes. Nic dziwnego, że Rzymianie uważali je za dar bogów.

Kolejny cud natury kryje się na północy, nad Zatoką Biskajską – Playa de Las Catedrales (Plaża Katedr), z której niczym gotyckie budowle sakralne wystrzeliwują rzeźbione falami 30-metrowe łuki skalne. Trzeba jednak pamiętać, żeby przed podróżą zarezerwować wstęp online – to niewygodne ograniczenie podyktowane jest kontrolą ruchu na plaży, której naturalne środowisko jakiś czas temu zostało zagrożone przez masowy najazd turystów.

A jeśli nie plaże? To Święta Riwiera – Ribeira Sacra, która olśniewa rzekami, kanionami, opuszczonymi miejscami kultu religijnego i ciągnącymi się po horyzont winnicami. Głębokie wąwozy skalne, które wpadają do rzeki, wzrastają ponad nią aż na pół kilometra. Można je podziwiać płynąc kajakami rzekami Sil i Miño albo z okien pociągu turystycznego.

Gwiazdy kulinarne

Po długich wędrówkach czas na posiłek. Region słynie z najlepszych i najświeższych – bo łowionych codziennie – owoców morza. Przysmaki: kalmary, małże, przegrzebki, jeżowce są dostępne na każdym kroku, we wszystkich najpodlej wyglądających barach. Co ciekawe, właśnie do takich miejsc warto zaglądać, bo najczęściej to bary rodzinne, w których gotuje mama według przepisów poprzednich pokoleń.

fot. iStock

Jednym z rarytasów, z których słynie Galicia, jest ośmiornica podawana na smażonych ziemniakach z oliwą i papryką, nazywana pulpo a la gallega. To danie tak popularne, że doczekało się nawet dedykowanych miejsc, tak zwanych pulpeiras. Jedną z najlepszych ośmiornic w całej Hiszpanii można zjeść w A Pulpeira de Melide w La Coruñi przy Plaza de España. Sprawdziłam. Polecam.

Jest jeszcze jeden przysmak, na który warto się skusić – to percebes, czyli kaczenice. Do ich zbierania zatrudniani są percebeiros, a najlepsze zrywa się ze skał na wybrzeżu gminy Muxía. Kaczenice to skorupiaki, które wyglądem przypominają paluchy czarownicy. Są drogie ze względu na niebezpieczne warunki pracy percebeiros (wielu ginie nakrytych falami). Dlatego percebes podaje się często w najlepszych restauracjach – a tych w regionie nie brakuje. Wystarczy wspomnieć, że w Galicii jest 11 lokali z gwiazdkami Michelin. Są to zazwyczaj miejsca specjalizujące się w kuchni regionalnej, bo gastronomia hiszpańska to już od dawna nie są molekularne cuda z El Bulli Ferrana Adrii. Teraz Hiszpanie nie zdobywają gwiazdek ciekłym azotem, ale ekologicznymi uprawami i tłumaczeniem tradycyjnych przepisów na współczesny język kulinarny.

Wielka moda

Co po jedzeniu? To oczywiste – zakupy. Dobrych kilka lat temu głównym nazwiskiem, które pojawiało się w dyskusjach o modzie z Półwyspu Iberyjskiego, było: Cristobal Balenciaga. Od tego czasu wiele się zmieniło. Dzisiaj mówiąc o hiszpańskich brandach, myśli się przede wszystkim o Zarze. Marka należąca do firmy Amancia Ortegi ma siedzibę w Arteixo, niewielkiej miejscowości w północnej części regionu. Poza tym jest tu głównym inwestorem i pracodawcą.

Ogromną popularnością w całej Europie cieszy się także marka Bimba y Lola, założona przez siostry Uxíę i Maríę Domínguez Rodríguez w 2005 roku. To kolejny doceniany brand made in Galicia. Odważne ubrania i dodatki szybko zdobyły serca stylistek i ulicy. Podobnie było z Masscob – bardziej romantycznym – jego pomysłodawcy Marga Massanet i Jacobo Cobián w zaledwie kilka lat stworzyli markę, którą udostępniają największe platformy sprzedażowe na świecie, jak Matches Fashion czy Farfetch, a z wieszaków można ją zdjąć między innymi w nowojorskim Barneys. I jeszcze jedna ciekawostka: w szwalni Sociedad Textil Lonia, nieopodal Ourense, powstają ubrania CH Carolina Herrera.

Stworzyć własną legendę

„Galicia nie pozwala o sobie zapomnieć z wielu powodów, ale przede wszystkim ze względu na styl życia. Jedzenie i wino są tu wyśmienite, a ceny przystępne. Galisyjska mentalność skupia się na prostym, ale doskonałej jakości życiu, co natychmiast podłapują turyści”, mówi Jordan z Verdant Experiences. „I natura”, dodaje. „Dzisiaj ludzie przyzwyczajeni są do życia w dużych miastach, w otoczeniu hałasu, korków i betonowych ścian. W Galicii czują, jakby wrócili do korzeni. Bliskość natury uspokaja”. Obok ukojenia, jakie niesie ze sobą wizyta w Galicii, każdy turysta z pewnością na długi czas zapamięta mistyczny obrządek przygotowania likieru galisyjskiego, queimady, podczas którego wypowiada się zaklęcia odstraszające złe duchy i meigas – wiedźmy, mit wciąż obecny w Galicii. Takie to miejsce – zachwycająco magiczne.

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie