Jak wygląda dzień projektantki biżuterii Anki Krystyniak?
Anka Krystyniak / fot. z archiwum projektantki

Jak wygląda dzień projektantki biżuterii Anki Krystyniak?

Projektantka opowiada o swojej słabości do sztuki, dobrych perfum i Tatr.
09.03.2019

Nie używam budzika. Jak w zegarku, punktualnie o 7:00 budzi mnie mój kot Gustaw, domagając się śniadania. Zwykle karmi go mąż, dzięki temu ja zyskuję jeszcze kilkanaście minut na przebudzenie. Rozkręcam się powoli. Włączam radio, najchętniej RMF Classic, parzę kawę, spędzam chwilę na zabawie z kotem. W poniedziałki dzwonię do mojej koleżanki Kaśki, z którą pracuję, i ustalamy, co jest do zrobienia w nadchodzącym tygodniu. Jestem zupełnie niezorganizowana, muszę więc działać według planu. Inaczej wszystkie rzeczy wydają mi się równie istotne i co chwilę zajmuje się czym innym, zapominając o celu. (śmiech) 9:00 Nie uznaję kolekcji sezonowych. Nowe modele wprowadzam do oferty wtedy, kiedy jestem naprawdę z nich zadowolona. Czasem ten proces trwa miesiąc, czasem trzy, a czasem rok. Ostatnio zaczynam od szkiców. Fascynuje mnie symbolika i numerologia. Inspiracji do tworzenia szukam w religiach i wierzeniach różnych grup etnicznych. Lubię łączyć motywy, ale nigdy nie zaprojektuję czegoś, co nie będzie w zgodzie ze mną. Największy komplement, jaki usłyszałam, to ten, że moja biżuteria ma swój charakter i przez to jest rozpoznawalna. Osoby przychodzące do mojego butiku same decydują, który z symboli jest im najbliższy lub w danej chwili najbardziej potrzebny. Dużą część biżuterii wykonuję sama. Czas dzielę między dwie pracownie. Nie jest to trudne, bo jedna znajduje się w moim mieszkaniu, a druga zaledwie kilka budynków dalej, i to tam wykonuję wszystkie „brudne” prace, jak szlifowanie i polerowanie. W domu dopracowuję szczegóły i biżuteria czeka na zapakowanie. Podczas czynności, które nie wymagają skupienia, zakładam słuchawki i dzwonię do rodziny lub przyjaciół. Żartuję z moim mężem, że chyba jako jedyna wykorzystuję wszystkie nielimitowane minuty, które mam w pakiecie.

 
 
 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez Anka Krystyniak (@ankakrystyniak)

 

15:00 Praca pochłania mnie do tego stopnia, że często zdarza mi się zapominać o śniadaniu. Że nic nie jadłam, zwykle orientuję się, kiedy zaczyna boleć mnie głowa. Jedzenie nigdy nie było dla mnie szczególnie ważne. No chyba że mowa o słodyczach. To moja największa słabość. Mieszkam nieopodal fabryki Wedla. Unoszący się w okolicy zapach czekolady sprawia, że trudno nie ulec pokusie. Deser idealny? Beza Tivoli z Lukullusa. W regularnym odżywianiu pomogła mi wizyta u dietetyczki. Znów ułożenie planu okazało się najlepszym rozwiązaniem. (śmiech) 16:00 Popołudnie to czas spotkań i odpowiadania na maile. Odwiedzam butik, konsultuję z klientami indywidualne zamówienia. Kiedy chcę odpocząć i oczyścić głowę, odwiedzam Muzeum Narodowe w Warszawie. Najczęściej wracam do Galerii Sztuki Średniowiecznej, by od nowa podziwiać Poliptyk Grudziądzki, Pietę, Marię z Dzieciątkiem i Świętymi Perpetuą i Felicytą… Trudno o lepsze połączenia kolorystyczne! Dzięki sztuce odpoczywam, sztuka inspiruje mnie do tworzenia. Uwielbiam Władysława Hasiora (jako mała dziewczynka, będąc w Zakopanem, wymykałam się z domu, aby obserwować artystę przy pracy), Witkacego, Zofię Stryjeńską. W ciągu ostatnich kilku lat nabyłam prace Kamili Kraus, Luki Łukasiaka, Kasi Jackowskiej, Anny Halarewicz czy Michała Żytniaka. Dla mnie Michał to taki współczesny Witkacy. Drugą rzeczą, na którą najbardziej na świecie lubię wydawać pieniądze, są perfumy. Moja kolekcja zapachów liczy 33 flakony. Są takie, z którymi nie umiem się rozstać. Gdy dowiedziałam się, że firma Rouge Bunny Rouge wycofuje się z Polski, od razu zrobiłam zapas ulubionego zapachu Embers. Dwie nieodpakowane buteleczki czekają na swoją kolej. 20:00 Po pracy chodzę na zajęcia jogi. Trudno usiedzieć mi w miejscu, a joga pozwala na wyciszenie i skupienie. Kiedy zrobi się cieplej, wracam na rower. Razem z mężem jeździmy na długie wycieczki do Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Kochamy góry. Przynajmniej cztery razy w roku ruszamy w polskie Tatry.

fot. z archiwum projektantki

Nie zawsze tak było. Gdy miałam sześć lat, podczas wędrówki w Tatrach razem z tatą spadliśmy w przepaść. Nic nam się nie stało, ale lęk wysokości towarzyszył mi przez lata. Pojawiał się nawet w trakcie jazdy ruchomymi schodami w centrum handlowym. Postanowiłam go przezwyciężyć i teraz nie wyobrażam sobie życia bez gór. Zanim przestałam, jak to mówią górale, „szlifować Krupówki”, minęło trochę czasu. Ale metodą małych kroków weszłam w ubiegłym roku na Mnicha. Byłam z siebie bardzo dumna. Dla kogoś z lękiem wysokości ten szczyt to wyzwanie. Kiedy jesteśmy w Warszawie, uczymy się wspinaczki pod okiem instruktora. Na ściance jesteśmy przynajmniej raz w tygodniu. Lubię chodzić do opery i teatru. Niedawno oglądałam Kolację dla głupca w teatrze Ateneum. Wieczory to także czas na pójście do kina (ostatnio widzieliśmy Dawn Wall: wspinaczka po rekord oraz Zimną wojnę), dobrą książkę (polecam Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci. Historia Wandy Rutkiewicz) czy seriale na Netflixie i HBO. Aby zobaczyć kolejne odcinki Sense8, nie spałam pół nocy. 22:00 Przed snem mam jeden rytuał: muszę nałożyć na ciało coś, co pięknie pachnie, na przykład balsam Naturativ Cuddling. W nadgarstki wcieram ulubione perfumy. Zapachy przywołują wspomnienia. Podczas wakacyjnych wyjazdów specjalnie kupuję olejki, mydła, żele pod prysznic lokalnych firm. Używam ich na miejscu, a potem zabieram do Polski. Ostatnio byliśmy na Maderze. Jak pachnie? Orientalnie. Głównie paczulą. 

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie