Poznaj mniej oczywiste, a bardziej intrygujące oblicze Tajlandii
fot. Getty Images

Poznaj mniej oczywiste, a bardziej intrygujące oblicze Tajlandii

Większości z nas kojarzy się z rajskimi plażami, smakowitym jedzeniem i wszechobecnymi świątyniami Buddy
08.07.2018

Kojarzy się z rajskimi plażami, smakowitym jedzeniem i wszechobecnymi świątyniami Buddy. Ale Tajlandia ma też mniej oczywiste, a bardziej intrygujące oblicze. 

Tekst Joanna Góra


Cokolwiek napiszemy o Tajlandii, ktoś już o tym pisał, można więc tylko pokusić się o własne refleksje. Dla mnie to w pierwszej kolejności królestwo domków dla duchów, obowiązkowych przy każdym budynku, niezależnie od tego, czy stawiasz bambusową chatkę, budujesz willę, hotel, czy fabrykę. Tajowie są przesądni, wierzą w duchy i w mistyczną energię, która jest wszędzie i która może sprawić, że czyjeś życie potoczy się tak albo inaczej. Duchy muszą mieć swoje miejsce, trzeba je codziennie karmić i każdego dnia składać im ofiary. Na szczęście nie są wybredne – owoce, ryż, kawałek kurczaka, wieprzowiny, koniecznie woda. Poza tym obowiązkowe są figurki zwierząt: słoni i koni do przejażdżek, bawołów i świń do gospodarstwa. I oczywiście kwiaty, dużo jak najmocniej pachnących kwiatów, oraz czerwonej truskawkowej fanty… tak, właśnie tego znanego napoju gazowanego. Duchy go uwielbiają, kolor czerwony symbolizuje krew, a ona w kulturze tajskiej oznacza życie. Owoce i napoje są ofiarami dla duchów składanymi, by podziękować za powodzenie lub poprosić o ochronę i nienękanie mieszkańców. Ofiary składane są co rano. W czasie porannej modlitwy pali się również kadzidełka, które odpędzają złą energię. Na koniec dnia, kiedy mamy pewność, że duchy dobrze się posiliły, owoce oddaje się bezdomnym lub zwierzętom, w ostateczności wyrzuca. Napoje zawsze są wylewane.

O duchy trzeba dbać, inaczej się obrażą i sprowadzą nieszczęście. Tajowie wierzą, że dawniej hulały po ziemi, dobrze sobie żyjąc, dopóki nie pojawił się człowiek. Ten zaburzył ich spokój i dobrobyt, zagarnął ziemię dla siebie. Aby je uspokoić, udobruchać, uniknąć walki między światem ziemskim a duchowym, zaczęto budować dla nich domki. Stąd zawsze, gdy powstaje nowe miejsce dla człowieka, musi powstać też sala phra pum, schronienie dla duchów. Jeżeli remontujemy albo rozbudowujemy swoją nieruchomość, w budżecie trzeba uwzględnić upiększenie i powiększenie ich domku. Te spirit houses zdecydowanie były dla mnie największym odkryciem. Piękne plaże i dobre jedzenie możemy znaleźć w wielu miejscach na świecie, ale tutejsza wiara we wszechobecne duchy to coś, co uwodzi. 

Pai, mekka backpackersów

Zupełnie nieoczekiwanie urzekła mnie północna prowincja Chiang Mai. Urozmaicone krajobrazy, najwyższe góry, wodospady, rzeki idealne do uprawiania raftingu, szerokie doliny porośnięte ryżem, herbatą i owocami tropikalnymi, do tego chłodniejszy klimat – to kusząca alternatywa dla umęczonych upałem południa, znudzonych leżeniem na plaży, wycieńczonych przeludnionym i głośnym Bangkokiem. Pai jest niewielkim, sennym miasteczkiem, niezwykle popularnym wśród tak zwanych zachodnich turystów, szukających relaksu, spokoju i luźnej atmosfery, lubiących spać w hamaku w bambusowej chacie nad brzegiem rzeki Pai lub prowadzić egzystencjalne rozmowy do rana. Położone jest tylko 130 kilometrów od stolicy prowincji, miasta Chiang Mai, ale podróż trwa co najmniej trzy godziny, głównie z powodu setki zakrętów. Leży wśród gór, niedaleko granicy z Birmą, otoczone dżunglą, wioskami mniejszości etnicznych, rwącymi rzekami i wodospadami. W latach 90., kiedy w tamtym rejonie uprawy opium były wciąż poważnym problemem, Pai przyciągało ekshipisów i wszystkich uzależnionych od opiatów, poszukiwaczy tak zwanej wolności, rozczarowanych kapitalistycznym światem. Tajlandia oficjalnie uporała się z biznesem narkotykowym, choć jeszcze w latach 40. ubiegłego wieku dochody z opium stanowiły 21 procent legalnych przychodów państwa. To już przeszłość, ale warto odwiedzić rejon owiany tajemnicą, by poczuć dreszcz emocji i podniecenia. Złoty Trójkąt to miejsce, które przez lata było tłem powieści szpiegowskich, filmów o gangach narkotykowych i królach opium. Zajmuje obszar większy niż Polska (350 tys. km kw.), tam spotykają się granice trzech państw: Tajlandii, Laosu i Birmy. Co zostało z tamtych lat? 

 


Bazar w Chiang Mai / fot. Getty Images

 

House of Opium, czyli muzeum narkotyków, w Sop Ruak, to jedna z ciekawszych atrakcji. W całości wykuty we wnętrzu góry, gromadzi informacje o narkotykach od czasów starożytnej Mezopotamii po współczesne wojny z kartelami i najnowocześniejsze metody przemytu. Dziesiątki multimedialnych nagrań, dźwięki, filmy, a nawet wnętrze XVIII-wiecznego frachtowca wraz z odgłosami załogi pozwalają przenieść się w czasie i zrozumieć fenomen narkotyków. Dla mnie dość zaskakujący był diagram z instrukcją, jak wyprodukować morfinę i heroinę z opium. Ciekawostką są też tablice, które szczegółowo opisują zarówno negatywne, jak i pozytywne efekty jego palenia. Lista jest całkiem długa po jednej i po drugiej stronie. Widzę też autentyczny list gończy za pozostającym na wolności baronem narkotykowym, można zarobić dwa miliony dolarów… 

Wracając do Pai: miasteczko szczęśliwie nadal powściągliwe w swojej dynamice (w porównaniu z Bangkokiem) oferuje mnóstwo atrakcji. Działa tu wiele agencji, których pracownicy z uśmiechem zorganizują trekking, rafting czy wyprawę do gorących źródeł. Atmosfera jest przyjemna, sprzyja relaksowi. Na każdym rogu czekają kursy kuchni tajskiej, masażu, jogi czy reiki, bez problemu można wypożyczyć rower lub skuter. 

Chiang Rai i White Temple

Chiang Rai, wcześniejsza stolica regionu i handlu opium, współcześnie odwiedzana jest głównie ze względu na nietypową świątynię – Wat Rong Khun, powszechnie znaną jako White Temple, czyli Biała Świątynia. Pomysłodawcą, architektem i głównym fundatorem był Chalermchai Kositpipat, znany tajski artysta. To nie jest po prostu kolejny ośrodek kultu, ale niekonwencjonalna prywatna galeria sztuki w stylu buddyjskiej świątyni. W 1996 roku artysta przejął kompletnie zniszczony klasztor i stworzył własną świątynię. Obecnie   dostępne są dwa obiekty, docelowo ma być ich dziewięć. Wizję Kositpipata wspiera ogromny zespół ponad 120 artystów, architektów, rzeźbiarzy i pracowników budowlanych. Szacuje się, że ukończenie całego projektu zajmie co najmniej kolejne 50 lat. Ciekawe, że cała budowa finansowana jest z prywatnych pieniędzy artysty (do dziś ponad 1,2 mln dol.) oraz funduszy od donatorów, ale nie można wpłacić więcej niż 10 tysięcy bahtów (ok. 1130 zł). Chodzi o to, żeby nikt nie miał większościowego wpływu na projekt. Sam artysta uważa świątynię za ofiarę dla Buddy, pragnie, aby obszar do niej przylegający był ośrodkiem edukacji i medytacji oraz by ludzie mogli czerpać korzyści z buddyjskich nauk. Do świątyni wiedzie most, symbolizujący cykl odrodzenia, strzeżony przez strażników – pół ludzi, pół ptaki. Przy wejściu na most po obu stronach z ziemi wyłaniają się setki żebrzących rąk, które oznaczają niepohamowane pragnienia, chciwość i piekło. Po dziewiczej bieli, podbitej wmurowanymi lusterkami, odzwierciedlającymi błyszczącą mądrość Buddy, wchodzimy do wnętrza świątyni. I tu niemałe zaskoczenie. Otaczają nas wirujące pomarańczowe płomienie i twarze demonów przeplatane z wizerunkami zachodnich idoli. Jest tu Michael Jackson, Neo z Matrixa, Freddy Krueger, Terminator. Są obrazy wojny nuklearnej i ataki terrorystyczne. Główny demon ma w jednym oku twarz George’a Busha, w drugim Osamy bin Ladena. Przesłanie jest jasne: ludzie są niegodziwi. Choć nie do końca rozumiem obecność Supermana, Harry’ego Pottera i Hello Kitty… Murale to dzieła artysty i jego uczniów, regularnie powstają nowe, więc jeżeli za jakiś czas znów odwiedzimy Wat Rong Khun, obrazy będą inne.

Chiang Mai, designerski raj

Chodzić po Chiang Mai to przyjemność. Nie ma tłoku, spokojna, leniwa atmosfera. Wszędzie starożytne świątynie w północnotajskim stylu z bogatymi dekoracjami. Największe zaskoczenie to zakupy. Tajlandia raczej kojarzy się z kiczem, tandetą, bylejakością i podróbkami – taki obraz wyłania się ze wszechobecnych straganów. Stąd moje oczarowanie designerskimi wnętrzami hoteli, zaprojektowanymi przez lokalnych artystów. Galerie ze sztuką na wysokim poziomie, świetna moda, wyroby ze srebra, skóry, jedwabiu, supermodne w tym sezonie wyplatane torebki i koszyki… Okolica słynie z unikatowego rękodzieła, a miasto uważane jest za centrum tajskich rzemiosł. Liczba rzemieślniczych sklepów, które wykorzystują wielowiekowe techniki, robi wrażenie, niezależnie od tego, czy szukasz jedwabiu, ekologicznej odzieży, czy akcesoriów fair trade. Gdy młodzi twórcy mieszają tradycję z nowoczesnością, efekty tego aliansu są niebywałe.

Chiang Mai zawsze było znane jako miejsce kreatywne i pełne wyobraźni, a teraz koncentruje się na wspieraniu lokalnych projektantów. Co roku na początku grudnia przekształca się na tydzień w otwartą przestrzeń artystyczną. W różnych punktach miasta można wtedy oglądać wystawy i instalacje, brać udział w seminariach, pokazach i spotkaniach. Na Chiang Mai Design Week zjeżdżają się lokalni i międzynarodowi artyści, nowe talenty, projektanci, rzemieślnicy, studenci, kreatywni przedsiębiorcy… Dla mnie to must-see w 2018 roku!

 

Artykuł pojawił się premierowo w czerwcowym numerze magazynu Harper's Bazaar Polska.

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie