Najważniejsze lekcje mody, jakich udzieliła nam Carrie Bradshaw
fot. Getty Images

Najważniejsze lekcje mody, jakich udzieliła nam Carrie Bradshaw

Żaden serial nie wpłynął w takim stopniu na życie kobiet i na to, jak się ubieramy, jak „Seks w wielkim mieście”.
22.10.2018

Mówiły o tym, o czym my wszystkie myślimy… i absolutnie rozumiem przyjemność, jaką czerpią z zabawy modą. Mam tak samo, a one jeszcze mówią, że wszystko jest dozwolone”, opowiadała dziennikarce New York Timesa jedna z fanek serialu Seks w wielkim mieście, 29-letnia konsultantka ds. oprogramowania. Był rok 1999, a produkcja HBO została okrzyknięta objawieniem. Już po jednym sezonie (pierwszy odcinek został wyemitowany 6 czerwca 1998 roku) było wiadomo, że odniosła wielki, międzynarodowy sukces, którego skala zaskoczyła nawet twórców. Perypetie czterech przyjaciółek – singielek po trzydziestce, granych przez Sarah Jessicę Parker (Carrie Bradshaw), Cynthię Nixon (Miranda Hobbes), Kim Cattrall (Samantha Jones) i Kristin Davis (Charlotte York) – śledziły miliony kobiet na całym świecie. Pierwszy raz w historii telewizji serial opowiadał o wyzwolonych i niezależnych mieszkankach wielkiego miasta, które w ulubionej knajpie przy porannej kawie rozmawiają otwarcie o miłosnych podbojach i relacjach damsko-męskich w sposób, w jaki do tej pory robili to tylko mężczyźni. W przeciwieństwie do bohaterek wielu innych filmów Carrie, Miranda, Samantha i Charlotte nie były obiektami seksualnymi w minispódniczkach i wydekoltowanych bluzkach. Były kimś o wiele ważniejszym.

Stylistka Carrie Bradshaw zdradza swoje sposoby na świetny wygląd

fot. Getty Images

Dwadzieścia lat temu, u progu trzeciego tysiąclecia, serial zapoczątkował prawdziwą rewolucję obyczajową. Wpływał na to, jak kobiety się czuły, jak się zachowywały, wreszcie – jak się ubierały. Zanim pojawiły się blogi modowe i influencerki, w czasach, gdy nikt nie słyszał jeszcze o Instagramie i hasztagach, o pokazach mody relacjonowanych na żywo w internecie i platformach e-commerce z modą luksusową, to Seks w wielkim mieście wyznaczał trendy. Trudno znaleźć inną produkcję telewizyjną czy kinową, która odegrałaby tak znaczącą rolę w kreowaniu współczesnej mody.

Sprawczynią tej rewolucji była kostiumografka, projektantka i stylistka Patricia Field. Sarah Jessica Parker poznała Field w 1995 roku na planie filmu Miami Rhapsody. Panie szybko się zaprzyjaźniły i to Parker poleciła Field producentowi Seksu…, Darrenowi Starowi. To był strzał w dziesiątkę. Już pod koniec pierwszego sezonu było wiadomo, że piątą bohaterką serialu jest właśnie moda. Kobiety nie tylko zaczęły śmielej wyrażać siebie – jak Carrie, Miranda czy Samantha – ale również chciały wyglądać jak one. Każdy odcinek przynosił nowe stylizacje i inspiracje. Z perspektywy czasu lekcje stylu, które dały współczesnym kobietom cztery przyjaciółki, można sprowadzić do trzech najważniejszych zasad.

Po pierwsze: moda to zabawa

To z pewnością najważniejsze stylowe credo serialu. O ile sposób ubierania się Mirandy (prawniczki), Samanthy (specjalistki od public relations) i Charlotte (marzącej o dobrym zamążpójściu właścicielki galerii) można określić jako barwny, lecz nieco zachowawczy – bo ściśle związany z ich życiem zawodowym – o tyle styl Carrie (felietonistki) był taki jak ona sama: zaskakujący, eklektyczny, pełen nieoczywistych elementów, które tylko z pozoru do siebie nie pasowały. Carrie kochała modę (w jednym z odcinków policzyła, że w jej garderobie stoją buty warte łącznie 40 tysięcy dolarów). Ale, co najważniejsze, nie przejmowała się konwenansami; zasadami, co wypada nosić, a czego nie. Łamała stereotypy, momentami wprawiając w konsternację nawet swoje koleżanki. Potrafiła założyć bawełniane podkolanówki do zdobionych kryształkami szpilek, naręcza pereł do zwykłego bawełnianego T-shirtu, plastikowe klipsy do eleganckiego futra, duże kwiatowe broszki do delikatnych bluzek na ramiączkach, a męską koszulę przewiązywała w talii skórzanym paskiem, zmieniając ją w ten sposób w minisukienkę. Zdarzało jej się nawet nosić buty nie do pary.

Serial okazał się nie tyle źródłem, ile wręcz morzem inspiracji, a triki modowe Carrie można było później oglądać na wybiegach Nowego Jorku, Mediolanu czy Paryża. Co ciekawe – jak przyznała sama Patricia Field – nie wszystkie jej pomysły od razu spotkały się z uznaniem producenta. Tak było w przypadku jednej z najpopularniejszych stylizacji Seksu… – białej tiulowej spódnicy i różowego body, w których Parker wystąpiła w czołówce serialu (dzisiaj ten zestaw uważa się za równie kultowy co mała czarna Givenchy ze Śniadania u Tiffany’ego). Na tę spódnicę Field trafiła przypadkiem w jednym z nowojorskich sklepów z odzieżą używaną. „Znalazłam ją w koszu z rzeczami za pięć dolarów i pomyślałam: biorę! Pokazałam ją Sarah, była zachwycona”, wspominała w jednym z wywiadów. Darren Star był mniej do tego przekonany. Kultową scenę z przejeżdżającym autobusem, na którym Carrie dostrzega swoją podobiznę, nakręcono w trzech różnych kostiumach. Field udało się jednak przekonać Stara, aby wybrał wersję z tiulową spódniczką. „W otwierających kolejne odcinki napisach musimy mieć coś oryginalnego, co będzie ponadczasowe i wciąż aktualne bez względu na sezon”, argumentowała. I nie myliła się. Podobnie jak 20 lat temu młode dziewczyny noszą dzisiaj spódnice baletnicy w zestawie z tenisówkami albo szpilkami i żadnej nie przejdzie nawet przez myśl zapytać siebie przed lustrem: „Czy to aby na pewno do siebie pasuje?”.

Po drugie: niech żyje vintage!

Za sprawą Seksu… do masowej świadomości trafiły marki luksusowe, a o modelach torebek Baguette od Gucci czy Saddle od Diora zaczęły marzyć fanki serialu na całym świecie. Ale zamysłem Field nie było promowanie najnowszych trendów z wybiegów. Wręcz przeciwnie. „Wykorzystywaliśmy ubrania od projektantów tylko wtedy, gdy konkretna rzecz pasowała do opowiadanej w danym momencie historii”, wyjaśnia kostiumografka.

Field zależało przede wszystkim na autentyczności głównych bohaterek. Garderoba Carrie, Mirandy czy Charlotte miała być jak szafa każdej z nas, gdzie nigdy nie wiszą wyłącznie ubrania z najnowszych kolekcji. Do jej ulubionych miejsc, w których zaopatrywała serialową garderobę aktorek, należały komisy z odzieżą („Można tam znaleźć jedyne w swoim rodzaju rzeczy sprzed kilku sezonów”), outlety, takie jak amerykański Century 21 („Udawało mi się kupić sample, które nigdy nie trafiły do produkcji”), lokalne sklepy odwiedzane podczas zagranicznych podróży i oczywiście butiki vintage. Zakupy w tych ostatnich scenarzyści uczynili nawet jednym z wątków serialu. W którymś z odcinków Carrie szuka idealnej sukienki vintage za siedem dolarów, która będzie pasować do szpilek za 300 dolarów. Wielokrotnie kostiumy upolowane przez Field lub jej asystentów w sklepach vintage były brane za kreacje od Balenciagi czy Thierry’ego Muglera i zachęcały kobiety przed telewizorami do podobnych łowów. Czy ktoś pamięta, by przed obejrzeniem Seksu… robił zakupy
w second-handach?

fot. Getty Images

Po trzecie: ubranie dopasowuj do okazji

To tylko pozornie brzmi banalnie. Dla Carrie każde wyjście stawało się pretekstem do stylowych metamorfoz, a karnawał trwał dla niej cały rok. Kiedy spotykała się z Billem Kelleyem, nowojorskim politykiem, niczym Jackie Kennedy zakładała lekki camelowy płaszcz (jak ten słynny od Halstona) i kanciaste okulary w stylu lat 70. Gdy umawiała się z Wade’em Adamsem – twórcą komiksów o superbohaterach, wiecznym piotrusiem panem – jak nastolatka nosiła króciutkie szorty i kolorowe koszulki. A kiedy Mr. Big oznajmił, że wyjeżdża służbowo do Paryża, ostatniego wieczoru przed jego wylotem Carrie wyglądała jak urodzona paryżanka, z kolei na spotkanie z jego matką udała się w zestawie spod znaku klasycznego American look (sukienka za kolana i białe rękawiczki). Kilkanaście odcinków później ukochany zachorował. Co na to Carrie? Opiekowała się nim, ubrana w strój kuszącej pielęgniarki. Bradshaw nauczyła nas, by mody nie traktować zbyt serio, inspirować się ulubionymi postaciami i minionymi epokami, nonszalancko i bez zadęcia. Czy nie do tego zachęcają teraz projektanci i magazyny o modzie?

Choć ostatni z 94 odcinków Seksu… wyemitowano w 2004 roku, popularność serialu nie słabnie, a Carrie Bradshaw pozostaje ikoną stylu. W tytułowym wielkim mieście organizowane są wycieczki śladami czterech singielek, a budynek w East Village, w którym znajdowało się mieszkanie Carrie, to punkt obowiązkowy dla wszystkich fanów Seksu… przybywających do Nowego Jorku. Liczba chętnych do zrobienia sobie pamiątkowego zdjęcia na kultowych serialowych schodach była tak wielka, że mieszkańcy budynku zawiesili u ich podstawy łańcuch i tabliczkę z prośbą o niewchodzenie, uszanowanie własności prywatnej i ciszę. Wisi tam do dziś.

Na Instagramie jednym z najmodniejszych modowych kont jest @everyoutfitonsatc (ponad 500 tysięcy obserwatorów), przywołujący najbardziej stylowe momenty serialu. Na dowód tego, że garderoba głównych bohaterek Seksu… mimo upływu czasu nie straciła na ważności, założycielki profilu – projektantka mody Chelsea Fairless i pisarka Lauren Garroni – wielokrotnie sugerowały, jakoby najnowsze kolekcje Balenciagi, Marca Jacobsa czy Louis Vuitton inspirowane były stylem serialowych postaci. Ale nawet jeśli to mocno naciągana teza, świadomość, że Carrie założyłaby ogromne sneakersy, buduarowe szorty i wyszywany surdut od Louis Vuitton na spotkanie z koleżankami w Central Parku, sprawia, że ta stylizacja staje się jakoś mniej kontrowersyjna.

Polecane wideo

Komentarze

Polecane dla Ciebie