„Przez ścianę” w reżyserii Macieja Sobieszczańskiego triumfował na 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Srebrne Lwy otrzymał Łukasz Ronduda za „Powiedz mi, co czujesz”. Nagrodzono także „Hot Spot”, „Dobrego chłopca” i „Exotic”. Jaki obraz rodzimego kina wyłania się po jego najważniejszym święcie?
Faworytem 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni od początku była „Ojczyzna”. Na długo przed wydarzeniem chodziły jednak słuchy, że polskim filmowcom nie podoba się decyzja o przyjęciu produkcji Pawła Pawlikowskiego do konkursu. Część z nich rozważała nawet, czy warto w ogóle zgłaszać filmy na festiwal, skoro i tak nie miałaby szans w starciu z obrazem światowej sławy reżysera. Padały różne argumenty na poparcie tej tezy. Po pierwsze, „Ojczyzna” miała nieporównywalnie większy budżet od rodzimych produkcji (10 milionów euro). Po drugie, to właściwie „nie jest polski film”.
Pisałem o tym przy okazji ogłoszenia, że „Ojczyzna” została polskim kandydatem do Oscara, ale powtórzę raz jeszcze. Apeluję o to, by skończyć z traktowaniem kina w kategoriach narodowych. Granice są umowne, nieustannie je zacieramy, przyjmujemy różne punkty widzenia. Co ważne, fundusze międzynarodowe nie są nowym wynalazkiem. Na długo przed Pawlikowskim za częściowo zagraniczne pieniądze filmy kręcili Agnieszka Holland, Andrzej Wajda i Krzysztof Kieślowski.
Czy nagrodzenie Złotymi Lwami filmu „Przez ścianę” miało być żółtą kartką dla „Ojczyzny”, swoistym sygnałem ostrzegawczym, że Festiwal Polskich Filmów Fabularnych wyróżnia tylko to, co stuprocentowo „polskie”? Nie zdziwiłbym się; w końcu podobne głosy słyszeliśmy już przy okazji nagród dla „Silent Twins” Agnieszki Smoczyńskiej i „Dziewczyny z igłą” Magnusa von Horna. Usłyszymy je też pewnie przy okazji nagrody dla Ansona Boona, którego rola w „Dobrym chłopcu” Jana Komasy została doceniona w Gdyni. Bo czy brakuje w Polsce zdolnych aktorów? Cudze chwalimy, swego nie znamy?
„Przez ścianę” objawieniem festiwalu? Reżyser Maciej Sobieszczański proponuje nowy język filmowy
Sukces Macieja Sobieszczańskiego jest jednak zasłużony. „Przez ścianę” to znakomite kino. Złośliwi porównują je z „Ojczyzną”, wytykają pokrewną estetykę i manierę, ale to tylko przypadkowa zbieżność. „Przez ścianę” to manifest innej wrażliwości.
Scenariusz filmu powstawał latami, Sobieszczański kilkakrotnie upadał pod jego ciężarem. Z początku historia Wiesławy Pajdak i Jerzego Śmiechowskiego wydała mu się trywialna. Dwoje ludzi, miłość, wspólne życie. Zaskakujące były jednak okoliczności ich spotkania.
W 1947 roku łączniczka i powstaniec zostali aresztowani dzień po dniu. Z początku nie mieli jednak pojęcia o swoim istnieniu. Trafili do tego samego więzienia, na to samo piętro, do sąsiednich cel. Zaczęli rozmawiać ze sobą przez ścianę, wystukując słowa alfabetem Morse’a. Zakochali się, zaręczyli, a po raz pierwszy zobaczyli dopiero w dniu ślubu, którego udzielono im w więzieniu.
„Przez ścianę” działa najsilniej wtedy, kiedy ogranicza się tylko do obrazu. Najpierw kilkanaście minut wystukiwania słów morsem, później krótka przebitka na opuchniętą dłoń w misce z zimną wodą. Innym razem udaje się bohaterom zrobić wyłom w ścianie, przez dziurkę przeciągają sznurek, który zastępuje im dotyk. Na wszystko patrzymy oczami Wiesi. Nie widzimy, kto jest po drugiej stronie. Słowa są zbędne i zwyczajnie niewystarczające.
Największym wyzwaniem dla twórców było opowiedzenie bez przemocy o realiach stalinowskiego terroru. Sobieszczański postanowił, że nie będzie pokazywał go wprost. Ograniczenia okazały się twórcze, uskrzydlały. Podczas naszej rozmowy na festiwalu w ramach cyklu „Harper’s Bazaar”. „Więcej kina…”, reżyser nie chciał wyjaśniać swoich decyzji dotyczących formy i struktury filmu. Unikał technicznych pojęć i rozwodzenia się nad niuansami pracy na planie.
– Wymyśliłem sobie, że ta opowieść to podróż od ciemności do światła – mówił reżyser, tłumacząc wybór minimalistycznej formuły. – Jeśli robimy poważne kino, to nie jest to namysł nad historią, ale właściwie nad losem ludzkim. Musieliśmy sobie odpowiedzieć na podstawowe pytanie: czy jest zło na świecie? Ale najważniejsze to pozostawić widza w nadziei. Immanuel Kant stwierdził kiedyś, że trzy rzeczy definiują nas jako ludzi: skąd przychodzimy, dokąd idziemy i co nam daje nadzieję. Dla mnie miłość przynosi tę nadzieję.
Na 51. FPFF mocno wybrzmiały filmy o miłości i wolności ekspresji
Miłość to duże słowo, ale może właśnie ono było najczęściej odmieniane przez przypadki w tegorocznym konkursie. Historia niczym o „Romeo i Julii w czasach PRL-u” („Nasza rewolucja” o Jacku i Gajce Kuroniach), filmy o miłości do muzyki i bycia na scenie („Violetta Villas” i „Mniej obcy” o liderze zespołu Lady Pank). W Polsce od co najmniej dekady panuje urodzaj konwencjonalnych biografii, moda na rekonstruowanie życiorysów i tworzenie mitologii bohaterów minionej epoki.
Na szczęście Łukasz Ronduda, nagrodzony Srebrnymi Lwami, nie przywiązuje się tak bardzo do rzeczywistości. „Powiedz mi, co czujesz” powstało z inspiracji twórczością i kilkoma chwilami z życia artysty Patryka Różyckiego. Nie jest to kino opatrzone przypisami, kurczowo trzymające się faktów. Ronduda zrzuca maskę kuratora sztuki, bardziej od portretu malarza interesuje go chłopak, który ze wsi przeniósł się do stolicy. W tym prostym filmie udaje mu się zmierzyć z trzema wielkimi tematami: kulturą terapii (i jej wykrzywieniami), awansem klasowym (i całą jego pozornością) oraz sztuką postrzeganą jako forma komunikacji niezrozumiała, hermetyczna i zarezerwowana dla znawców.
Film Rondudy jest również filmem o miłości, ale bardziej niż klasycznie rozumiana miłość romantyczna liczy się tu potrzeba zrozumienia, poznania i wyrażenia samego siebie. W Gdyni ten postulat wybrzmiał kilkakrotnie – zarówno u Rondudy, jak i w „Exotic” Sonji Orlewicz-Zakrzewskiej. To jedne z najlepszych filmów tej edycji, może dlatego, że najbliżej im do współczesności. Historyczny sztafaż, anturaż i scenografia z epoki do niczego nie są tu potrzebne.
W Polsce potrzebujemy kina gatunkowego i, co ważniejsze, pozbycia się kompleksów
W Polsce wciąż nie mamy wiary w kino gatunkowe. Owszem, w tym roku na festiwalu pokazano dystopię („Czas, który nie nadszedł”), horror („Òpi”), science fiction („Hot Spot”), wariacje na temat thrillera i westernu („Dziki, dziki Wschód”), ale problem polega na tym, że traktujemy je z pobłażliwością. Nieważny efekt, ważne, że powstają – na to zdanie trafiłem kilkakrotnie podczas festiwalu. Znajomi krytycy i krytyczki z automatu włączali taryfę ulgową i zawyżali oceny filmom gatunkowym za sam fakt ich istnienia i pojawienia się na festiwalu.
Takie podejście prowokuje do zadania szeregu pytań o to, czym jest polskie kino w 2026 roku, z czego jest formowane, gdzie się plasuje i czy powinno gonić za zachodnimi standardami. Podczas festiwalu zapytałem debiutujące twórczynie o to, czego życzyłyby polskiemu kinu na najbliższe lata. Usłyszałem: „odwagi”, „różnorodności”, „szaleństwa”, „wiary w to, że przy naszych budżetach można opowiadać historie bez kompleksów”. Dodałbym do tej listy jeszcze jedno – żebyśmy nie porównywali się na każdym kroku z innymi i robili kino po swojemu. Kino, które nie udaje i nie upodabnia się do wzorców płynących z zewnątrz.
Na festiwalu, w ramach powtórki z klasyki, można było zobaczyć „Salto” Tadeusza Konwickiego z 1965 roku. To kino na wskroś polskie, mówiące coś ważnego o Polsce i Polakach, pełne ostrych diagnoz społecznych dotyczących polskiej mitologii narodowej, naszego męczeństwa, naszych kompleksów i złudzeń, jakimi żyjemy. Najważniejsze, że to kino osobliwe, do niczego niepodobne, niemające odpowiednika ani w Polsce, ani nigdzie indziej. Życzyłbym polskiemu kinu, żeby chadzało własnymi ścieżkami.
