Poszukiwanie uniwersalnych przepisów na dobry gust grozi utonięciem w morzu powtarzalnej i bezosobowej nudy. Dlatego lepiej skupić się na pięknym, choć zagrożonym gatunku, jakim jest gust własny. I praktykować grzybobranie, czyli swobodne przemieszczanie po kategoriach i podbieranie sobie z nich według upodobania.
W jednym z odcinków talk-show „Subway Takes”, w którym prowadzący Kareem Rahma pyta pasażerów nowojorskiego metra o ich zaskakujące opinie, jedna z rozmówczyń (konsultantka kreatywna i modelka Maria Alia) prowokuje – a może nie do końca? – mówiąc, że ludzie z małych miejscowości są ciekawsi niż ci z wielkich miast, bo mają w życiu bardziej pod górkę. W wielkim mieście o inspiracje można potknąć się na ulicy, świat dookoła to scena, a jedyne, co ogranicza możliwości pławienia się w kulturze, modzie to czas i pieniądze. W mniejszej miejscowości, gdzie środowisko wymusza jednorodność, i jest mniej opcji do wyboru, swoje upodobania i styl konstruujesz na podstawie tego, co uda ci się znaleźć i na co natrafiasz. Najczęściej jesteś też swoją własną konkurencją i punktem odniesienia. Inni machają ręką na twój ekscentryzm, albo pobłażliwie pytają, kiedy wreszcie dorośniesz. To uproszczenie na potrzeby formatu talk-show. Nie ma żadnych pewnych dróg. Ale ta krótka wymiana zdań wskazuje na coś istotnego: żeby znaleźć, trzeba trochę pobłądzić. Żeby odkrywać, trzeba pozwolić sobie na odrobinę pozytywnie rozumianej niewiedzy, otwartość na przypadek. Dziwna piosenka, którą kiedyś puścił znajomy, i od tamtej pory już wiesz, że lubisz wolne tempa i szorstkie głosy. Film, na który trafiasz, przeklikując kanały późnym wieczorem, i nic o nim nie wiesz, ale patrzysz jak w hipnozie. Te kilka zdjęć, które sprawiają, że zaczynasz zwracać uwagę na minimalistyczne kolczyki, ale za to masywne buty. Tak powstaje własny gust.
Czym jest „własny gust”?
Słownikowa definicja gustu jest prosta – „to, co nam się podoba”, lecz w praktyce jest bardziej ulotną i złożoną kwestią. Proponuję, żeby od razu pominąć rozważania nad kwestią gustu złego i dobrego. Poszukiwanie uniwersalnych przepisów na dobry gust kończy się zatonięciem w morzu powtarzalnej i bezosobowej nudy, a przypadki ludzi, których gusta w potocznym rozumieniu mogłyby uchodzić za złe, krzykliwe, czasem tak pasują do ich ujmujących osobowości, że zmiana ich stylu byłaby grzechem. Lepiej skupić się na pięknym, choć zagrożonym gatunku, jakim jest gust własny. Ludzie, których gust podziwiam, zazwyczaj należą do amatorów. A amator to po łacinie miłośnik – i oni tacy właśnie byli. Najważniejsze dla nich było to, co im się podobało, i czym szczerze się interesowali. Ich prywatne kolekcje zarówno rzeczy, jak i wspomnień były bardzo zróżnicowane. Te osoby cechowała otwarta głowa, umiejętność ciągłego uczenia się, niechęć do tego, by skreślać cokolwiek z góry. Tak jak potrafili w nijakiej powieści znaleźć dwa świetne zdania, tak dobierali do niepozornego, taniego ciucha taką resztę, że błyszczał jak diament. A przede wszystkim naprawdę z tych rzeczy korzystali. Podbierali sobie treści kultury czy przedmioty z różnych półek i wszystko to stawało się ich częścią.
Przekonanie o własnym guście chroni przed niepewnością, która wiąże się z uwikłaniem w panoptikon ocen. Z reguły sędziowie istnieją jedynie w głowie niepewnego siebie człowieka. Niezależnie od tego taki stan ducha musi naprawdę utrudniać życie, ciążyć. Co do tego nie mam wątpliwości. W ostatnich latach mieliśmy możliwość poznać wiele dzieł kultury – decyzję, czy można je uznać za dobre czy jedynie modne, pozostawiam już wam – w których jak refren powraca poczucie niedopasowania i dojmującej niewiedzy o tym, co wypada. Od „Lat” Annie Ernaux przez „Normalnych ludzi” Sally Rooney po „Małe pająki” Łukasza Barysa i dziesiątki innych tytułów – czytelnicy i widzowie wciąż chcą podążać za człowiekiem, który w domu nie czuje się akceptowany, a w wielkim świecie ciąży na nim piętno intruza. Nie wątpię, że to musiało trafiać w czułe punkty czytających i nie mam prawa podważać ich reakcji. Przyznam jednak, że od początku brakowało mi w tych opowieściach kontry, którą znałam tak dobrze z rzeczywistości. Zbyt wielu poznałam ludzi, którzy byli outsiderami, i wszystko wskazywało na to, że mogli czuć się przez to gorsi, jednak swoją postawą dowodzili czegoś zupełnie przeciwnego – rozmachem eklektycznych zainteresowań i swobodą, wręcz dezynwolturą w poznawaniu świata i kultury w naturalny sposób zarażali innych.
Czy „dobrego gustu” można się nauczyć?
Dzieła mówiące o niespełnieniu człowieka awansującego, są nasycone rozumieniem gustu w duchu szkoły Pierre’a Bourdieu, filozofa i antropologa, który przekonywał, że to, co – jak twierdzimy – cenimy i lubimy, nie jest w rzeczywistości naszym wyborem. Uważał, że to albo rezultat przyswojenia sobie habitusu otoczenia, czyli niewypowiedzianej wiedzy o tym, jak się żyje, albo dążenie do tego, by dopasować się do grupy, do której mamy ambicje należeć. W tej grze odniesień proporcje nie są rozłożone równo, bo o tym, co jest „dobrym gustem” decydują ci bardziej wpływowi. To wiedzie do rozczarowań, napięć i frustracji. Sama zawsze wolałam Michela de Certeau, francuskiego filozofa i jezuitę. Już sam fakt, że napisał tak niepokorne czy wręcz anarchizujące dzieło jak „Wynaleźć codzienność” i pozostał przy tym zakonnikiem, budzi respekt. Według de Certeau, ludzie jako użytkownicy i uczestnicy rzeczywistości, znajdują własne, zazwyczaj niezgodne z pierwotną intencją sposoby korzystania z przedmiotów, miejsc, a także po swojemu rozumieją i interpretują dzieła kultury. Karty być może są z góry rozdane, ale to nie znaczy, że nie da się oszukać przeznaczenia. De Certeau pokazuje, że ludzie mimo wszystko, i na szczęście, nie muszą być aż tak próżni, w obu znaczeniach tego słowa – wypełniając głowy cudzą treścią, i myśląc jedynie o tym, by robić na innych wrażenie.
Filozof użył niezbyt pięknego słowa: „kłusownictwo” na swobodne przemieszczanie się po klasach i kategoriach, i podbieranie sobie z nich według upodobania – nie dla napawania się swoim znawstwem czy nonkonformistycznej pozy, ale ze szczerej potrzeby. Może najbardziej pasowałoby tu polskie „grzybobranie”? Bo z taką właśnie bezpretensjonalną postawą wobec kultury spotykałam się w wielu polskich domach, gdzie na półkach stały obok siebie składanka disco polo, kasety z piosenkami Ewy Demarczyk czy Marka Grechuty i do tego coś z klasyki, zupełnie się nie gryząc. Język angielski pomaga dopowiedzieć tutaj coś, co w polskim nie jest od razu oczywiste: samoświadomym można być na swoją korzyść, ale też na zgubę. Self-aware jesteśmy wtedy, gdy znamy siebie samych dobrze, wiemy, co lubimy, i to dodaje nam pewności w codziennych wyborach. Self-consciousness oznacza natomiast skrępowanie, brak swobody w naszym zachowaniu wynikające ze świadomości, że ktoś nas obserwuje. Wierzę, że z własnym gustem jest podobnie: dopóki skupiamy się na tym, co nas ciekawi, styl kształtuje się wraz z nami. Gdy chcemy sprostać wymogom jakkolwiek rozumianego „dobrego gustu”, kończymy w eleganckim, lecz niedopasowanym ubraniu. „Gust jest jak mięsień”, mówi powiedzenie. Ale jak go trenować? Nauka na cudzych błędach nie zaszkodzi, a taki kurs rozgrywa się przed naszymi oczami. Tech bros, potentaci technologiczni, cierpią, ponieważ świat wie, jak nieciekawe z nich osobowości. Dlatego, jak pisze „The New Yorker”, starają się wyrobić dobry gust, ale powierzchownie, tak jakby czytali poradnik: jak zostać estetą w weekend. Ich gust nie może być ani zły, ani dobry, prawdopodobnie w ogóle nie istnieje, bo brakuje im punktu wyjścia: realnego zainteresowania światem. A z pustego i Salomon nie naleje; jak głosił napis na murze przy moim domu, „biedny ten, kto ma tylko hajs”! Kyle Chayka w książce „Spłaszczony świat”, pisze o tym, że algorytmy starają się programować gusta i wręcz je zastępować, tak jakby wiedziały, co polubimy, zanim zdążymy o tym pomyśleć. Bądźmy od nich sprytniejsi i idźmy na grzybobranie.
Artykuł ukazał się we wrześniowym wydaniu „Harper's Bazaar Polska”. Zamów numer już dziś z wygodną dostawą do domu.
