Kobietom kazano nie tylko pragnąć, ale przede wszystkim pragnąć właściwie. Czysto. Wystarczająco niezależnie. Świadomie. Oczekuje się od kobiety, by wiedziała, czego chce, zanim jeszcze poczuje, a pragnienie tak nie działa.
„Czy to, że tak bardzo zależy mi na tym, żeby ten mężczyzna mnie pragnął, jest oznaką słabości? Czy to jest niefeministyczne?” – pyta koleżanka. Słyszę w jej głosie wahanie, czy w ogóle powinna o tym mówić. Czy takie pragnienie nie czyni z niej obiektu? Czy da się pogodzić poczucie odrębności i własnej siły z tym dziecinnym – a może całkiem dojrzałym – pragnieniem bycia chcianą i wybraną?
Kobiece pragnienie i jego paradoks
Zygmunt Freud miał powiedzieć, że to, czego pragną kobiety, jest jedną z największych zagadek ludzkości. Ale pytanie jest źle postawione. Prawdziwa zagadka brzmi: czym w ogóle jest kobiece pragnienie, i jak powstaje – bo już w jego istocie tkwi pewien paradoks.
Pożądanie jest siłą bez celu – pisze amerykańska pisarka i eseistka Siri Hustvedt. Energią, która pcha nas naprzód, ale donikąd nie prowadzi. Wbrew pozorom, jego treść wcale nie jest nasza. Rodzi się z kultury i kontekstu, w którym żyjemy. Nie istnieje czyste pożądanie. Jego siłą napędową jest intensywne napięcie, które nakazuje wciąż czegoś szukać. Poczucie pustki, braku, chcenia. Oraz paląca potrzeba, żeby je czymś zapełnić. Ta potrzeba zderza się z tym, czego społeczeństwo pozwala nam chcieć i pragnąć, z nakazami i regułami, które narzuca. Jaka jest więc natura kobiecego pożądania, skoro kultura przez stulecia dekretowała, że kobieta ma przede wszystkim pragnąć tego, żeby pragnął jej mężczyzna?
I kto jest tu właściwie podmiotem? Kto pożąda? Feministyczna krytyka męskiego spojrzenia zakwestionowała sprowadzenie kobiety do roli obiektu, bycia oglądaną. Niemniej czy przy okazji nie pojawił się inny rodzaj trudności, nowe tabu? Mianowicie – że są takie pragnienia, których powinnyśmy się wstydzić? Pragnienia niesłuszne i niemoralne? W pytaniu koleżanki pobrzmiewa przecież jakiś rodzaj autocenzury. Czy więc, paradoksalnie, mimo że kobiety nie są już, tak jak kiedyś, zawstydzane przez innych z powodu swoich pragnień, same dziś bacznie testują własne uczucia pod kątem „przyzwoitości”?
Dekady zajęło uwolnienie się od przekonania, że kobieca atrakcyjność ma być podporządkowana wyłącznie męskiej przyjemności. Zarazem – wiele z nas pragnie być obiektem pożądania. Ta potrzeba naraża nas na sprowadzenie do bycia rzeczą. Dopóki jednak myślimy o pożądaniu w kategoriach opozycji, gdzie ktoś jest dominujący, a ktoś uległy, ktoś jest podmiotem, a ktoś przedmiotem, dopóty pozostajemy w pułapce. To nie jest wybór między doświadczeniem żywiołowego pragnienia albo popadnięciem we „wsteczniacką” zależność. Pragnienie ze swej natury jest pełne ambiwalencji i przewrotności. Niezachwiana jasność zabija pożądanie.
Znam to raczej z rozmów niż z wzorców kulturowych. Jest rzeczą oczywistą, że wiele kobiet chce być dostrzeżonych także ze względu na swój wygląd, ale towarzyszy temu zakłopotanie, jakby coś takiego automatycznie skazywało je na bierność i zależność. A zależność jawi się w dzisiejszym świecie jako największe zagrożenie.
Dlaczego relacje wymagają pracy?
Tymczasem nie ma bliskości bez zależności. Jednocześnie wszystko to, co wiąże się z bliskimi relacjami – intymność, niejasność, podatność na zranienie – staje się coraz trudniejsze do udźwignięcia. Psychologia w instagramowej wersji „pop” każe bezbłędnie rozpoznawać, czego chcemy, jasno to komunikować i nieustannie pilnować własnych granic. Tyle że to fikcja. Owszem, relacje wymagają negocjacji, ale nie da się ich do negocjacji sprowadzić.
Tę pułapkę wyraźnie pokazuje Katherine Angel, filozofka i autorka „Tomorrow Sex Will Be Good Again”. Kobietom kazano nie tylko pragnąć, ale przede wszystkim pragnąć właściwie. Czysto. Wystarczająco niezależnie. Świadomie. Żąda się od kobiety, by wiedziała, czego chce, zanim jeszcze poczuje, a pożądanie tak nie działa. Ono odkrywa się dopiero w kontakcie z drugim, nie wcześniej. Zapominamy przy tym, że częścią prawdziwego spotkania jest pewien rodzaj utraty kontroli. Zderzenie z niepewnością. Poznawanie siebie w sposób, którego nie da się ustalić z góry. Dzisiejsza popularna opowieść o autonomii – ta, którą słyszymy w językach coachingu i „pracy nad sobą” – gubi przy okazji cenną prawdę: język naszego pożądania jest z natury chwiejny, niejasny, tajemniczy. Jest odkrywany, a nie ustalany i wymyślany od zera.
Być może koleżanka nie pytała wcale o to, czy wolno jej pragnąć, lecz raczej, czy wolno jej pragnąć tak bardzo, że popadnie w zależność od wyboru kogoś innego? I czy nie jest to zdrada samej siebie?
Jednak ten dylemat opiera się na pomyłce, bo mylimy dwie rzeczy: bycie pożądaną i bycie sprowadzoną do przedmiotu. Jessica Benjamin, psychoanalityczka i jedna z feministycznych krytyczek Freuda, pisze, że pragnienie uznania jest elementarną ludzką potrzebą. Idzie przy tym dalej – pokazuje, że nie mamy gotowego ja, które wchodzi z innymi w relacje. Stajemy się sobą przez to, że ktoś nas rozpoznaje. Dlatego potrzeba bycia widzianą nie jest słabością dojrzałej kobiety – jest sposobem, w jaki w ogóle istniejemy. Pragnienie może być doświadczeniem wzajemności, a nie tylko relacją, w której ktoś poddaje się pragnieniu drugiego.
Sens tego doświadczenia nie sprowadza się tylko do tego, czy jestem chciana. Raczej do tego, czy ktoś mnie w ogóle widzi. Można przecież być bardzo pożądaną i nie czuć się widzianą wcale. A można włączyć w pożądanie to, co uchodzi za powierzchowne – atrakcyjność, piękno, ciało – w taki sposób, że czyni nas ono nie mniej, lecz bardziej obecnymi. Stawką jest właśnie to: wzajemne uznanie. Coś, na co wciąż nie do końca umiemy znaleźć nazwę.
W ostatnim wywiadzie, udzielonym magazynowi „Life” niedługo przed śmiercią, Marilyn Monroe – kobieta, w którą wpatrywały się miliony – mówiła, że patrzono na nią jak na lustro, nie jak na osobę. Widziano w niej to, co chciano widzieć. Symbol pożądania, który pod spojrzeniem innych i w blasku fleszy spychał prawdziwą osobę w niewidzialność i osamotnienie. Tym, co raniło ją najdotkliwiej, nie było samo bycie pożądaną, ale właśnie ten gest czynienia z niej przedmiotu, odbiciem dla cudzego pragnienia, bez wzajemności. Oto różnica pomiędzy byciem czymś do oglądania a kimś, kogo można widzieć.
To zaskakujące, że ta obawa i zarazem głęboka potrzeba – w innym już kontekście i innych realiach – trwa do dziś. Czy można więc pragnąć być pożądaną i przy okazji nie przestać być widzianą, a wręcz zbliżać się do spotkania z drugą osobą? Przeskoczyć logikę oglądania i bycia oglądaną na rzecz relacji widzenia i bycia widzianą? W pytaniu koleżanki, mimo jej poczucia zawstydzenia, skrywa się duża odwaga. Ona przyznaje, że nigdy nie jesteśmy absolutnie samowystarczalni. I że tym, co nas ożywia, jest właśnie ta niesamowystarczalność.
