To hasło ukochane przez pseudomędrców z Facebooka, komentatorów strzelających opiniami jak z karabinu i pop psychologów. Wystarczy otworzyć dowolny tygodnik, wywiad lub kuratorski opis wystawy sztuki współczesnej, by dowiedzieć się, że żyjemy w „niespokojnych czasach”. Tylko czy naprawdę w nich żyjemy? I czy kiedykolwiek ludzie żyli w innych?
Czy potrzebujesz koniecznie coś powiedzieć, choć brakuje ci pomysłu? Chcesz zdobyć się na skrzydlatą myśl, ale brakuje ci intelektualnego paliwa? A może szukasz pozorów społecznej diagnozy lub słownego brokatu? Masz początek zdania, ale nie masz końca lub na odwrót? Nie przejmuj się. W blokach startowych zawsze czekają na ciebie jedne z najbardziej znienawidzonych przeze mnie figur retorycznych: „w tych niespokojnych czasach” łamane na „czas niepokoju”.
Ukochane przez pseudomędrców z Facebooka, komentatorów strzelających opiniami jak z karabinu, pop psychologów i pop filozofów. Wystarczy otworzyć dowolny tygodnik, wywiad lub kuratorski opis wystawy sztuki współczesnej, by przeczytać:
„Żyjemy w czasach niepokoju i ciągłego kryzysu, w świecie podzielonym i fragmentarycznym”.
„Marzyłabym, żeby te piosenki dodawały sił w tych niespokojnych czasach”.
„Jak wychować dziecko w niespokojnych czasach?”
„W niespokojnych czasach kultura może dać chwilę wytchnienia”.
Co to znaczy „niespokojne czasy”?
Aż chciałoby się powiedzieć: mówisz, że żyjemy w niespokojnych czasach? To wskaż, proszę, czasy spokoju. Śmiało, otwórz podręcznik do historii lub rekord konkretnego roku w Wikipedii i przyznaj z ręką na sercu, że to akurat były bardzo spokojne czasy. Bo przecież takie musiały istnieć, skoro mówimy o tych dzisiejszych jako niespokojnych, prawda?
Obecnie, kiedy czytamy o niespokojnych czasach, intuicyjnie rozumiemy, że chodzi o wojnę toczącą się przy polskiej granicy. Czasy niepokoju potrafią oznaczać niepokój wewnętrzny wywoływany przez technologię, ekrany i media społecznościowe, widmo sztucznej inteligencji zabierającej nam pracę, a w jeszcze bardziej pesymistycznym scenariuszu doprowadzającej do zagłady ludzkości. Podsumowując: mamy solidne podstawy do niepokoju. Ale czy kiedykolwiek ich nie mieliśmy?
Od kiedy mamy „niespokojne czasy”?
Szybka kwerenda pokazuje, że w obiegu medialno-publicystycznym niespokojne czasy istnieją od dawna.
Rok 1919, we fragmencie z „Dziennika Śląskiego” czytamy: „Czasy niepokoju i zamętu dotknęły i naszej gminy”.
Rok 1980, wpis z dziennika polskiej pedagożki Haliny Semenowicz: „Wieczorem byłam na mszy św. przed pierwszym piątkiem miesiąca i odbyłam spowiedź. Od razu poczułam się spokojniejsza i szczęśliwsza, co w tych niespokojnych czasach ogólnego zagrożenia jest wielką łaską”. Autorka miała na myśli protesty Solidarności.
Rok 1999, Bogdan Suchodolski, filozof i marszałek Sejmu, napisał: „Żyjemy w trudnych czasach. W życiu wewnętrznym człowieka, podobnie jak i w życiu zbiorowym wzrasta chaos”.
W 2000 roku artykuł z „Pulsu Biznesu” podsumowywał budowę zakładu produkcji samochodów marki Daewoo: „dziwi się, że w tak niepewnych czasach firma zdecydowała się na jego ukończenie”.
Rok 2015: „Żyjemy w niepewnych czasach, więc chcielibyśmy wiedzieć, co nas czeka”, diagnozował Adam Grzeszak w „Polityce”.
Gdzie podziały się czasy spokojne?
Niespokojne czasy to figura retoryczna, która w zależności od momentu historycznego wypełnia się inną treścią. Mieliśmy niespokojne czasy w trakcie lockdownu, później z niepokojem obserwowaliśmy inflację. Jako społeczeństwo przeżyliśmy niespokojne lata 80., burzliwe lata 90., trudne dla wielu lata zerowe. I tak w nieskończoność. Okazuje się, że żyć oznacza nie wiedzieć, co przyniesie jutro, i niepokoić się o przyszłość. Gdzie podziały się czasy spokojne? Może ci, którzy o nich piszą, porównują teraźniejszość z czasami swojego dzieciństwa, które dla szczęśliwców bywają beztroskie? A może jednak po prostu ignorują setki lat historii?
Dlaczego tak mnie to denerwuje? Może irytują mnie wszystkie myśloidy, odgrzewane refleksje podawane czytelniczkom i czytelnikom przez ludzi, którzy akurat myślenie i diagnozowanie mają wpisane w swój zawód. „Niespokojne czasy”, sformułowanie kompletnie ahistoryczne, zdaje się pomijać niepokoje poprzednich pokoleń i stuleci, mówiąc: „mój niepokój jest większy niż twój”. Ale czy mamy na to jakieś dowody oprócz poszlakowych? W głoszeniu tezy o niespokojnych czasach jest również coś narcystycznego: wyobrażenie, że nasze czasy są wyjątkowe i szczególnie niepokojące. Sugerowanie, że są wyjątkowo trudne, wydaje się nieprzyzwoite – w końcu żyjemy w najbardziej sytym momencie naszego kraju w historii, wreszcie możemy skorzystać z efektów polskiego sukcesu gospodarczego i dekad transformacji.
Czym jest szklane urojenie?
To zresztą zagadnienie, które od dawna mnie fascynuje. Czy ludzie kiedykolwiek nie uważali, że żyją w czasach wyjątkowych, szczególnych głównie przez fakt, że to akurat oni weszli na scenę świata?
Symptomatycznym przykładem tego, jak poczucie wyjątkowości czasów potrafi na nas wpłynąć, jest szklane urojenie. To rzadkie zaburzenie psychiczne, które zaczęło występować razem z upowszechnieniem się technologii produkcji szkła w XIV wieku naszej ery. Lustra i szklane naczynia były wtedy nowinką. Wraz z ich upowszechnieniem niektórzy szczególnie wrażliwi psychicznie ludzie zaczynali mieć przekonanie, że są zrobieni ze szkła. I w każdej chwili mogą się roztrzaskać.
Pierwszą znaną historii osobą, która tak uważała, był francuski król Karol VI. Utrzymywał, że jest zrobiony ze szkła i że najmniejszy dotyk może sprawić, że rozbije się na tysiące drobnych odłamków. Podobnych przypadków było sporo. Caspar Barlaeus, żyjący w XVII wieku humanista, po przeżytym załamaniu nerwowym obawiał się, że podczas siadania roztrzaska sobie pośladki, a księżniczka Aleksandra Amelia Bawarska wierzyła, że jako dziecko połknęła szklany fortepian. Wrażenie o własnej kruchości łączyło się z niepokojami i fantazjami na temat zdobyczy nowych technologii i niejasnej przyszłości. Brzmi znajomo?
Czy wszyscy nie mamy się do pewnego stopnia za bardziej kruchych, niż jesteśmy, pomstując na „niespokojne czasy”? A może tylko klepiemy zgrabne formułki w pogoni za kolejnym nagłówkiem i szybką diagnozą, zapełniając medialną przestrzeń intelektualnym slopem? A może jednak rzeczywiście żyjemy w niespokojnych czasach – z zastrzeżeniem, że nigdy nie żyliśmy w innych.
