„Ojczyzna” to wybór bez zaskoczeń. Kandydat do Oscarów to nic innego, jak czysta kalkulacja

„Ojczyzna” to wybór bez zaskoczeń. Kandydat do Oscarów to nic innego, jak czysta kalkulacja

„Ojczyzna” Pawła Pawlikowskiego została polskim kandydatem do Oscara. To wybór bez zaskoczeń, którego wszyscy się spodziewali, i który rodzi pytanie: czy podział współczesnego kina na reprezentacje narodowe ma jakikolwiek sens? 

Polski Instytut Sztuki Filmowej ogłosił właśnie, że polskim kandydatem do Oscara będzie „Ojczyzna” Pawła Pawlikowskiego. „Wybraliśmy film, który jest kompletnym, wielowymiarowym dziełem sztuki, opowiadającym uniwersalną historię, będąc jednocześnie niepokojąco aktualnym. […] Uważamy, że ten film jest ważnym głosem polskiej kinematografii w europejskim dyskursie intelektualnym” - tak komisja uzasadnia swoją decyzję.

Film opowiada o niemieckim pisarzu Tomaszu Mannie i jego córce Erice. O ich wspólnej podróży przez powojenne Niemcy. Stawia pytania o to, gdzie jest nasze miejsce na ziemi i do czego tak naprawdę przynależymy. Jeśli komuś zależy na doszukiwaniu się śladów Manna w Polsce, to ciekawostka: pisarz odwiedził Warszawę w 1927 roku. W kamienicy Fukierowskiej, gdzie dziś mieści się restauracja Magdy Gessler, spotkał się ze śmietanką polskich literatów, m.in. Jarosławem Iwaszkiewiczem i Julianem Tuwimem. 

Zewsząd docierają gratulacje dla Pawła Pawlikowskiego, ale i głosy sprzeciwu. Oto film, w którym wszyscy bohaterowie są Niemcami, mówią po niemiecku i tytułowej ojczyzny szukają właśnie w Niemczech, ma reprezentować Polaków? Czy to kolejny zamach na polską rację stanu?  

fot. materiały prasowe

Czym jest kino narodowe?

Pomyślmy: co w dzisiejszym świecie znaczy w zasadzie kino narodowe? Dwa lata temu Wielką Brytanię w wyścigu po Oscara reprezentowała „Strefa interesów”. Film w języku niemieckim, z niemieckimi aktorami, zrealizowany w Polsce, z udziałem polskich specjalistów. Jednym z nielicznych brytyjskich akcentów było nazwisko reżysera Jonathana Glazera. Jaka logika stała za takim wyborem? Prosta i słuszna. „Strefa interesów” to arcydzieło. Stara zasada, która zawsze się sprawdza, głosi: jak już stawiać, to na najlepszego konia. 

A kto zamiast Pawlikowskiego? Piotr Domalewski z filmem o Kuroniach? Emi Buchwald z filmem o wchodzeniu dorosłość na tle współczesnej Warszawy? Niby świetne filmy, a jednak ich koloryt jest zbyt lokalny. Najbardziej w miejscu Pawlikowskiego widziałbym Michała Marczaka z filmem „Bez końca”. Historia poszukiwań Krzysztofa Dymińskiego miała premierę w Sundance, a pod koniec października wejdzie do kin w całych Stanach Zjednoczonych, co jest nie lada osiągnięciem. W tym roku szerokiej dystrybucji w USA doczekało się zaledwie sześć dokumentów. No właśnie, i tu pojawia się problem. „Bez końca” to dokument, a te rzadko przebijają się w kategorii najlepszego filmu międzynarodowego. 

Jaki film został polskim kandydatem do Oscara 2027?

Kalkuluję, bo wybór filmu do Oscarów to nic innego, jak czysta kalkulacja. Liczy się kilka wskaźników: międzynarodowa premiera filmu (najlepiej gdyby odbyła się w Cannes), oceny największych branżowych czasopism i portali (im wyższe tym lepiej), nazwisko reżysera (jego międzynarodowa ranga i rozpoznawalność). A gdzie tu mowa o walorach filmu? No właśnie. Na Oscarach filmy są drugo-, a może nawet trzeciorzędną sprawą.  

Jeśli ktokolwiek jeszcze żyje w przeświadczeniu, że mówimy tu o święcie X muzy, to z przykrością muszę ściągnąć go na ziemię i wyprowadzić z błędu. Oscary to w pierwszej kolejności biznes. Hollywoodzkie studia filmowe prześcigają się w bookowaniu największych kin z rocznym wyprzedzeniem, by jak najdłużej pokazywać swoje filmy i ściągnąć przed ekrany jak najwięcej członków akademii. Znam opowieści osób, które prowadziły kampanie oscarowe polskich filmów. Już pojedynczy mailing do akademików kosztuje krocie, nie mówiąc o innych wydatkach na promocję. Najlepszy film to najczęściej ten, w którego wpompowano najwięcej dolarów. 

fot. materiały prasowe

Kampania oscarowa to również bankiety, na których liczą się uśmiechy, uściski dłoni i mrugnięcia okiem do wpływowych ludzi.  Trzeba się przymilać, łasić, zabiegać o uwagę i względy. Prosić, żeby ktoś ocenił nasz film i spojrzał na niego łaskawym okiem. Tym bardziej, jeśli mówimy o produkcjach spoza Stanów. Każdy akademik widział „Odyseję” Nolana, ale zapewne niewielu kojarzy kino z Ekwadoru, Macedonii czy Tajlandii.  

Nawiasem mówiąc, ciekawa jest sama sprawa weryfikacji, czy dany akademik zobaczył wszystkie filmy w danym sezonie, czy może wypełnił formularz głosowania na chybił trafił? Legenda głosi, że w kategorii najlepszego filmu animowanego wyboru za członków Akademii podejmują ich dzieci. Ci nie mają czasu oglądać wszystkiego, często pomijają właśnie animacje i niskobudżetowe produkcje z obcych krajów. 

„Ojczyzna” Pawła Pawlikowskiego polskim kandydatem do Oscara 2027

Pojawia się pytanie, które zadaję sobie od wielu lat: czy podział kina na narodowe, nie traci przypadkiem powoli na znaczeniu? Może już czas dać sobie spokój z systemem olimpijskim? Po co państwowe reprezentacje na Oscarach, skoro większość tytułów to międzynarodowe koprodukcje? Film wystawiony w tym roku przez Japonię, czyli „Niespodziewane” Ryûsuke Hamaguchiego, powstał za belgijskie, francuskie, niemieckie i japońskie pieniądze. „Ojczyzna” Pawlikowskiego to wspólna produkcja Francji, Niemiec, Polski i Włoch.  

Postuluję więc, żeby poszerzyć widzenie i wreszcie uznać, że kino to wspólna sprawa i wspólny sukces, który możemy świętować razem, ponad podziałami. Kino – rozumiane jako forma sztuki – od zawsze przekracza granice państw, jest uniwersalnym kodem. Jeśli idzie o pieniądze, kompletowanie budżetu w ramach funduszy międzynarodowych nie jest niczym nowym. Nie mówiąc już o sprawach oczywistych, że cały świat jest połączony, ludzie migrują, przez co łączą różne kultury i usuwają bariery między nimi. Niech „Ojczyzna” będzie zatem kandydatem widzów i widzek z całego świata – również tych, które nie rozumieją niemieckiego i nie wiedzą, gdzie Polska leży na mapie. 

Mateusz Demski

Dziennikarz, krytyk filmowy, filmoznawca. Publikował w „Przekroju”, „Przeglądzie”, „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, a także w portalach Dwutygodnik, Mint Magazine, GQ Poland, Onet i OKO.press. Autor kilkuset rozmów i wywiadów, m.in. z Wernerem Herzogiem, Bélą Tarrem, Jonathanem Glazerem, Terrym Gilliamem, Arim Asterem, Tildą Swinton, Sydney Sweeney i swoją babcią. Prywatnie tata małego Mikołaja.

Udostępnij