Dlaczego tak trudno rozmawiać nam o byłych związkach?

Dlaczego tak trudno rozmawiać nam o byłych związkach?

Jeśli w obecnym związku nie rozmawiacie o swoich byłych, to jesteście w większości. Ale nie gratuluję, bo to nie jest dobry pomysł – a tabu rozciągnięte nad poprzednimi partnerami ma co najmniej problematyczną historię.

Wyszedłem na chwilę się przewietrzyć. Wracam i słyszę, że moja żona opowiada znajomym o jednym ze swoich byłych. Przysiadam się, żeby posłuchać. Okazało się, że historię dobrze znam, ale nawet gdyby było inaczej, to tak samo porwałby mnie spektakl rozegrany na twarzy naszego wspólnego znajomego. Czymś się zadławił? Nie, ten jego wytrzeszcz oczu jest jednak kontrolowany. Z zaangażowaniem godnym mima próbuje ostrzec moją żonę, że właśnie się przysiadłem i – przynajmniej jego zdaniem – natychmiast powinna zmienić temat rozmowy. W końcu zlitowałem się i położyłem kres jego niewysłowionym cierpieniom: – Spokojnie, my rozmawiamy o swoich byłych. Nie udajemy, że ich nie było. Prawie się przewrócił.

Wiedziony ciekawością szybko sprawdziłem w drodze powrotnej do domu, kto tu może cieszyć się błogim poparciem większości, a kto jest mniejszościową awangardą. Jedyne badania z Polski, do których dotarłem, pochodzą sprzed dekady; wówczas osoby w wieku 18-35 lat jasno opowiedziały się w tej sprawie: połowa twierdziła, że w obecnym związku nie należy rozmawiać o byłych partnerach lub partnerkach, a tylko jedna na cztery osoby stwierdziła, że nie ma z tym problemu. Aha.

Czyli co to właściwie znaczy? Że wszystkie osoby towarzyszące nam w najbardziej emocjonalnych, osobistych, intymnych momentach życia mają zostać pogrzebane w czeluściach niepamięci? Wygumkowane ze zdjęć niczym radzieccy dygnitarze, którzy popadli w niełaskę totalitarnych władz? Dość nieuczciwe. Bynajmniej nie chodzi mi już o tych eksów – z jakichś powodów się przecież z nimi rozstajemy i czymś zupełnie naturalnym, zwłaszcza niedługo po rozstaniu, jest żywienie niechęci, rozżalenia czy nawet poczucia krzywdy. Tabuizując przeszłe relacje, jesteśmy jednak nieuczciwi przede wszystkim wobec samych siebie.

Czy byłych związków trzeba żałować?

Bo czy naprawdę bylibyśmy tymi samymi osobami, gdyby nie ten związek z czasów szkoły średniej? Albo ten kolejny, w którym mieliśmy już nie popełnić tych samych błędów? I jeszcze kolejny, który miał być – i może nawet był – zupełnie inny, ale też dobry tylko do czasu? Ile książek, filmów i miejsc byśmy nie poznali, gdyby nie skłonili nas do tego nasi byli? Czy na pewno jesteśmy takimi kowalami i kowalkami własnego losu i wszystkie nasze sukcesy to rzeczywiście tylko nasze sukcesy? Jestem przekonany, że jak uczciwie sięgniemy do swojej pamięci, to znajdą się tam dobre wspomnienia i też takie, które zwichnęły nam obraz relacji, odebrały poczucie bezpieczeństwa czy zaburzyły zaufanie do ludzi w ogóle. Jedne i drugie to wartościowa wiedza na temat nas samych.

fot. Oleh Slobodeniuk, Getty Images

Dlatego zawsze z ogromną ciekawością słuchałem o pierwszych zauroczeniach, zakochaniach, związkach, udanych romansach i nieudanych randkach. Gdyby nie ta ciekawość – zresztą odwzajemniona – miałbym poczucie, że znamy się wyrywkowo, a już na pewno nie mielibyśmy świadomości kontekstu, który wpłynął na to, dlaczego coś nas bawi i ekscytuje, a coś innego drażni i doprowadza do szału.

Bardziej jednak niż nawoływanie do tego, żeby spędzać randki na rozmowach o swoich byłych, interesuje mnie to, dlaczego aż połowa z nas uważa, że lepszym pomysłem jest życie w iluzji, jakby nigdy ich nie było. Zakładam, że chodzi pewnie o poczucie bezpieczeństwa. Tylko skąd bierze się pomysł, że przeszłość partnera lub partnerki może na nie negatywnie wpływać? Myślę, że zbudowaliśmy sobie to przekonanie na dwóch fundamentach. Aż ciśnie się na usta, że jeden gorszy od drugiego, ale niech będzie: jeden romantyczno-filozoficzny, a drugi historyczno-patriarchalny.

Za ten pierwszy odpowiedzialny jest Platon (a w zasadzie starożytny komediopisarz Arystofanes), więc ostrzegam, że chodzi o ideę dużo starszą niż aplikacje randkowe, situationships czy FWB – a mianowicie o założenie, że istnieje ta jedna jedyna osoba na całe życie. Brzmi pięknie, prawda?

Co Platon mówił o miłości?

Oto, co dało początek tej idei. W „Uczcie” Platona męskie towarzystwo zmorzone kacem rozprawia o miłości. Kiedy przychodzi kolej na Arystofanesa, opowiada on historię o tym, że pierwotnie ludzie byli kulistymi istotami o czterech rękach, czterech nogach i dwóch twarzach, a do tego tak zapatrzonymi w siebie, że zaczęli budować schody do nieba, żeby napaść na bogów. Zeus za karę rozciął każdego na pół jak „owoce na kompot”, a Apollo ściągnął im skórę na brzuchu jak sakiewkę i zawiązał ją na supeł, po którym został nam pępek.

Geneza pępka może robić wrażenie, ale istotą tej historii jest co innego. Od tamtej pory każda połówka tęskni za drugą, a kiedy ją wreszcie odnajdzie, jej dusza pragnie czegoś, czego nie potrafi nawet nazwać: zrosnąć się z tamtą i już nigdy się nie rozłączać. Nie musimy nawet znać tego platońskiego dialogu, żeby paść ofiarą tej koncepcji. Przekonanie, że do każdego z nas pasuje dokładnie jedna połówka, wrosło w kulturę i nasze umysły na kolejne wieki i epoki – nie bez powodu w „Wichrowych wzgórzach” Catherine stwierdza, że jej dusza i dusza Heathcliffa są utkane z tego samego materiału.

fot. Mauro Repossini, Getty Images

Co jednak znaczy ta koncepcja dla relacji, które się zakończyły? Wszystkie wcześniejsze związki były najwyraźniej przymierzaniem cudzych, niedopasowanych kawałków, pomyłkami, a ostatecznie czymś obrzydliwym – bo jak to tak stykać się nie tymi pępkami, którymi powinniśmy się stykać? Nie pozostaje nam nic innego, jak zapomnieć, wyprzeć, usunąć.

Drugi fundament, czyli ten jeszcze gorszy. Historycznie rzecz biorąc, dopiero od niedawna żyjemy w czasach, w których kobiet nie zmusza się do zamążpójścia, a jeśli już, to niezwykle rzadko. Odejście od aranżowanych małżeństw (choć podobno i ten zwyczaj wraca do łask jako kolejny mikrotrend) dało nam wszystkim romantyczną możliwość wybierania partnerów nie z ekonomicznego rozsądku, tylko z impulsu płynącego z serca. Jeszcze nie tak dawno małżeństwo było jednak przede wszystkim interesem majątkowym, a tzw. czystość kobiety, czyli brak wcześniejszych partnerów seksualnych, istotnie wpływała na jej wartość. Powód był prozaiczny: nie było testów DNA, więc dziewictwo panny młodej dawało przyzwoitą pewność, że jej pierwsze dziecko, a więc dziedzic ziemi, domu i nazwiska, jest dzieckiem męża. Brak tej gwarancji obniżał wartość całej transakcji i trzeba go było zrekompensować, np. wyższym posagiem. Przeszłość mężczyzny nikogo szczególnie nie obchodziła.

Dziś nikt rozsądny – świadomie nie biorę pod uwagę influencerów manosfery i ich mizoginicznych tyrad na temat tzw. body countu (liczby partnerów seksualnych) kobiet – raczej nie przyzna głośno, że partnerka z przeszłością jest mniej warta.

Kiedy udajemy, że naszych eksów wcale nie było w naszym życiu, wciąż zachowujemy się jednak tak, jakby to zaświadczało o naszej wartości. Dzisiejsze tabu byłych relacji jest więc iluzją o bardzo problematycznym rodowodzie, tyle że zdemokratyzowaną, bo obowiązuje – choć nie w pełni – obie strony.    

Dawid Krawczyk

Dziennikarz i autor książek, absolwent filozofii oraz filologii angielskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. Specjalizuje się w wywiadach i reportażach poświęconych zdrowiu psychicznemu, relacjom i sprawom społecznym. Autor książki reporterskiej „Cyrk polski” (2021) oraz współautor bestsellerowych książek o związkach romantycznych i psychologii: „Sztuka bycia razem” (2023), „Sztuka rozstania” (2025) i „Męska rzecz” (2025). Tłumaczy z angielskiego literaturę popularnonaukową i eseje . Reportaże, teksty publicystyczne i wywiady publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”,, „Tygodniku Powszechnym” i „Krytyce Politycznej”. Współpracował jako producent m.in. ze stacjami BBC, Euronews, Al Jazeera English, NPR. Wspólnie z Robertem Kowalczykiem prowadzi podcast Optimum dla „Vogue Polska”.

Udostępnij