To koniec pewnej epoki. Pokazem na sezon wiosna-lato 2027 Glenn Martens żegna się z Dieslem

To koniec pewnej epoki. Pokazem na sezon wiosna-lato 2027 Glenn Martens żegna się z Dieslem

Glenn Martens oficjalnie zakończył swoją sześcioletnią przygodę z marką Diesel. Finałowa kolekcja jego projektu opanowała media społecznościowe. Belg przemienił wybieg w bachanalia.

Zanim nastały rządy Glenna Martensa, Diesel znany był niemal wyłącznie z t-shirtów z logo marki i klasycznych, dobrze skrojonych dżinsów. W niespełna 6 lat belgijskiemu projektantowi udało się ulepić z tych niepozornych elementów fenomen, który skradł serca pokolenia Z. Teraz ta historia dobiegła końca.

Rewolucja Martensa w Dieselu

Pięć lat wystarczyło Martensowi, aby ukierunkować Diesela na zupełnie nową grupę odbiorców. Zidentyfikował na rynku niszę i postanowił ją zagospodarować. Diesel stał się eksperymentalny i odważny, jednocześnie utrzymując próg cenowy osiągalny dla młodszej klienteli. Marka stała się „the coolest kid on the block”.

Sześć lat temu mieliśmy tylko t-shirty i spodnie z pięcioma kieszeniami. A teraz? Jestem niezmiernie dumny ze wszystkich. To jeden z największych przywilejów móc oglądać, jak te wszystkie motyle rozpościerają skrzydła – powiedział Martens za kulisami pokazu na sezon wiosna-lato 2027 w Mediolanie.

Łabędzia pieśń Martensa dla Diesela uwzględniała wszystkie elementy, z którymi zaczęto go identyfikować przez ostatnie lata. Mistrzowskie wykorzystanie dżinsu z laserowymi cięciami, podkreślające sylwetkę graficzne trompe l’oeil, nieco sprana paleta barw. Wszystko to w różnym stopniu „rozebrania”.

Tu przedstawiamy selekcję naszych ulubionych sylwetek z kolekcji:

Klamra narracyjna

W 2026 roku projektanci rzadko kiedy mają okazję godnie pożegnać się z marką, z którą zżyli się przez lata pracy. Tu mamy jednak do czynienia z sytuacją wyjątkową. Martens zostaje w grupie OTB należącej do Renzo Rosso. Od teraz ma jednak skupić się wyłącznie na kolekcjach Maison Margiela, za które odpowiada już od dwóch sezonów.

Najwierniejsi fani twórczości Belga odnotowali zapewne, że osobą zamykającą jego finałowy pokaz dla Diesela była Ella Snyder. Wybór to o tyle nieprzypadkowy, że ta sama modelka otwierała prezentację jego pierwszej kolekcji dla marki pięć lat temu. Gdyby nie klubowa muzyka i całe zamieszanie na widowni, mogłaby się zakręcić łezka w oku.

Ella Snyder zamyka pokaz Diesela / fot. Spotlight.Launchmetrics
Diesel wiosna-lato 2027 / Fot. Spotlight.Launchmetrics

Bachanalia na do widzenia

Miles Socha, korespondent WWD, w swojej recenzji pokazu podkreślił, że widownia obecna na miejscu najprawdopodobniej nie będzie pamiętać ostatnich 20 stylizacji z kolekcji. Dieselowi udało się skutecznie przebić przez medialne zamieszanie wokół mediolańskiego tygodnia mody, organizując na trybunach przesiąknięty erotyzmem spektakl.

Obsadzeni w każdym rzędzie „agenci” projektanta zaczęli w pewnej chwili tańczyć szaleńczo w rytm remiksu „Love to Love You Baby” Donny Summer. Na nagraniach, które opanowały media społecznościowe, obserwować mogliśmy namiętne pocałunki, co najmniej niewybredne gesty oraz sceny jak z pogo na heavymetalowym koncercie.

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Post udostępniony przez LYST (@lyst)

Było to bardzo konsekwentne podsumowanie zmian, jakie Martens wprowadzał w Dieselu przez ostatnie lata. Marka stała się synonimem nieokrzesanego, chaotycznego seksu, imprez do rana i czerpania pełnymi garściami z tego, co oferuje miasto. Jedno jest pewne: następca Martensa ma wysoko zawieszoną poprzeczkę.

Diesel wiosna-lato 2027 / fot. Spotlight.Launchmetrics

 

Mateusz Dębicki

Redaktor online „Harper's Bazaar Polska”. Absolwent Middlesex University w Londynie na kierunku Fashion Communication. Doświadczenie zdobywał m.in. w redakcjach „Vogue India”, „GQ India” oraz „Wonderland Magazine”. Specjalizuje się w pisaniu o społeczeństwie i kulturze. Od najmłodszych lat entuzjasta sztuki komiksu – w szczególności prac Billa Sienkiewicza, Franka Quitely’ego i Alexa Rossa. Podejrzewa, że jego miłość do rysunku miała swój początek w fascynacji dziełami Jana Marcina Szancera z Andersenowskich „Baśni”. Ubolewa, że Maję Berezowską poznał stosunkowo niedawno. Zaległości nadrabia, intensywnie kolekcjonując znajdywane w antykwariatach wydania z jej ilustracjami.

Udostępnij