Deszcz pada wszędzie, ale to Brytyjczycy przekonali świat, że pada przede wszystkim u nich. Trencz Burberry, woskowana kurtka Barbour czy kalosze Hunter zrobiły z pogody element narodowego stylu. Polska moda nie ma jeszcze równie rozpoznawalnego mitu – nie dlatego, że brakuje jej własnych historii, lecz dlatego, że wciąż nie zdecydowała, którą z nich chce opowiadać światu.
Skąd wiedziałem, że w Londynie ciągle pada? To nie wiedza z „Małej Brytanii”, z piosenek Spice Girls ani nawet z „Harry’ego Pottera”. Nauczyło mnie tego Burberry – za sprawą swojego trencza. Odkąd pamiętam, marka sezon po sezonie pokazuje swój popisowy płaszcz w strugach deszczu: raz pognieciony i zadrukowany w krople wody (model na sezon wiosna-lato 2004), innym razem w zestawach z nasiąkniętymi materiałami i kolorami angielskiego nieba (na sezon wiosna-lato 2009). Prosta historia – trencz znaczy deszcz.
Jak Brytyjczycy ubierają się na deszcz?
Nieważne, czy faktycznie padało. Kiedy wybieg pokazu na sezon jesień-zima 2012-2013 opuszczała Cara Delevingne, rozległ się grzmot. Po przezroczystych ścianach namiotu zaczęły spływać strugi sztucznego deszczu. Patrząc na finałowe wyjście modelek w trenczach, publiczność pozostała sucha – na nią spadło tylko confetti. „Burberry miało pieniądze, żeby załatwić wszystko, od supermodelek po gwiazdy rocka” – napisała Jess Cartner-Morley z „Guardiana”. – „Wydali je na to, żeby w Hyde Parku padało”.
Zanim marka zaczęła płacić za deszcz, zarabiała na tym, żeby przed nim chronić. Thomas Burberry opracował gabardynę jako lekką i oddychającą alternatywę dla ciężkich wełen i gum, z których szyto „przeciwdeszczowe” płaszcze. Dziś tę ponadstuletnią drogę opowiada otwarta przedwczoraj w londyńskim Victoria&Albert Museum wystawa „The Burberry Trench: Crafting an Icon” – od wojskowego płaszcza chroniącego przed deszczem do „ikony współczesnej brytyjskości”. Bo tak, trencz nie znaczy dziś już po prostu: deszcz. Znaczy: Wielka Brytania.
Jaka jest brytyjska moda? Najwięcej skojarzeń podsuwa pogoda: tak, trencz Burberry, ale też woskowana kurtka Barbour, kalosze Hunter. Materiały na złą pogodę: tweed, wełna szetlandzka. Rzeczy z rodowodem: tartan, garnitur z Savile Row, sweter od Pringle of Scotland, tornister od Mulberry, a do tego szczypta posiadłości w Cotswolds. Dzisiejsze Burberry do tej arystokratycznej sielanki dorzuca klimat miasta: Olivia Colman wciela się w kampanii w miłośniczkę krykieta z etatem w smażalni. Parę rekwizytów i bez podpisu wiadomo, gdzie jesteśmy.
Co na jesień można znaleźć w polskich markach?
Jaki kraj, taki trencz. Francja dawniej sprzedawała światu Paryżankę w małej czarnej, dziś byłby to prędzej kardigan Sézane. Włochy mają pasek Diesel z wielką klamrą, USA – botki Marfa z Khaite. Kopenhaga dzianinami Ganni mówi o zrównoważonym rozwoju; Berlin – spodniami z dwoma rozporkami od GmbH pokazuje swoje undergroundowe imprezy. Każda scena ma swoją idée fixe.
A jaka jest polska moda? Odpowiedź zajmuje dwa piętra w Muzeum Włókiennictwa w Łodzi. „Nowa moda polska. Kronika głębokich uczuć” (której kuratorem jest szef działu mody „Harper's Bazaar Polska Marcin Różyc), zbiera ponad pięćdziesięcioro projektantów i bez szczególnej taksonomii zestawia obok siebie sarmatyzm, mitologię i folklor z techno, queerem i technologicznymi innowacjami. Arkadiusa fascynuje religia; Rad Duet – drag; Magda Butrym romantyzuje słowiańskość; MISBHV – klub. Pełne spektrum zainteresowań, od feministycznej sztuki u Acephali po odzież roboczą dla klasy kreatywnej Jana Chodorowicza. Z pewnością to jest polska moda, prawda? A może jest nią ulubione przez influencerki The Odder Side albo The Mannei? A może jeszcze inaczej – co, jeśli kwintesencją polskiej mody jest Reserved albo CCC? Polska moda nie ma problemu z tożsamością. Ma ich po prostu kilkanaście naraz. Skoro wszystkie są prawdziwe – bo są – to którą z nich należy opowiedzieć światu?
To dylemat, przed którym od niedawna stoi państwo. Jesienią zeszłego roku Instytut Przemysłów Kreatywnych uruchomił Polska_Kreatywni: Moda – pierwszy program systemowo wspierający polską modę, promujący ją jako element kultury i pracujący nad jej widocznością za granicą. Pierwsze decyzje już zapadły: marka Jan/F/Chodorowicz otrzymała grant na ekspansję w Japonii, Mariusz Przybylski na pokaz w Berlinie, a Tomasz Ossoliński – na kolekcję inspirowaną XIX wiekiem i wykłady o rzemiośle. Właśnie zamknął się londyński showroom dwunastu projektantów mody i biżuterii pod tytułem „Beyond Limits. Polish Visionaries”. Mimo nazwy wystawiającej samej sobie laurkę (dobrze, gdyby o wizjonerstwie zdecydowali odbiorcy), wybrane nazwiska pokazują szeroki przekrój polskości.
Jak państwo wspiera modę?
Po to właściwie są fashion weeki. Buyerzy i prasa muszą wiedzieć, po co jadą do danego miasta. Wiedzą, że w Paryżu obejrzą kunszt haute couture i silną reprezentację Japonii (12 procent całego kalendarza). Wiedzą, że w Tbilisi mogą szukać nowego Demny, a w Szanghaju następców Shushu/Tong. Kalendarz, selekcja i pieniądze podpowiadają zagranicy, co w danym kraju warto oglądać, i utrwalają krajowy mit. Bo deszcz pada wszędzie, ale nie wszędzie ma budżet na marketing.
Warszawa też próbuje pisać swój mit. Na tegorocznym Warsaw Fashion Week w trzy dni próbowano zmieścić slow fashion, młode marki, street style, bieliznę oraz „haute couture” (w cudzysłowie, bo metoda szampańska nie czyni szampana). Selekcja była tak szeroka, że trudno zrozumieć, co o polskiej modzie właściwie chciano powiedzieć. A oglądała to nie przede wszystkim branża – ta zamieniająca pokazy w zamówienia, publikacje i nowe rynki – tylko publiczność, której sprzedano bilety na luksusowe widowisko. Trochę jak z lotniskiem w Radomiu; najpierw był lśniący terminal i przecięcie wstęgi, potem pytanie: kto właściwie ma stąd latać?
Według dziennikarza Alana Connora Anglicy mają 188 określeń na deszcz. Jak szybko zorientowałem się po wyprowadzce do Wielkiej Brytanii, w Londynie wcale aż tyle nie pada. Tak samo londyńska moda nie kończy się na trenczu. Dilara Fındıkoğlu łączy gotyckie gorsety i wiktoriańskie konstrukcje z erotyką, Di Petsa inspiruje się greckimi mitami, Chopova Lowena miesza folklor z cheerleaderkami i golfem, a Grace Wales Bonner buduje klasycyzm z historii czarnej diaspory. Ani kropli deszczu, a jednak każda z tych marek jest na wskroś brytyjska.
Tak samo Polska wcale nie musi decydować, czy jest Magdą Butrym, MISBHV czy Arkadiusem. Musi tylko zdecydować, które z tych historii powtarzać na tyle głośno, żeby usłyszano o nich poza Polską. Burberry pokazuje, jak daleko może tu zaprowadzić konsekwencja. Po ponad 100 latach budowania swojego świata wokół deszczu trencz trafia do V&A jako ikona brytyjskości, a w 2028 roku galeria mody muzeum otworzy się jako „The Burberry Gallery”. Trudno o większy sukces producenta przeciwdeszczowej odzieży: stać się zarówno skrótem, jak i mecenasem brytyjskiej mody. Jak się więc ubrać na deszcz? Tak, jakby nigdzie indziej nie padało.
