Walczącą o Złote Lwy „Kobietę stanu wolnego” obejrzałam tego samego dnia co sześcioodcinkowy serial dokumentalny „Girls of Warsaw”. Kobiece kino społeczne w połączeniu z pozornym reality show o zarabiających miliony influencerkach to otrzeźwiająca kombinacja, którą polecam każdemu.
Z produkcji Amazon Prime Video dowiedziałam się, że twórczyni internetowa Ola Nowak płaci „za rent” na ulicy Złotej 44 około 20 tysięcy złotych miesięcznie. To jeden z najdroższych budynków mieszkalnych w naszym kraju. Z tą nowo nabytą wiedzą wybrałam się na film Elizy Godlewskiej i Alana Ruczyńskiego portretujący 50-latkę w kryzysie bezdomności, która marzy o własnym domu. Po seansie zajrzałam do najnowszego raportu GUS-u na temat gospodarki mieszkaniowej w Polsce. Dane pokazują, że w 2025 roku na najem komunalny oczekiwało 117,7 tysiąca gospodarstw domowych, a na socjalny 63,5 tysiąca. Wśród nich jest Roma (Ewa Konstancja Bułhak), fikcyjna bohaterka „Kobiety stanu wolnego”. – Pani Romo, mam dobre wieści, wszystko zostało ekspresowo rozpatrzone i kwalifikuje się pani na przydział lokalu – mówi kobiecie bezosobowy urzędnik ze sztucznym uśmiechem. Roma nie skacze z radości, bo słyszy to już drugi raz, a mieszkania nadal brak. Pierwszeństwo mają rodziny wielodzietne, osoby z niepełnosprawnościami, seniorzy i samotni rodzice. Pięćdziesięcioletnia zdrowa kobieta musi sobie jakoś poradzić. I sobie radzi. Roma ma kilka różnych fuch – pracuje na magazynie, sprząta mieszkania; jest sumienna i samowystarczalna. Dopiero po 10 minutach filmu dowiadujemy się, że za dom i nocleg służy jej własny samochód. Bez rodziny, zobowiązań i partnera, w ciągłym oczekiwaniu na swoje skromne cztery ściany – tak żyje kobieta stanu wolnego.
O czym jest film „Kobieta stanu wolnego”?
Czym jest wolność? Całkowitym oderwaniem od dóbr konsumpcyjnych? Lekkością bytu? A może stabilnością finansową? Eliza Godlewska i Alan Ruczyński poszukują odpowiedzi wraz z główną bohaterką, pokazując problem bezdomności z rzadko eksponowanej w mediach i filmie strony. Roma odeszła od partnera, z którym nie była szczęśliwa. Mieszkanie należało do niego, biznes także. Po rozstaniu została więc z niczym. Rozpoczynanie nowego życia po pięćdziesiątce brzmi raczej jak przekleństwo niż szczęście. Brak własnego kąta boli równie mocno, co samotność i utrata godności. Wszystkie te emocje malują się na twarzy wybitnej, choć za rzadko docenianej Ewy Konstancji Bułhak, aktorki znanej z seriali „Blondynka” czy „Ojciec Mateusz”. Naturalność aktorki oraz jej odwaga w psychicznym oraz fizycznym obnażaniu się przed kamerą sprawiają, że mamy do czynienia z jedną z najlepszych żeńskich ról tego sezonu.
„Kobieta stanu wolnego” niesie w sobie wrażliwość kina braci Dardenne czy Kena Loacha, z tym wyjątkiem, że w wizji Godlewskiej i Ruczyńskiego zamiast moralizatorstwa i ckliwości kryją się pewna pokoleniowa świeżość i autentyczność. Twórcy robią wszystko, by nie kreować bohaterki jedynie w roli ofiary. Jej niepewność, ale także sprawczość i gotowość do walki z systemowymi wiatrakami sprawiają, że Roma jest postacią z krwi i kości – człowiekiem, a nie statystyką. Jeszcze silniej przekonuje nas o tym druga połowa filmu, w trakcie której kobieta poznaje 20 lat młodszą od niej Martę (świetna Maria Sobocińska). Nieznajome różni na pierwszy rzut oka niemal wszystko – wiek, styl bycia, pochodzenie i rodzaj uprzywilejowania. Jedna wychodzi na prostą, druga się stacza. Roma marzy o innym życiu, ale stara się cieszyć z tego, które ma. Maria ma wszelkie powody, by być szczęśliwa, a jednak zmaga się z depresją. Starsza koleżanka z początku może i nie rozumie tej młodszej, mimo to wsłuchuje się w jej opowieść z uwagą i otwartością.
„Kobieta stanu wolnego” to przykład kina feministycznego
Duet debiutantów przedstawia widzom zabawny paradoks: ta, która ma niewiele, pociesza tę, która ma dużo i mogłaby mieć jeszcze więcej. Z ponad 20-minutowej rozmowy bohaterek płynie niepodrabialna siostrzana energia, znana jedynie osobom, które niejedną noc spędziły u przyjaciółki, dyskutując we łzach lub z radością o rozterkach codzienności. Dialogi napisane wspólnymi siłami przez filmowców brzmią kojąco znajomo. Pozbawione fałszu i pretensjonalności oddają perspektywę dzisiejszych zetek i millenialsów, którzy w epoce cywilizacyjnej samotności usiłują znaleźć sens tam, gdzie jeszcze dekady temu z większą łatwością odnajdywali go ich rodzice i dziadkowie. Mimo dzielących je różnic Roma i Maria rozmawiają ze sobą jak równa z równą. Wierzę, że ich wyznaniami nie pogardziliby mistrzowie ekranowej czułości: Joachim Trier czy Dag Johan Haugerud.
Rodzimi filmowcy zdecydowanie za rzadko zaglądają w dusze swoim bohaterom. Zdecydowanie za często podchodzą do międzypokoleniowych relacji z uprzedzeniem lub przymrużeniem oka. Dzięki filmom takim jak „Kobieta stanu wolnego” czuć, że coś w tym temacie zaczyna się zmieniać. Niespieszna ekspozycja postaci niektórym wyda się nudna, dla mnie stanowi dowód na to, że Godlewska i Ruczyński obdarzają Romę czułością, którą od dawna nikt nie chciał takiej bohaterki obdarzyć. Nie bez powodu w rozmowach z przedstawicielami władzy oko kamery zawsze skierowane jest tylko w jej stronę. Choć w jej oczach nie brakuje bezradności, twórcom udaje się sportretować pewien balans: między fatalizmem a nadzieją istnieje szara strefa, w której funkcjonują na co dzień miliony Polek i Polaków. Dlatego „Kobieta stanu wolnego” to przykład kina feministycznego, którego naprawdę potrzebujemy. Znacznie bardziej niż kolejnej kamery w domu warszawskiej influencerki.
