„Powiedz mi, co czujesz” to historia związku dwójki artystów, których radykalna sztuka bazuje na osobistych, bolesnych doświadczeniach. O roli i sile kina dyskutują – reżyser Łukasz Ronduda i aktorka Izabella Dudziak.
Mateusz Demski: Czy kino ma dla was wymiar terapeutyczny?
Izabella Dudziak: Mnie ukształtowało. Od Bruno Dumonta wzięłam melancholię, niepokój dostałam od Carlosa Reygadasa, a Leos Carax dał mi romantyzm. Mam takie marzenie, że nasz film też będzie odbierany jako romantyczny.
Łukasz Ronduda: Mam podobne typy. Caraxa uwielbiam, szczególnie jego poetyckie wizje miłości. Ważne dla mnie było też kino takich reżyserów, jak Noah Baumbach, Joachim Trier czy Dag Johan Haugerud. To mężczyźni mniej więcej w moim wieku, około pięćdziesiątki, którzy potrafią w czuły sposób opowiadać o emocjach. Utożsamiam się z kinem opartym na dramaturgii emocjonalnej, mniej bazującym na tradycyjnym konflikcie. A nasz film sytuuję w nurcie, który nazwałem roboczo „nowym kinem emocji”.
„Powiedz mi, co czujesz” wynika z obserwacji siebie, ale przede wszystkim z artystów i artystek młodego pokolenia, którzy w autentyczny sposób podchodzą do swoich emocji. Sztuka, podobnie jak terapia, jest dla nich narzędziem namysłu nad sobą, zbliżenia się do siebie i do innych. Fascynuje mnie, jak kultura terapii staje się naszym otoczeniem i codziennym językiem. Jestem fanem tej kultury.
ID: Ja długo nie byłam. Bałam się, że jeśli pójdę na terapię, stracę swoją siłę jako aktorka. Zacznę nazywać emocje, a poprzez to, oddzielę się od nich, ochłodzę je. A zależy mi na spontaniczności, autentyczności. Z perspektywy czasu, a jestem na terapii od prawie dwóch lat, rozumiem, że nazwane równa się znajome, a znajome jest czymś, nad czym można panować. Terapia pomogła mi zrozumieć sygnały, które przekazują mi inni. Mam więcej dystansu do sytuacji, które przyjmowałam impulsywnie.
Tworzenie filmu też opiera się na komunikacji i relacji.
ID: Pamiętam sytuację z planu, kiedy staliśmy z Jankiem przy kładce obok Zamku Ujazdowskiego w Warszawie, tam jest łąka i Łukasz powiedział: „zagrajcie romantyczną scenę”. I nagle słyszymy: „akcja!”. Nas zamurowało, nie wiedzieliśmy, co mamy robić: czy biegać, czy zbierać kwiatki na tej łące. Zaczęliśmy improwizować.
ŁR: Dla mnie praca nad filmem ma parę etapów. Bohaterowie, którzy są w scenariuszu, zmieniają się w momencie, kiedy pojawiają się aktorzy. Wtedy przepisuję pod nich tekst. Lubię to otwarcie się na siebie nawzajem, to wspólne poszukiwanie. Nie mam zadaniowego trybu, rygoru profesjonalnego realizowania projektu. Do filmu wchodzi dużo rzeczy, które pojawiają się spontanicznie.
Joachim Trier powiedział, że czułość to jest „nowy punk”. A dla Was, czym ona jest?
ID: Wow, ale fajne! Czułość znana jest z perspektywy matczynej, doświadczyłam jej jako dziecko. A teraz coraz częściej łączy się z też męskością. Praca z Jankiem [Sałasińskim, gra rolę Patryka – przyp. red], a jestem od niego prawie dziesięć lat starsza, była zetknięciem się z tym nowym rodzajem męskości. Zobaczyłam chłopaka z innego rozdania. Patriarchat czy seksizm stają się przy tym dwudziestoparolatku nieaktualnymi hasłami. W scenach intymnych czułam się z Jankiem bezpiecznie. A czułość to właśnie bezpieczeństwo, możliwość otwarcia się, pokazania wrażliwej strony.
ŁR: Nastawienie na empatię, czułość są ważne, bo te emocje uświadamiają nam, że tkwimy w klinczu. Skłócony świat napędzany logiką algorytmu jest nastawiony na podbijanie takich uczuć jak niechęć czy nienawiść, a te prowadzą do polaryzacji. Czułość to jedyna szansa, żeby spotkać się z osobami po drugiej stronie barykady. Wszyscy jesteśmy tak samo bezradni i tak naprawdę chcemy tego samego – być razem.
ID: Walka ego jest passé.
ŁR: Niech to będzie nasza odpowiedź na hasło „Tenderness is the new punk”.
Wywiad z Izabellą Dudziak i Łukaszem Rondudą pojawił się we wrześniowym wydaniu „Harper's Bazaar Polska”. Zamów numer już dziś z wygodną dostawą do domu.
