Dziewczyna z Lewina Kłodzkiego marzy o karierze piosenkarki. Kilka lat później śpiewa w Paryżu i Las Vegas. W kraju nazywa się ją wariatką. „Violettę Villas” wyreżyserowała Karolina Bielawska, a główną rolę zagrała Sandra Drzymalska.
Mateusz Demski: Jesteście fankami Violetty Villas?
Karolina Bielawska: To postać pełna sprzeczności – dla jednych diwa, dla drugich kiczowata ekscentryczka. Dziewczyna z biednego domu, która sięgnęła po to, co wydawało się niemożliwe. Violetta sama o sobie mówiła, że chce śpiewać, bo tylko wtedy czuje się wolna. Była artystką totalną.
Sandra Drzymalska: Czułam lęk spowodowany tym, że muszę się zmierzyć z taką postacią. Bardzo trudno było mi ją pokochać, ale dałam sobie na to czas i pod koniec zdjęć miałam dla niej ogromną czułość i zrozumienie.
„Pokochać” to duże słowo.
Sandra Drzymalska: Zwykle moje postaci zaczynają we mnie żyć. Stają mi się bliskie, może wręcz najbliższe w danej chwili. Poznaję je jak przyjaciół, a to oznacza, że muszę akceptować ich wady i zalety.
„Synonim szmiry”, „mitomanka”, „wariatka” – takie łatki przylgnęły do Villas. Prasa rzadziej zajmowała się jej tragicznym życiorysem: tym, że w wieku 16 lat pod przymusem wyszła za mąż, całe życie była samotna.
Sandra Drzymalska: Violetta mierzyła się z ogromną presją. Dzisiaj jej ekstrawagancja, sposób ekspresji na scenie, nie robiłby tak wielkiego wrażenia. Teraz artyści wyrażają siebie w różny sposób i potrafimy to docenić. Wtedy, czyli w szarej, komunistycznej Polsce, Violetta była ewenementem i kolorowym ptakiem. To był akt odwagi.
Jest jeszcze ten cały entourage – jej włosy to osobna legenda. Oprócz zrozumienia bohaterki, trzeba było się jeszcze do niej upodobnić.
Karolina Bielawska: O Boże, to była męka! Dla Sandry przede wszystkim, ale też dla nas wszystkich. Godzinami czekaliśmy, aż wyjdzie z garderoby…
Sandra Drzymalska: Charakteryzacja trwała około sześciu godzin. Na plan przyjeżdżałam o czwartej rano z charakteryzatorami i pracowaliśmy do dziesiątej, aż pojawiała się reszta ekipy. Potem czekało mnie dwanaście godzin pracy. Zmierzyłam się ze swoimi limitami, swoim ciałem.
Karolina Bielawska: Chodziło o to, żeby stworzyć całą postać, nie tylko zmienić twarz, ale również sylwetkę.
Sandra Drzymalska: Bywały dni, że byłam młodą, niepozorną Violettą, a później Violettą diwą występującą w Ameryce. Pogrubiano mi twarz i resztę ciała.
Karolina Bielawska: Efekt robi wrażenie! I Sandra potrafiła przez ten kostium „przebić się”, stworzyć postać z krwi i kości. Ważne było to, żeby uchwycić drobne gesty Violetty, nawet drgania krtani podczas występów. Nie przypominam sobie takiej metamorfozy w polskim kinie. Autorami charakteryzacji są Aneta Brzozowska, Anne Cathrine Sauerberg i Thomas Foldberg, którzy w tym roku byli nominowani do Oscara za Brzydką siostrę.
Czy świat pokochałby dziś Violettę Villas?
Sandra Drzymalska: Coś podobnego robi dzisiaj Rosalía, dla mnie jest odpowiednikiem Violetty. Ich piosenki są przeżyte, jest w nich ogromna emocjonalność i prawda. Jeśli obejrzysz fragmenty koncertów Violetty, zobaczysz, że ona nigdy nie ukrywała łez na scenie. Płakała ze wzruszenia, przeżytych emocji. To się niosło z serca.
Karolina Bielawska: Violetta miała odwagę być sobą. Wszystko robiła na sto procent. Kiedy miała zrobić sałatkę, cała kuchnia była w warzywach, bo nic innego w tym momencie nie miało dla niej znaczenia. Potrafiła cieszyć się chwilą, czerpała z życia garściami.
Czyli jednak fanki?
Karolina Bielawska: No chyba fanki, tak.
Wywiad z Sandrą Drzymalską i Karoliną Bielawską pojawił się we wrześniowym wydaniu „Harper's Bazaar Polska”. Zamów numer już dziś z wygodną dostawą do domu.
