Długie, gęste rzęsy, kilogramy blond loków warte dziesiątki tysięcy złotych i ten głos – cztery oktawy lirycznego sopranu koloraturowego, od których trzęsły się żyrandole. Violetta Villas była jedna, ale legend na jej temat mamy tysiące. Film w reżyserii Karoliny Bielawskiej część z nich utrwala, a część rozmontowuje, portretując artystkę głównie z perspektywy zaniedbywanego przez nią syna.
Zaczyna się z werwą – nieszczęśliwie zamężna Czesia Gospodarek (Sandra Drzymalska) ucieka z rodzinnego Lewina z roczniakiem na rękach, ale powstrzymuje ją przed tym matka, Janina (Jowita Budnik). Dziewczyna z trudem zostawia chłopca, by uczyć się śpiewu w Państwowej Średniej Szkole Muzycznej w Szczecinie. – Dziecko powinno mieć matkę – poucza Czesławę rodzicielka. – Szczęśliwą matkę – prostuje jej słowa rezolutna córka, która już wtedy każe nazywać się Violettą. Krzyś (w tej roli trzech świetnych aktorów w różnym wieku: Kazimierz Radziejewski, Antoni Rembelski i Antoni Tyszkiewicz) zostaje pod opieką babci i dopiero jako czterolatek dowiaduje się, że kobieta, która co jakiś czas odwiedza go z prezentami pod pazuchą, jest jego matką. Moment rozpoznania, do którego Krzysztof wracał w wywiadzie dla „Vivy” w 2009 roku, jest w filmie Bielawskiej jednym z wielu mitów, które „Violetta Villas” z powodzeniem cementuje. Diwa nieraz opowiadała, że gdy Krzysiu miał cztery i pół roczku, boleśnie pogryzł go pies. Wspominała zakrwawioną sukienkę i długie dni rekonwalescencji, podczas których nie odstępowała go na krok. W rzeczywistości Violetty podczas wypadku w Lewinie nawet nie było, a dziecko zawieźli wówczas do szpitala jego wujek i ciotka. Przynajmniej tak twierdzi szwagier Villas, Jan Mulawa, którego w swojej książce cytują reporterzy Iza Michalewicz oraz Jerzy Danilewicz. W filmie to jednak Czesia trzyma na rękach nieprzytomne, krwawiące dziecko. Może rzeczywiście tak było, a może ta symboliczna pieta to swego rodzaju list miłosny syna do matki. Próba wybaczenia błędów lub wizja przeszłości, którą wymarzył sobie sam Krzysztof.
Ile prawdy jest w filmie „Violetta Villas”?
Między prawdą a fikcją, nostalgią a mitomanią – trudno zekranizować losy kogoś, kto miał w zwyczaju tak bardzo koloryzować swoje życie. Kanwą dla scenariusza Bielawskiej oraz Małgorzaty Gospodarek, synowej Villas, stały się wspomnienia jedynego syna piosenkarki. W rozmowie z dziennikarzem „Gazety Wyborczej” Piotrem Guszkowskim reżyserka podkreśla jednak, że „Violetta…” nie jest dziełem stricte biograficznym, a jedynie historią swobodnie jej życiem inspirowaną. Zamiast oczekiwać, że filmowczyni odpowie na pytanie: „jaka Violetta Villas była naprawdę?”, lepiej przygotować się na to, że jej fabularny debiut niejednokrotnie rozmija się z rzeczywistością. Chociażby z tym, że Czesia wymyśliła swój pseudonim artystyczny samodzielnie (odpowiadali za to muzycy Polskiego Radia Edward Czerny i Pankracy Zdzitowiecki), albo w scenach, gdy cytuje śpiewaczki piękną angielszczyzną, a przecież przyjechała do USA bez jakiejkolwiek znajomości języka. Pierwsza połowa „biografii” działa na widzów niczym seans hipnozy. Drogą od zera do bohatera zawsze przyjemnie jest kroczyć, zwłaszcza gdy podziwiamy na ekranie kogoś pokroju Villas: polską gwiazdę amerykańskich rewii oraz kolorowego ptaka socrealistycznej szarzyzny. Sukcesy sopranistki budzą dumę i rozpalają zmysły; może właśnie dlatego epizod w USA należy do najbardziej udanych sekwencji w produkcji. Gdy dwunastoletni Krzysiek odwiedza Las Vegas, nie wierzy własnym oczom – jego mama jest wielką gwiazdą i każdy w jej otoczeniu ma basen oraz kupę forsy. Miasto iskrzy się w neonach, gdy chłopiec poznaje niepowtarzalny smak amerykańskiego snu: gorycz przepracowania i perfekcjonizmu matki w zderzeniu ze słodyczą ekonomicznego awansu oraz rodzicielskiej uwagi. Wszystko jest tu niesłychanie stylowe i na swój sposób hollywoodzkie: począwszy od kostiumów autorstwa Małgorzaty Fudali, przez zdjęcia Bartosza Świniarskiego, a na scenografii i dekoracjach wnętrz Klaudii Klimki-Bartczak skończywszy.
Relacja Violetty Villas z synem Krzysztofem Gospodarkiem
Villas nie ma jednak czasu na wychowywanie syna – w słynnej rewii Casino de Paris wyciska z siebie siódme poty, występując na scenie nawet parę razy dziennie. Właśnie wtedy z „Violetty…” wyłania się spojrzenie doświadczonej dokumentalistki. Bielawska portretuje Krzysia niemal z matczyną wrażliwością, podążając za nim, gdy ten próbuje zrekompensować sobie nieobecność matki nurkowaniem w basenie czy samotnymi wędrówkami po kasynie. Chłopiec obserwuje i rozumie znacznie więcej, niż chciałaby tego tytułowa bohaterka. Czy to natrętni zalotnicy przekupujący kobietę drogimi prezentami, czy to nieznajomi w garniakach krążący, aby podsunąć mamie do podpisu jakieś podejrzane papiery – filmowa Violetta jest na zawołanie każdego, tylko nie jej rodzonego syna. Choć reżyserka stawia cierpienie dziecka w centrum, wcale nie zapomina o swojej bohaterce. Pieśniarka może i nie jest przykładną matką, ale daleko jej do bycia szwarccharakterem. Rodzicielstwo przytłaczało ją tak samo, jak układy ze Służbą Bezpieczeństwa i ciągłe siłowanie się z władzą o paszport. Violetta na papierze nie budzi wielkiej sympatii. Człowieczeństwo i urzekającą kruchość nadaje jej Sandra Drzymalska. Aktorka błyszczy w oku kamery niczym kryształek Swarovskiego z sukni estradowej diwy. Jest drapieżna i delikatna, poważna i infantylna. Przez jej głęboki głos i piskliwy chichot przemawia sama Villas. – Całuję Was wszystkich prosto w samo serce – wypowiada w filmie kilkukrotnie, perfekcyjnie ożywiając przy tym zmarłą gwiazdę. Drzymalska nie daje się niezgrabnej protetyce, grubym oprawkom ani wszystkim falbanom, futrom, koronkom i piórom tego świata. I choć włożony w jej usta wokal pozostaje tylko playbackiem, ja silnie wierzę i wierzyć będę, że w Polsce jeszcze długo nie będzie nikogo takiego jak Drzymalska, kto podołałby tej roli z równą gracją i talentem.
O ile faktograficzną niefrasobliwość można twórczyniom wybaczyć – choćby dlatego, że Bułgaria z powodzeniem udaje w obrazku Las Vegas, a bohaterka opowieści była przecież mistrzynią teatralnej fasady – o tyle trudno zaakceptować sposób, w jaki scenarzystki kładą akcenty na wybrane wątki z życiorysu piosenkarki. Z produkcji, która powstawała przez dziewięć lat nie dowiecie się, że płyty Villas sprzedawane były za komuny w śmiesznie niskim nakładzie, albo że niewielu tekściarzy chciało pisać dla niej autorskie piosenki. Z seansu nie wynika, że artystka wyprzedziła epokę o wiele lat dzięki wprowadzeniu na rodzimą scenę muzyczną konwencji znanej dziś jako classical crossover. Twórcy nie poświęcają również uwagi presji wyglądu spoczywającej na dziewczynie, która przed trzydziestką zdążyła zoperować sobie nos, a w kolejnych dekadach zupełnie zniknęła pod grubą warstwą pudru, boa i kaskady włosów. Jak na narracje quasibiograficzne przystało, „Violetta…” porusza zdecydowanie za dużo tematów, ale – co paradoksalne – żadnego z powyższych. Ani agresywna religijność Villas, ani jej trudna relacja z konserwatywną matką nie doczekały się w filmie odpowiedniego rozwinięcia. Jej płomienna miłość do krytyka muzycznego Janusza Ekierta (Mateusz Banasiuk) tli się na ekranie jedynie przez krótki moment, tak samo jak wątek współpracy piosenkarki z agentami bezpieki. Minuty żarliwie pochłania przede wszystkim uzależnienie – od opioidów i psychotropów, którymi zaczęła faszerować się w Ameryce, oraz od alkoholu, który towarzyszył jej w najgorszych momentach samotności w Magdalence. Te pierwsze miały ukoić ból po rzekomym wypadku samochodowym. W rzeczywistości w nałóg najprawdopodobniej wpędził ją show-biznes. Mordercze tempo występów, tęsknota za ojczyzną i ogromne oczekiwania, jakie żywili wobec niej amerykańscy pracodawcy – to wykańczało śpiewaczkę dzień po dniu. Przez fabularne klisze i stracone szanse „Violettę…” należy zakwalifikować, tuż obok „Judy” i „Elvisa”, jako kolejną zmarnowaną biografię o wielkim sukcesie i jeszcze większym upadku gwiazdy estrady. To smutne i zarazem zabawne, biorąc pod uwagę słynne słowa Villas: „Przeciętność mnie nie interesuje”.
Kto w filmie „Violetta Villas” jest główną postacią?
Debiut fabularny Karoliny Bielawskiej nosił pierwotnie inny tytuł. Nawiązywał do pieszczotliwego określenia, które matka nadała Krzysztofowi, gdy był mały. Przypuszczam, że „Dzięcioł i Violetta” byłby tytułem lepszym, a już na pewno bardziej spójnym z dziełem niż „Violetta Villas”, bo przynajmniej nie mamiłby widzów tym, kto jest w tej historii główną postacią. Gdyby reżyserka skrupulatnie podążała za punktem widzenia mężczyzny, zamiast tworzyć banalny i przeładowany wątkami biopik, otrzymalibyśmy poruszającą spowiedź dziecka żegnającego się z matką. Nie wiedzieć czemu tytuł zmieniono, a z Gospodarka, (nawiasem mówiąc: koproducenta) w połowie „Violetty…” zrobiono mało istotną postać drugoplanową. Chciałoby się, żeby opowieść o tej artystce zrobiła na widzu równie silne wrażenie co połączenie wokali Michała Szpaka i Villas – ujmujące, niemal mistyczne – w piosence „Do ciebie, mamo”, która wybrzmiewa w napisach końcowych niczym ostatnie pożegnanie Krzysztofa z mamą.
