Co chciałabym wiedzieć, zanim zaczęłam ćwiczyć pilates

Co chciałabym wiedzieć, zanim zaczęłam ćwiczyć pilates

Pilates miał być dla mnie po prostu kolejną formą ruchu. Szybko okazał się jednak czymś więcej: sposobem na większą świadomość ciała i – momentami dość brutalnym – zderzeniem z tym, jak niewiele wiedziałam o metodzie, którą wydawało mi się, że praktykuję.

Na pierwsze zajęcia pilatesu na reformerze poszłam w listopadzie 2024 roku. Trochę w poszukiwaniu nowej formy ćwiczeń dla siebie, ale nie ukrywam, że także na fali popularności tej aktywności, która zresztą trwa nieprzerwanie do dziś. W polskich miastach otwierają się kolejne reformerownie, przyciągające estetycznymi wnętrzami, kuszące własnymi kawiarniami czy przeprowadzanymi eventami, podczas których można przetestować kosmetyki. W ten właśnie sposób metoda zapoczątkowana przez Josepha Pilatesa dla wielu stała się nie tyle pracą z ciałem, ile stylem życia.

Dla mnie te niespełna dwa lata okazały się jedną, wielką lekcją – nie tylko jeśli chodzi o zrozumienie, jak powinno pracować moje ciało, ale również tego, czego wokół pilatesu doświadczałam poza salą ćwiczeń. Choć, jak mówią, lepiej późno niż wcale, dziś wiem, że zaczynając moją przygodę z pilatesem, wolałabym wcześniej wiedzieć o niektórych rzeczach. Już tłumaczę, dlaczego.

Po jakim czasie widać efekty pilatesu? To zależy

Mój pierwszy raz na reformerze pamiętam doskonale. A jeszcze bardziej uczucie, które towarzyszyło mi po ćwiczeniach: totalny wyrzut endorfin, jakiego nie doświadczyłam nigdy wcześniej po żadnym wysiłku fizycznym. No, może nie żadnego, bo porównywałam to do uczucia, jakie pojawia się po seksie (serio!). Automatycznie poczułam, że w końcu znalazłam odpowiednią aktywność dla siebie, więc wracałam – drugi, trzeci i kolejny raz.

I choć początkowo podchodziłam do mojej relacji z pilatesem jak do związku bez zobowiązań, z czasem zaczęłam oczekiwać konkretów – przecież podobno sam Joseph Pilates obiecywał, że już po dziesięciu sesjach poczuję różnicę, po dwudziestu ją zobaczę, a po trzydziestu będę miała zupełnie nowe ciało. Zaczęłam oczywiście sprawdzać też wagę i obserwować mój brzuch, czy aby nie powinien już po tych kilkunastu sesjach być bardziej płaski. Czyli skupiłam się zupełnie nie na tym, co trzeba (pewnie nie ja jedyna).

Fot. Nikola Stojadinovic, Getty Images

Podsumowując: po tych niespełna dwóch latach w miarę regularnych ćwiczeń (czasem ćwicząc raz, czasem trzy w tygodniu, a czasem po dwutygodniowej przerwie) i przy takiej samej diecie moja waga nie uległa diametralnej zmianie. Ale to, co na pewno się zmieniło, to ogólny stan mojego ciała. Zaczęłam czuć mięśnie, o których nie miałam pojęcia. Moje plecy, skazane na pozycję siedzącą przez kilka, a nawet kilkanaście godzin przy komputerze każdego dnia, przestały nieprzyjemnie dawać o sobie znać. A stojąc na przystanku czy w kolejce do kasy, zaczęłam automatycznie się prostować i wyciągać do góry (za chwilę więcej na ten temat). Po wyciągnięciu opon z garażu na drugi dzień mogłam normalnie funkcjonować, co w przeszłości wyglądało to zupełnie inaczej.

To właśnie w tych zmianach zaczęłam widzieć efekty pilatesu. Nie przyszły nagle ani po konkretnej liczbie sesji, ale z czasem – dzięki w miarę regularnej pracy, zajęciom o różnej intensywności, praktyce raz na macie, raz na reformerze oraz szukaniu odpowiednich miejsc i osób, które naprawdę rozumieją tę metodę. Dziś wiem, że tempo pojawiania się efektów jest bardzo indywidualne i trudno sprowadzić je do konkretnej obietnicy. I jest to dla mnie całkowicie okej.

Dobra instruktorka pilatesu to skarb warty poszukiwań

Kluczowym wydarzeniem była moja indywidualna lekcja pilatesu u instruktorki, którą już od jakiegoś czasu śledzę w mediach społecznościowych. Zaimponowała mi jej wiedza na temat metody wymyślonej przez Pilatesa i sposób, w jaki się nią dzieli. Postanowiłam sprawdzić pod jej okiem, na jakim jestem etapie, co robię dobrze, a co mogłabym poprawić. Szybko wyszło na jaw, że choć wiele ruchów wykonuję prawidłowo, część pozycji jest po prostu nieefektywna, bo ciało nie pracuje tak, jak powinno. Wytłumaczyła mi, krok po kroku, jak wykonywać znane mi już wcześniej ćwiczenia (np. short spine massage; istne spa dla pleców!), dlaczego powinnam bardziej wyciągać się w dwie strony – nogami i rękami do przodu, a czubkiem głowy do góry – oraz jak poprawnie aktywować brzuch bez napinania go na siłę.

Na tych zajęciach poznałam również krzesła, a dokładnie urządzenia combo chair i wunda chair. Nie widziałam ich w miejscach, do których chodziłam na zajęcia, więc siłą rzeczy nie miałam pojęcia, jak działają. Nic dziwnego – w studiu, gdzie stoi ponad 10 reformerów, trudno upchnąć dodatkowe sprzęty, które są jednak kwintesencją metody. Przy kilkunastu osobach ćwiczących na sali instruktorom niełatwo zauważyć każdy błąd i poświęcić wszystkim całą uwagę, co niestety może odbić się na jakości treningu. Bo co z tego, że robimy jakieś ćwiczenie, jeśli wykonujemy je źle, a po zajęciach czujemy ból w odcinku lędźwiowym (coś o tym wiem).

Fot. SBDIGIT, Getty Images

Gdybym mogła cofnąć czas, na pewno poszłabym na takie indywidualne zajęcia znacznie wcześniej. Choć nie żałuję tego, co udało mi się osiągnąć – jak choćby wypracowania trudnej dla mnie rutyny – wiem, że to, czego dowiedziałam się podczas dwóch indywidualnych lekcji pilatesu, jest fundamentalnie istotne. Wiem też, jak trudno jest trafić na odpowiednią instruktorkę lub instruktora, ale nie jest to niemożliwe. Wiele doświadczonych osób działa również w internecie, a z niektórymi można ćwiczyć online (na macie, do czego jeszcze przejdę). To nigdy nie będzie to samo, co na żywo, ale już samo obserwowanie i analizowanie tego, co robi prowadząca lub prowadzący, może przynieść wiele dobrego.

Pilates na macie zmienia wszystko

Game changerem było dla mnie spróbowanie maty, od której wcześniej stroniłam. Głównie z tego powodu, że w reformerze spodobało mi się to, iż podczas ćwiczeń kontroluje się nie tylko swoje ciało, ale również sprzęt, co ewidentnie było mi potrzebne, by znaleźć w tej formie aktywności także sposób na skupienie myśli (co choćby podczas jogi graniczyło u mnie z cudem).

Znalazłam więc odpowiednią instruktorkę, którą, przyznaję, trochę prześwietliłam w mediach społecznościowych – jakie ma doświadczenie i pod czyim okiem je zdobywała. Chciałam mieć pewność, że trafię we właściwe ręce i będę praktykować zgodnie z tzw. orderem, czyli określoną przez Josepha Pilatesa kolejnością robienia konkretnych ćwiczeń, będących absolutnym fundamentem „kontrologii” (jak pierwotnie określano pilates). I tak też się stało, bo pierwsze zajęcia klasycznego pilatesu na macie zmieniły całe moje myślenie o tej metodzie. Okazało się, że zajęcia na maszynach były dla mnie o wiele łatwiejsze, bo tam pomagały mi sprężyny. Bez sprzętu zdana byłam tylko na własne ciało. Mam też świadomość, że te miesiące aktywności na sprzęcie zrobiły swoje, bo gdybym zaczynała od maty, mogłabym nigdy nie zbudować tej relacji z reformerem.

Satysfakcja, którą czułam po zajęciach na macie, była jeszcze większa niż ta, jakiej zaznałam po raz pierwszy na reformerze. Tym razem przede wszystkim dlatego, że wiedziałam, ile zaangażowania włożyłam w to, by zrobić ten kolejny krok. I jasne, mogłam zmotywować się wcześniej, ale z jakichś powodów tego nie zrobiłam. Czy żałuję? Może trochę, bo pewnie byłabym dziś jeszcze lepiej zaznajomiona nie tylko z metodą, ale i z własnym ciałem. A przecież o to w tym wszystkim chodzi.

Kinga Nowicka

Absolwentka politologii ze specjalnością dziennikarstwo polityczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Doświadczenie zdobywała w redakcjach magazynów drukowanych i online. Publikowała m.in. na łamach „Glamour”, „Label”, Vogue.pl i GQ.pl. Chętnie pisze o kulturze, designie, architekturze oraz świadomym podejściu do wellness, krytycznie przyglądając się trendom i zjawiskom, które kształtują współczesny styl życia.

Udostępnij