To nie jest świat dla starych ludzi. O filmie „Czas, który nie nadszedł”

To nie jest świat dla starych ludzi. O filmie „Czas, który nie nadszedł”

„Czas, który nie nadszedł” w reżyserii Julii Rogowskiej to rzadki przykład antyutopii i dystopii na gruncie polskiego kina. Film ma premierę na 51. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni.

Nie wiadomo, który mamy rok. To przyszłość, która może nadejść jutro albo za tysiąc lat. Wzmianki słyszane zewsząd pozwalają przypuszczać, że nauka znalazła sposób na to, by obejść „niedoskonałości” ludzkiego ciała. Jedyne, co wiemy, to, że starość jest niepożądana i ściśle wzbroniona. To błąd, który trzeba naprawić. Rząd finansuje więc obywatelom kurację antygeriatryczną zatrzymującą procesy starzenia. Ci, którzy nie chcą się jej poddać, skazują się na banicję: zostają zesłani do obozów internowania rozrzuconych po lasach. Żyją w odosobnieniu jak przestępcy, jak trędowaci. Sara i Oskar, bohaterowie filmu „Czas, który nie nadszedł”, mieli zestarzeć się razem, ale postanowili pójść różnymi drogami. On, podobnie jak większość, zaakceptował nowy porządek i wybrał dożywotnią młodość. Ona wolała być ofiarą systemu, ale żyć w zgodzie ze sobą.

fot. materiały prasowe

„Czas, który nie nadszedł” a „Powrót z gwiazd”

W 1961 roku Stanisław Lem opublikował książkę „Powrót z gwiazd”. Przedstawił w niej wizję świata, w którym ludzkość wyzbyła się przemocy. Za sprawą specjalistycznego zabiegu wykonywanego w dzieciństwie eliminuje się agresywne popędy. Nie ma cierpienia, mordów, niesprawiedliwości, strachu i wojen. Czy taki świat jest możliwy? Lem twierdzi, że nie. Bo negowanie instynktów jest mrzonką i fałszywym wierzeniem. Każdy z nas siedzi okrakiem na granicy między tym, co racjonalne, a ludzką skłonnością do destrukcji. Naszych odruchów trwale wyeliminować się nie da. Koszty „ucywilizowania” opisane przez Lema są poważne – sprawiają, że zanika ciekawość, namiętność i skłonność do ryzyka. Ludzie stają się podobni do siebie; są nie do odróżnienia.

W społeczeństwie opisanym w „Powrocie z gwiazd” panuje także powszechny kult młodości. Ludzie zajmują się nie tyle przedłużaniem swojego życia, co oddalaniem od siebie jego kolejnych etapów. Pół wieku później Julia Rogowska przedstawia podobną historię . Wyobraża sobie świat, w którym wypierana jest starość. W którym człowiek pragnie odroczyć nieuniknione; próbuje nanieść poprawki na naturę. „Czas, który nie nadszedł” to komentarz do współczesnej kultury, która z procesów starzenia się uczyniła tabu.

fot. materiały prasowe

O czym jest film „Czas, który nie nadszedł”?

Choć film Rogowskiej dzieje się w bliżej nieokreślonej przyszłości, to jasno nawiązuje do kluczowych postaw współczesnego świata. Kieruje uwagę ku społeczeństwu, w którym starzejące się ciało traci na znaczeniu i wartości, a co więcej – wzbudza strach. Bo ciało musi dostosować się do obowiązujących standardów piękna, a te – pomimo całej dyskusji o ciałopozytywności, inkluzywności czy innych redefinicjach postrzegania własnej cielesności – wcale się nie zmieniają. Kanon to młodość i witalność, jędrna skóra i wąska talia. Kanon to nie wybór, a forma miękkiego przymusu.

Kultura nakazuje dostosowanie się do wyśrubowanych, nieosiągalnych standardów piękna. Platformy społecznościowe zachęcają nas zatem do pokazywania siebie, ale tylko w formie atrakcyjnej, pasującej do algorytmu. Nikt nie postuje na swoim feedzie uciążliwości dnia codziennego, pierwszych zmarszczek czy siwych włosów. Każdy wygląda za to tak, jakby przed chwilą zszedł z wybiegu. Film Rogowskiej nie jest zatem futurystyczno-dystopijną wizją tego, co ma nadejść. Przyszłość dzieje się teraz, a my zgadzamy się na życie w takim świecie.

fot. materiały prasowe

Dwie sceny robią tu szczególne wrażenie. Pierwsza – kiedy Sarze udaje się wydostać z obozu i trafia do miasta. Naciąga na głowę kaptur, zakrywa twarz. Ulice wypełniają sami młodzi ludzie, którzy patrzą na nią jak na dziwadło. Wszyscy wyglądają tak samo, nie sposób ich od siebie odróżnić. Na skutek reform społeczeństwo zostało maksymalnie uproszczone i ujednolicone. Starość stała się powodem do wstydu i upokorzenia. Druga, równie przytłaczająca i działająca na wyobraźnię scena – kiedy Sara odnajduje Oskara. Dawny partner związał się z Laylą; jej rodzice również poddali się kuracji. W tym świecie wszystko staje się abstrakcyjne i niedorzeczne – matka wygląda jak córka, dziadek nie różni się od wnuka.

Dlatego Sara postanawia uciekać. Wsiąść na statek, wyprawić się za morze, dać sobie wyzwalające prawo do zlekceważenia nakazów i wymogów. Ma poczucie, że człowiek jest czymś więcej niż tylko tym, co pokazuje na zewnątrz. „Jeden głęboki oddech jest lepszy niż dziesięć płytkich” – mówi z pełnym przekonaniem. Bo starość to wolność. To kres życia, który może być mobilizujący. Rzecz w tym, by jeszcze czegoś doświadczyć, coś przeżyć. Największa otucha tkwi w myśli, że można to zrobić u boku kogoś bliskiego.

fot. materiały prasowe

„Czas, który nie nadszedł” to także opowieść o miłości. Przez cały film – jak lejtmotyw – przewija się utwór „Bubbletea” Quebonafide. „Tęskniłem za tobą, nostalgia to błysk / Do którego nocą latają ochoczo takie ćmy jak my”. To dość banalna i infantylna ilustracja opowieści, ale zastanawiam się, kiedy ostatni raz słyszałem tego typu kawałek w polskim filmie. Nie mówiąc już o tym, że poetyka dystopijna z potencjałem krytycznym, i to skierowanym tak wyraźnie wobec współczesności, jest czymś, co praktycznie nie występuje w rodzimym kinie.

„Czas, który nie nadszedł” jest wizją alternatywnej rzeczywistości

„Czas, który nie nadszedł” nie jest przy tym kinem uciekającym w absurd czy fantastykę. To raczej wizja alternatywnej rzeczywistości w skali mikro, która zostawia pole dla wyobraźni. U Rogowskiej nie ma efekciarstwa, historia toczy się w sterylnych apartamentach i porzuconych na plaży przyczepach kempingowych. Świat funkcjonuje na innych zasadach, a jednak nie różni się wiele od tego, który znamy, i właśnie to niepokoi najbardziej. To oczywiście znajomy chwyt, możemy kojarzyć go z kina Yorgosa Lanthimosa, sama Rogowska zdaje się czerpać estetycznie i intelektualnie z „Lobstera”. Nie ma tu jednak mowy o imitacji, a nawet jeżeli, to nie widzę problemu, szczerze – mogłaby ona być jeszcze dosadniejsza i śmielsza. Lepsze takie odwołania, delikatna deformacja świata i stylizacja niż przezroczysty realizm.

Mateusz Demski

Dziennikarz, krytyk filmowy, filmoznawca. Publikował w „Przekroju”, „Przeglądzie”, „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, a także w portalach Dwutygodnik, Mint Magazine, GQ Poland, Onet i OKO.press. Autor kilkuset rozmów i wywiadów, m.in. z Wernerem Herzogiem, Bélą Tarrem, Jonathanem Glazerem, Terrym Gilliamem, Arim Asterem, Tildą Swinton, Sydney Sweeney i swoją babcią. Prywatnie tata małego Mikołaja.

Udostępnij