Dlaczego kobiety, które mają poukładane życie, rozwijają kariery i wiedzą, czego chcą, tak często pozostają singielkami, podczas gdy ich „super” rówieśnicy są już w związkach? Odpowiedź nie musi kryć się w żadnej kobiecej „usterce”. Być może problem tkwi raczej w definicjach, społecznych oczekiwaniach i tym, jak patrzymy na samotność – oraz w tym, że coraz więcej kobiet nie chce już wybierać związku za cenę rezygnacji z siebie.
Dlaczego super kobiety nadal są singielkami, a super faceci są już żonaci? Karolina z Krakowa
Droga Karolino,
nie ukrywam, że uderzyłaś w moją bardzo czułą strunę. Ale spokojnie, bynajmniej nie będę namawiała Cię (ani siebie) do osuwania się w płomienne romanse, bycia femme fatale czy przeżywania dramatycznego kaca moralnego, który, umówmy się, nie był wart tamtej kolacji czy nocy, nawet jeśli myślałyśmy, że to początek końca samotności, kamień węgielny pod miłość, która nas pochłonie, ocali albo połknie.
Na początek, wsiadając na ten statek dryfujący w stronę odpowiedzi, pomyślmy ciepło o tych super parach, co są już razem, ze ślubem czy bez. A teraz do rzeczy, bo w Twoim pytaniu chowa się pewna księgowość. Brzmi mniej więcej tak: skoro odrobiłyśmy wszystkie lekcje, czyli studia, terapię, awans, bieganie o siódmej rano i czytanie do poduszki, to gdzieś w systemie musi tkwić błąd, skoro nagroda nie przyszła. Otóż błędu nie ma, bo nie ma też systemu. Jest za to bardzo długa lista przypadków, które porządkujemy po fakcie w opowieść o tym, że coś jest z nami nie tak.
Zacznijmy od tego, kogo w ogóle nazywamy „super facetem”. Zwykle wystarczy, że jest czuły, ma pracę, odzywa się do matki i nie mówi o byłej „wariatka”. Poprzeczka leży tak nisko, że można się o nią potknąć. A „super kobieta”? Ta ma mieć karierę i wolny kalendarz, pasje i cierpliwość, własne zdanie i umiejętność przemilczenia go w odpowiednim momencie, sprawczość i delikatność, a do tego jeszcze lekkość. I przecież „nie może być roszczeniowa”. Jeśli więc w tym równaniu coś nie gra, to nie jest to liczba super kobiet, tylko ich definicja.
Kolejna sprawa – percepcja. Śluby i małżeństwa są jakoś dostrzegalne: pary projektują zaproszenia, kupują obrączki, mają plenerowe zdjęcia w zbożu. Singielki nie ogłaszają niczego, więc rozmywają się w tle. Widzimy wesela, nie widzimy rozwodów, które przyjdą za cztery lata (czego nie życzę), ani tych par, które jadą na oparach logistyki i wspólnego kredytu. To trochę tak, jakby oceniać pogodę wyłącznie po zdjęciach z wakacji.
My, te kobiety, o które pytasz, często budujemy swój status w pojedynkę. Wykuwamy się w samotnych podróżach, w nocnych lekturach i w decyzjach, których nie musiałyśmy z nikim konsultować, nawet jeśli były średnio mądre, jak skręcanie szafki bez instrukcji, na wiarę i z nożem zamiast śrubokręta. Nie szukamy kogoś, kto nas „dopełni”, bo jesteśmy całością. Szukamy kogoś, kto naszą pełnię udźwignie, a to zadanie, które wiele osób, wciąż przyzwyczajonych do roli głównego architekta, po prostu przerasta.
Czy zauważyłaś, że słowo „singielka” wciąż brzmi w Polsce jak diagnoza, a „wolny strzelec” brzmi jak wybór? Istnieje pewna strukturalna asymetria oczekiwań. Od „super kobiety” wymaga się wszystkiego: bycia błyskotliwą intelektualistką, czułą kochanką i sprawną menedżerką. Kiedy taka kobieta patrzy na rynek matrymonialny, nie szuka „kogokolwiek”, byle tylko uciec przed widmem samotnej wigilii. Szuka partnerstwa, które nie będzie wymagało od niej pomniejszania się, by zmieścić się w czyimś ciasnym wyobrażeniu o kobiecości. Bo czym ta kobiecość de facto jest? Żałuj, że nie widziałaś mojej ubogiej koordynacji ruchowej.
Wiesz, żyjemy w czasach, w których zasady gry w miłość zmieniły się bezpowrotnie. Kiedyś bycie w związku było często kwestią społecznego przetrwania, statusu czy po prostu odhaczenia kolejnego punktu w tradycyjnym scenariuszu. Może z nami, singielkami, jest trochę jak z miastami, których nie ma na standardowych mapach. Zbudowałyśmy wokół siebie archipelagi wysp z własnych pasji, między którymi sprawnie przecież nawigujemy.
Być może ci „super”, o których pytasz, są już zajęci, bo szybciej niż my chcą zawinąć do portu. Ale to przecież nie jest jedyna i słuszna droga. Nie lubię portów. Nie lubię tkwić w miejscu. Lubię za to myśleć o tym, że sama nauczyłam się nawigować na pełnym morzu. I choć czasem horyzont wydaje się pusty, to wolność, którą daje obranie własnego kursu, jest warta więcej niż miejsce w szalupie ratunkowej u boku kogoś, kto nie rozumie naszych map.
Nie boję się ciągłej podróży. Bycie w pojedynkę to nie jest poczekalnia. Więc zamiast pytać „dlaczego oni już?”, zapytajmy siebie: „czego ja już nie muszę?”. Na pewno nie musimy iść na kompromisy, które bolą. Nie musimy udawać kogoś, kim nie jesteśmy, by pasować do czyjegoś obrazka. To, że jesteś „super” i jesteś sama, też jest gestem odwagi, zwłaszcza w gospodarce przewidzianej dla dwóch osób (ostatnio sporo u mnie lektur wokół tzw. singles tax). A to chyba jest najbardziej elegancka postawa, jaką można przyjąć wobec życia.
Nie mam dla Ciebie recepty, Karolino, i szczerze mówiąc, nie ufam nikomu, kto ją ma. Mam za to podejrzenie, że Twoje pytanie warto odwrócić – nie: „dlaczego tyle super kobiet jest wciąż samych?”, tylko: „dlaczego tyle super kobiet nie zgadza się już na mniej?”. Pierwsza wersja każe szukać w sobie usterki. Druga, i to jest dobra wiadomość, każe tylko poczekać, aż reszta świata nadgoni.
No. Poważnie się zrobiło.
Ściskam Cię mocno!
Agnieszka
Tutaj przeczytasz, skąd wziął się pomysł na rubrykę „Listów do redakcji”. Pytanie możesz zadać wypełniając poniższy formularz.
Ilustracja: Monika Proniewska
